czwartek, 1 kwietnia 2010

Źródlany Jacek Gutorow




Poezja w Polsce nie potrzebuje antyreklamy. W szkole jest utrapieniem uczniów, wmówiono wszystkim, że poezję trzeba rozmieć, by się nią cieszyć, liczba piszących "wiersze" jest daaaaleko większa od liczby kupujących tomiki...

Ponoć polska literatura współczesna poezją stoi, ale nic nie zapowiada renesansu liryki, nigdzie nie widać ludzi zaczytujących się nowymi klasykami. I choć niemal każda biblioteka wojewódzka organizuje jakiś tam konkurs poetycki, ich ilość nie idzie w parze z radykalnym wzrostem pogłowia czytelników wierszy.
odwrotnie, znajomy profesor literatury opowiadał taką historię:

"Przychodzi do mnie człowiek. Ma cały zeszyt wierszy. Czytam, a tam poziom kompromitująco niski, trącący na kilometr młodopolskimi żalami i westchnieniami. Pytam, go, jakich współczesnych poetów czyta, a on:
- Nie czytam żadnej poezji, nie chcę zagłuszyć swojego wewnętrznego głosu."

Ta historyjka dobrze ilustruje "galaretowatość" polskich fanów poezji. "Sam coś napisać - czemu nie? czytać innych - po co?"

***

Na tle mgławicowych hierarchii utworzonych przez wydawnictwa poetyckie ( Ile ich jest? Dwa? Trzy? ), na tle mamroczących i przeszywających się wzajemnie dykcji, trafiłem na prawdziwy skarb. Jacek Gutorow, o nim piszę.

Trzymam przed sobą 300 stronicową księgę zbierającą jego wiersze napisane w latach 1990-2010. Całość zwie się "Nad brzegiem rzeki" i ma jedną z najładniejszych okładek, jakie widziałem w ostatnich latach. Śliczny eteryczny rysunek.

I co ma zrobić czytelnik z tyloma stronicami wierszy? czytać od początku do końca? Skakać? Poruszać się wstecz? Szukać ukrytych ścieżek między tekstami?

Ja, machnąwszy ręką na jakiś subtelny układ, który kazał Autorowi rozmieścić teksty tak a nie inaczej, jak konik polny jestem to tu, to tam. Co rusz trafiam na przecudne fragmenty, które nie uprowadzają czytelnika w głąb labiryntu wolnych skojarzeń, patchworkowych kompozycji, kolażowej architektoniki tekstu. Te wiersze WIDAĆ. Autor nie stara się udziwniać, nie rozstawia przed nami zestawu instrumentów, których do końca nie kontroluje i nie pozwala rozlać się wierszowi na wszystkie możliwe strony.

Te wiersze nie są mulistymi stawami, w których toną czytelnicy. Te wiersze są bystrymi strumieniami, w których czytelnicy zmęczeni opasłymi tomiszczami "wielkich powieści XXI wieku" mogą zanurzyć obolałe stopy.

Gorąco polecam. Cena nie gra roli, gdy ze strumienia wyławiam takie zdanie:


"Świat, w którym dowód na istnienie Boga można przeprowadzić
za rączkę"

(Ostatni dzień lata)