niedziela, 23 maja 2010

Profesor Tutka robi porządek




Wiem, wiem...znane, lubiane lub będące obiektem kpin z "szaniawszczyzny"...

Dal mnie Profesor Tutka to jedna z nielicznych książek, do których MUSZĘ powrócić co jakiś czas, by oderwać się od mielizn lub przepaści życia i chwilkę pobyć w świecie delikatnym, subtelnym, dżentelmeńskim... bezcenne, jak to, czego nie można kupić za sprawą pewnej karty kredytowej.

Oczywiście nie będę się rozpływał nad wszystkimi walorami tej przecudnej książeczki, to się mija z celem.

Natomiast chciałbym przytoczyć z niej fragmencik, który wcześniej jakoś uszedł mojej uwadze. Fragmencik, którym chętnie zagłuszyłbym tych wszystkich, których książki są tak bardzo "trendi zakręcone", książki, które są "taaak ambitne" i "zaangażowane", że nikt ich w sumie nie rozumie.

Czyli dedykuję ten fragmencik "współczesnym polskim prozaikom":

«Otóż, gdy pan ludziom będzie opowiadał przygody swoje w kawiarni, niech pan
nie szuka większych podniet. Wystarczy panu filiżanka czarnej kawy. Gdyby się pan
podniecił, może odszedłby od możliwości zrozumienia pana przez słuchaczy zbyt
daleko. Straciłby pan z nimi kontakt. A tak, jeżeli nie wszystko zrozumieją, o czym
pan mówi, w każdym razie ze trzy czwarte tego, co pan opowiada, będzie dla nich
zrozumiałe. To wystarczy, aby nie stracić ze słuchaczami łączności. A nawet radziłabym
panu, aby do czarnej kawy kazał pan sobie przynieść zawsze szklankę zimnej
wody. Gdy wyobraźnia zechce ponieść pana zbyt daleko, niech się pan napije zimnej
wody i dopiero mówi dalej».