poniedziałek, 22 sierpnia 2011

Mój ulubiony faszysta - Ken Follett "Igła"

Nieco upraszczającym, ale chyba uprawionym bywa porównywanie kalibru pisarzy do stopnia wtajemniczenia w reguły panujące w innych zawodach. Mamy więc pisarzy-czeladników, pisarzy-partaczy, pisarzy-majstrów i w końcu pisarzy-arcymistrzów, wykraczających ze swoim talentem poza getta poszczególnych konwencji i gatunków…

Ken Follett to bez wątpienia niesamowity majster. Niemal wszystko, co wyszło spod jego ręki, jest gotowym scenariuszem filmowym. Follett nie bawi się w subtelności, liryzm, tani sentymentalizm – jego styl jest męski, twardy, zmierzający najkrótszą drogą do celu. Postacie wyraziste i wiarygodne psychologicznie, intrygi pełne napięcia i momentami autentycznie nieprzewidywalne.

Może to wszystko nieco zbyt kostyczne i brakuje mgiełki poczucia humoru, ale solidna baza, na której Autor buduje fabuły raz osadzone w średniowieczu, raz w czasach II wojny światowej, powoduje, że Folletta darzę autentycznym szacunkiem.

Skończyłem właśnie „Igłę” – powieść, którą z sukcesem zekranizowano, a w roli niemieckiego szpiega, od którego ujęcia zależą losy wojny, wcielił się Donald Sutherland.

Film widziałem 2-3 razy i obejrzałbym go jeszcze raz. A książka? Cóż – wciąż daje radę, to kawał solidnej pisarskiej roboty. Bez pretensji do nadymania się, by być czymś więcej niż tylko inteligentną rozrywką.

Narracja poprowadzona raz z perspektywy hitlerowskiego szpiega numero uno, raz punktu widzenia ścigających go agentów angielskiego kontrwywiadu, a raz z perspektywy pewnej nieszczęśliwej mężatki żyjącej u boku kalekiego męża i synka na pewnej depresjogennej wysepce.

Czyta się to znakomicie – i gdyby nie obowiązki domowe, całość pożarłbym w jakieś trzy wieczory.

Nie byłbym jednak sobą, gdybym w formie recenzji silącej się na jako taki obiektywizm, nie zawarł tego, „co zrobiła ze mną ta książka.”

Otóż coś niepokojącego się dzieje – główny bohater to prawdziwa maszyna do zabijania. Zimny zawodowiec, który od początku książki zabija (policzmy) dziesięć osób plus psa, znalazł we mnie kibica.




Igła czyli Heinrich Rudolph Hans von Müller-Güder

Cieszę się, gdy wodzi za nos najlepszych brytyjskich policjantów. Podziwiam gościa za dar przewidywania, chłodny analityczny umysł i pomysłowość. Cieplej mi się robi, gdy on sam okazuje jakieś ludzkie odruchy – poczucie humoru, wzruszenie…

Kurcze, dla mnie nawet jego mocodawca w Berlinie byłby sympatyczny, gdyby zrobić z niego głównego bohatera powieści pt. „Burzliwe losy Adolfa H.”

piątek, 19 sierpnia 2011

Morderstwa w Soplicowie czyli Caroline Graham "Zabójstwa w Badger's Drift"

Moje uwielbienie dla angielskości nie ma umocowania w żadnym konkrecie. Pewnie wyobrażenie na temat Anglii budowane na fundamentach stereotypów, seriali i książek ma się nijak do tego, czym Wyspa jest dzisiaj i czym była kiedyś.

Żywopłoty, łąki, lasy, Tamiza i sieć kanałów opisana w „Trzech panach w łódce”, dżentelmeni i ich kluby, arystokracja i jej posiadłości („Klub Pickwicka”), studenci elitarnych uczelni, herbata, hinduski służący, poczucie humoru…

Taka baśń, coś jak Soplicowo Mickiewicza.

Dziś już pewnie takiej Brytanii nie ma i kto wie - może nigdy jej nie było.

A ja wciąż jej szukam na kartach książek, najczęściej kryminałów, bo literatura ludyczna najlepiej pomaga wzmacniać stereotypy i hołdować szlachetnym iluzjom.

Ostatnio mój wybór padł na Caroline Graham i jej cykl o śledztwach prowadzonych przez nadinspektora Barnaby'ego, ostoję spokoju i tradycyjnych wartości, oraz sierżanta Troya, impulsywnego, źle maskującego kompleksy klasowe.

„Zabójstwa w Badger's Drift” zaczyna się od trzęsienia ziemi – ginie starsza pani, która miała nieszczęście być świadkiem bulwersującej sceny erotycznej. I to w lesie. Podejrzani ukrywają się w zamkniętej przestrzeni zabitej deskami wiochy, w której, o dziwo, sporo się dzieje.



Mnożą się mroczne sekrety. Plączą się losy poszczególnych postaci. Detektywi uparcie i metodycznie kolekcjonują ślady. Autorka myli tropy. Czytelnik ma raczej nikłe szanse wytypować mordercę. Fabuła eksploduje na przestrzeni kilku ostatnich stron.

Typowy angielski kryminał. Ze swoimi walorami (klimat, poczucie humoru, elegancja intrygi) i swoimi minusami (przewidywalność dekoracji, konwencjonalność).

Mnie jednak najbardziej zasmuciło to, że całkowicie straciłem zainteresowanie tym, kto zabił i dlaczego to zrobił. O lepiej wyglądają dekoracje niż aktorzy odtwarzający swoje kwestie. Angielska prowincja, krótko mówiąc, urocze zadupie. Znowu Soplicowo. Pewnie niechcący, ale to Autorce wychodzi najlepiej.

Caroline Graham nie odkrywa Ameryki. Idzie dziarsko środkiem wydeptanej przez wielu innych ścieżki lub jak kto woli - rozsiada się w fotelu wygrzanym przez czyjś tyłek.



Nie, nie zmęczyła mnie ta powieść. Sympatycznie obcowało się z zachowawczym i po ludzku sympatycznym detektywem, którego córka studiuje w wielkim świecie, a żona jest kochana, ale nie potrafi za grosz gotować.

Niestety, kredyt, jaki udzieliłem Autorce, nie był udaną inwestycją. Jej kolejna książka wylądowała u mnie na półce z napisem „Nic na siłę!”

W "Śmierci pustego człowieka" Graham tak długo wprowadzała kolejnych bohaterów, tak długo męczyła opisem skomplikowanych związków pomiędzy aktorami amatorskiego teatru, że w końcu pogubiłem się w tym, kto kim jest, z kim sypia, kogo zdradza, komu zazdrości a z kim sympatyzuje…

Tak więc, do literackiego czyśćca, marsz, pani Caroline Graham!

I proszę zwrócić po drodze moje czytelnicze zaufanie.

piątek, 5 sierpnia 2011

"Nagrobek z lastryko" - A Varga z emo!

Definicja z Wikipedii:

Kiedy "emo" używamy w odniesieniu do cech i osobowości danej osoby, większość definicji emo określa osobę emo jako bardzo emocjonalną, wrażliwą, nieśmiałą, zamkniętą w sobie, ponurą i cichą. Ktoś przygnębiony i ze złamanym sercem jest czasami opisywany jako emo. Muzyka i poezja emo zawiera wiele odniesień do nieodwzajemnionej miłości i problemów emocjonalnych w związkach. Bycie melodramatycznym lub nadmiernie emocjonalnym jest również często łączone z byciem emo.

A teraz do rzeczy.


Autor z mądrą miną.

Mam problem z "Nagrobkiem z lastryko". Pierwsza połowa tej książki jest solidnym szpiegowskim spojrzeniem na naszą (polską) rzeczywistość. Szpieg patrzy na świat z przyszłości. Szpieg notuje to, co umyka żyjącemu tu i teraz obywatelowi RP.

Umyka nam konsumeryzm, do którego nie chcemy lub nie umiemy się przyznać. Nadmiar bodźców, bez których stałej dawki uschnęlibyśmy jak roślinki na pustyni Gobi. Powierzchowne i przypadkowe relacje międzyludzkie, których jedynym paliwem jest niechęć lub nienawiść. Wyjałowienie duchowe, żerowanie na najniższych pobudkach i potrzebach...

Tak wyglądamy z perspektywy żyjącego w drugiej połowie XXI wieku Dominika Frattner, który wspomina losy swojego dziadka Piotra Pawła, babci Anny oraz matki Zuzanny.

A widok ten jest naprawdę przygnębiający, mogący niektórym otworzyć oczy na własne kiepskie i wiedzione na mieliznach życie. To atut tej książki

***

Po pewnym czasie zaczyna się problem z tą lekturą - o ile Vardze starczy cierpliwości, by przez pół powieści trzymać w ryzach rozbuchany jęzor, to w drugiej połowie nic już nie ogranicza jego pióra (ok, klawiatury, z której wyrwano guziki BACK SPACE i DELETE).

"Nagrobek z lastryko" jest najbardziej przegadaną książką, jaką ostatnio czytałem. Do bólu rozemocjonowaną. Niemal wymiotującą zbędnymi akapitami.

Autor kompletnie bez sensu rozwija elementy, które w żaden sposób nie wnoszą niczego nowego do całej struktury. Czytelnik nie ma szans odgadnąć, dlaczego akurat temu a nie innemu epizodowi poświęcono całe stronice.

A styl, jakim Varga raczy czytelnika, jest w najlepszym razie namiastką prozy poetyckiej. Mnożące się opisy, epitety, metafory potrafią złamać nawet najbardziej odpornego odbiorcę.

Autor przypomina narratora "Ciepień młodego Wertera", który tak rozwlekle, zawile i emocjonalnie opisywał najdrobniejsze drgnienia swojej duszy, że nikt z nim nie mógł wytrzymać, a dziewczyny go unikały.

Nie wątpię, że "Nagrobek..." stał się w pewnych kręgach lekturą obowiązkową. Bo i modny autor, i nominacja do Nike, i warszawiak, więc jest na miejscu, w samym centrum wszystkich opiniotwórczych źródełek.

Ale nie dajcie się zwieść, Moi Drodzy, Varga to emo. Roztkliwiający się, płaczliwy, rozmemłany...

Emo. Jednak.

poniedziałek, 1 sierpnia 2011

Nie lubię łysych dziewczyn... - "Kto ze mną pobiegnie" Dawida Grosmana.

Historia z tą książką jest dziwna. Lata temu zobaczyłem jej krótki opis:

Assaf, poważny i wyjątkowo nieśmiały szesnastolatek, przeżywa najgorsze lato w życiu. Wakacyjne dni upływają mu na pracy w miejskim wydziale sanitarnym w Jerozolimie, wieczory zaś spędza samotnie przed telewizorem lub monitorem komputera. Wszystko się zmienia, kiedy Assaf otrzymuje zadanie odnalezienia właściciela zabłąkanego labradora. Chłopiec podąża za psem. Tak zaczyna się ich bieg przez Jerozolimę. Tymczasem w innej części miasta piętnastoletnia Tamar, właścicielka psa, porzuca rodzinę, by wśród narkomanów odnaleźć starszego brata. Postanawia mieszkać na ulicy i zarabiać na życie śpiewaniem. Historia Assafa i Tamar, zmierzających ku sobie z nieubłaganą baśniową koniecznością, to przerażająca relacja o tym, co spotyka dzieci na ulicach miast, a jednocześnie magiczna opowieść o mocy miłości. Grosman znakomicie i z olbrzymim wyczuciem portretuje izraelskie dzieci ulicy. Opisuje przygody wieku młodzieńczego, które pozwalają odnaleźć siebie i drugiego człowieka. za księgarnią Merlin.

Uruchomiłem bilans strat i zysków.

Plusy - lato w Jerozolimie, nuda (lubię książki o nudzie).

Minusy - dzieci ulicy, narkomania (nie lubię patologii w literaturze), "baśniowość", "magiczna moc miłości."

Zawiesiłem poszukiwania tej powieści, gdy pojawił się największy minus - okładka:


Nie lubię łysych dziewczyn i jeżeli przez przynajmniej połowę książki będę sobie wyobrażał bezwłosą główną bohaterkę, będzie bardzo niedobrze.

Tak myślałem (głupi), ale się myliłem, bo gdy po latach trafiła mi w ręce powieść Grosmana, było już bardzo dobrze.

Książka wbrew swojej "baśniowości" solidnie stoi na nogach i daje całkiem zgrabny obraz tego, jak wygląda nieoficjalne życie na ulicach Jerozolimy, którą w najlepszym razie zbiorowa świadomość kojarzy z Chrystusem lub zamachami bombowymi.

Fabułę mamy dość zręcznie opowiedzianą w wydawniczo-księgarnianych zajawkach, nie będę się więc powtarzał.

Napiszę, co mnie najbardziej (uwaga, pompatycznie będzie!) chwyciło za serce.

Assaf. Ten (nie)typowy szesnastolatek. Wrażliwy, uparty, uwikłany w uczuciowe rozgrywki najbliższych mu osób. Romantyczny jak tylko ktoś w jego wieku potrafi być. Bezmyślny i bohaterski. Szlachetny i głupi.

Powoli odzierany ze złudzeń na temat świata wciąż pozostaje ...hmmmm ...niewinny? czysty?

Ktoś w rodzaju Parsifala szukającego św. Graala - w tym przypadku intrygującej dziewczyny, której psa (tak! tak!) zna połowa mieszkańców miasta.

I jeszcze jedna kwestia - wyjątkowo mną ruszyła. Assaf orbituje towarzysko wokół swojego przyjaciela, który okazuje się być bardzo popularną osobą w szkole. W sumie to żadna przyjaźń, to jej pozory, bo znajomość obu chłopaków nie przechodzi próby czasu zbyt dobrze.

Assaf boi się do tego przyznać, ale przyjaźń zawiązana w dzieciństwie po prostu się skończyła.

Grosman pięknie o tym pisze:

Bo na dobrą sprawę i tak przez ostatnie kilka lat był sam. Zawsze tylko z Roim i całą tą paczką. Coś tam robił razem z nimi, chodził na imprezy, śmiał się z ich dowcipów, godzinami grał w piłkę, wychodził się zabawić w piątkowe wieczory, spędzał z nimi mnóstwo czasu w zadymionych kawiarniach, w dusznych pomieszczeniach. Co oni właściwie robili przez całe dziesiątki tych ciągnących się bez końca wieczorów?

Wypijali po parę piw, podrywali dziewczyny, palili mnóstwo papierosów i pili trochę wódki, a Asaf raz po raz wtrącał parę zdań o nauczycielach, rodzicach i dziewczynach. Kiedy palili fajki wodne, zaciągał się kilka razy i mówił, że mu smakuje, a kiedy tańczyli, zawsze stawał pod ścianą z którymś z chłopaków, rozmawiał z nim, aż tamten wreszcie zebrał się na odwagę i zaprosił do tańca jakąś dziewczynę, po czym już nie wracał.

A w czasie wakacji - było w zasadzie tak samo, o ile nie gorzej: niekończące się wędrówki po mieście, od kawiarni do kawiarni, od pubu do pubu, a on, przeważnie z wysiłkiem ukrywając przed nimi, co naprawdę czuje, starał się spełniać minimum ich oczekiwań, byleby zachować twarz. I zawsze po takim pustym, ogłupiającym wieczorze czuł się jak puf wypełniony ziarenkami styropianu. Dziwne, bo chociaż był właściwie samotny, to nigdy w ten sposób o sobie nie myślał. Samotni byli inni chłopcy i inne dziewczyny.


Ten fragment to rzadkiej urody zapis bolesnej chwili samoświadomości. Jednej, konkretnej. Gdy odklejamy się od naszych wyobrażeń o samych sobie i stajemy w jakimś rodzaju prawdy.

W tym przypadku Assaf odrywa się też od stada głupkowatych rówieśników i pędzi z psem ulicami Jerozolimy w kierunku dojrzałości (?).

Ktoś jeszcze pobiegnie?

Gliniarz, Żyd, rozwodnik... - Chabon zagryza Chandlera.

Najpierw cytat ze strony o Autorze:

W 2007 r. ukazała się powieść "Związek żydowskich policjantów", owoc pięciu lat pracy. Powieść okazała się następnie wielkim sukcesem pisarza, przynosząc mu nagrody Nebula, Hugo i Locus oraz nominacje do nagród Sidewise, nagrody im. Edgara Allana Poe oraz nagrody BSFA. Media wspominają o niedługiej ekranizacji powieści, której mają dokonać Bracia Cohen

Brzmi zachęcająco, prawda?

Tak właśnie znalazłem rzeczoną książkę. Żaden strzał w ciemno - po prostu przewertowałem spis nagradzanych ostatnio autorów i nie mogłem wybrać źle.

***

Najpierw parę oczywistości.

Parę razy w życiu chciałem być zły (nie zły absolutnie, ale tylko tak troszkę, niemal delikatnie)- przywalić niesympatycznemu bliźniemu inteligentnie, ironicznie, ledwie maskując cynizm, zmiażdżyć przeciwnika ciętą ripostą i patrzeć, jak kurczy się w oczach pod prasą bezczelnego poczucia humoru.

(Mój ulubiony cytat z Chandlera:


- Nie podobają mi się pańskie maniery.
- Nic nie szkodzi, nie mam ich na sprzedaż.


Czujecie to?)

Chciałem być taki zły, a jednocześnie momentalnie poczułbym wyrzuty sumienia, że kogoś mogłem urazić. Cóż, zbyt delikatny chyba jestem...

Tutaj docieramy do esencji konwencji noir, stylistyki, która musi być przesiąknięta emocjami typu "nie ma zmiłuj.".

Czarny kryminał to oprócz brutalności, mroku, tajemnicy, zła i upapranego tym złem bohatera, również styl. Nie ma noir bez stylu.

A Michael Chabon ma styl. Jest bardziej Chandlerowski niż sam Chandler. I ani na moment nie osuwa się w kierunku parodii gatunku. Jest poetą noir i zważywszy na fakt, że napisanie "Związku..." zajęło mu pięć lat, musimy założyć, że ciężko się napracować, by całość brzmiała solidnie.

Jego styl, nie da się ukryć, zwraca na siebie uwagę. Nie jest cienką szybką, przez którą przyglądamy się fabule. Jest grubym matowym szkłem, zapoconą szybą w kawiarni, gdzie siedzimy nad piątą kawą, pełną popielniczką i lustrujemy życie ulicy.

Jego styl jest krwisty (nomen omen), mięsisty, męski, pełny gruboziarnistych metafor i porównań.
Czyta się znakomicie, choć pewnie to lektura raczej męska, bo jakiej czytelniczce przypadłby do gustu główny bohater - rozwodnik mieszkający w podłym hotelu, pociągający ale z butelki, niesubordynowany policjant z wybitnymi problemami każdej natury...



A fabuła? Tak błyskawicznie:

Alternatywna wersja historii. Alaska, którą zasiedlili Żydzi uciekający przed holokaustem. Mamy mniej więcej czasy współczesne. Amerykanie mają wkrótce odebrać Żydom pożyczoną im ziemię. Mamy klimat depresyjnej i dusznej społeczności na chwilę przed kolejną wędrówką ludu.

Parującą w powietrzu bezradność i głęboki fatalizm - klasyka noir, ale w wydaniu mojżeszowym to coś świeżego i energetycznego.

Morderstwo. Śledztwo raczej po omacku. Pojawia się alkohol i... szachy. Pojawia się kobieta fatalna. Pojawiają się meandry intrygi o charakterze międzynarodowym. Wszystko utkane precyzyjnie. Wciąga, porywa.

Wymiany zdań jak ciosy bokserów na zawodowych ringach. Tu nikt nikogo nie oszczędza.


– To już twoja sprawa, detektywie. Może dla odmiany spróbujesz pomyśleć o przyszłości?
– O przyszłości? – powtarza Landsman. – O latających samochodach? Czy o hotelach na Księżycu?


I co?

Znajdziemy kogoś, by go poczęstować podobnym tekstem?



Całość czyta się znakomicie. I to przeczucie przedziwnego happy endu, gdy w rozpadającym się na oczach bohaterów świecie może zabłyszczeć jeszcze coś dobrego...