piątek, 27 stycznia 2012

Metafizyka Tamizy - "Trzech panów w łódce" Jerome'a K. Jerome'a

Mój egzemplarz "Trzech panów w łódce" Jerome'a K. Jerome'a opatrzony jest krótką odautorską notą. Szczególnie jedno z zamieszczonych tam zdań ściska moje serce:

Zachowałem kilka poczerniałych kartek z egzemplarza przysłanego mi przez pewnego młodego oficera kolonialnego z Południowej Afryki. Zostały one wyjęte z plecaka martwego kolegi znalezionego na Spion Kop.

Wyobraźnia zanosi mnie na pole bitwy pomiędzy Brytyjczykami a Burami, gdzie ci pierwsi dostali ostre baty. Wyobrażam sobie te rzadki w czasie wojny chwile spokoju, gdy ów młody Anglik sięga po sfatygowane, zakurzone, zaczytane stronice "Trzech panów..." i odpływa nurtem Tamizy.

(Być może po śmierci trafił właśnie na zielone łąki Albionu? Życzę mu tego.)


Ciężko rozpisywać się o tak znanej i powszechnie lubianej książce. Książce, który jest jak kumpel, o którym złego słowa powiedzieć nie mogę, co jakiś czas się widzimy i mimo tego, że znamy się jak łyse konie, nie możemy przestać cieszyć się swoim towarzystwem.


Skąd ten fenomen? Sam autor nie do końca umie odpowiedzieć na to pytanie. Krytyka przyjęła tę opowiastkę chłodno, pastwiąc się nad trywialnością, banalnym tematem i prostotą języka. Jednak czytelnicy wiedzieli swoje - sukces przerósł wszelkie oczekiwania i autora i wydawcy.

W ciągu kilku pierwszy lat w Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych sprzedano milion egzemplarzy. W Rosji jednej z pisarczyków podszył się pod Jerome'a, by pod tym nazwiskiem opublikować swoją książkę.

"Trzech panów..." wciąż się dodrukowuje, wydaje, sprzedaje...

Dlaczego? Co, na Jowisza!, jest zaklęte na kartach opowieści o wyprawie trzech facetów (i psa) łódką? Czy tylko powalający subtelny humor? Czy precyzyjny opis trasy "rejsu" pomiędzy jedną a drugą śluzą?

Z czasem znalazłem na to pytanie odpowiedź (nie jest ostateczną, oczywiście...). Na kartach opowieści Jerome'a znalazło się jedno z najdoskonalszych wcieleń toposu o Złotym Wieku. Od zawsze ten mit inspiruje do tworzenia mniej lub bardziej arkadyjskich rzeczywistości.

Mieliśmy w Polsce nasz Czarnolas, nasze Soplicowo (ileż bym dał, by "Pan Tadeusz" był tak smieszny jak "Trzech panów..." lub żeby "Trzech panów..." było tak obszerne jak "Pan Tadeusz"...), Anglicy mają Tamizę i wolno sunące po niej łodzie wypełnione dżentelmenami...

Nie istnieją jeszcze choroby wściekłych krów, uprawy GMO, całe osiedla zbudowane wokół TESCO, po ulicach nie przetaczają się wściekłe bandy emigrantów.


Tak to widzę. Jednym ze źródeł sukcesu jest pozorna błahość, lekkość (co było onegdaj zarzutem!), pod którą aż kipi od dowodów na istnienie tego, co możemy nazwać metafizyczną warstwą opowieści.

Przypominam - "Pana Tadeusza" też z początku przyjmowano chłodno, widząc w nim zaledwie opowieść o "wieprzowatości życia" (Słowacki tak podsumował kolegę), aż w końcu pojawiły się teorie (tu uaktywnił się Czesław Miłosz) o metafizycznym blasku:


Wbrew pozorom, a także wbrew świadomym zamiarom autora, „Pan Tadeusz” jest poematem na wskroś metafizycznym, to znaczy jego przedmiotem jest rzadko dostrzegany w codziennie nas otaczającej rzeczywistości ład istnienia jako obraz (czy odbicie w lustrze) czystego Bytu. (...)

„Pana Tadeusza” mógł napisać tylko poeta, który – kiedy, w 1849 roku! – powiedział do Seweryna Goszczyńskiego: „Kalendarz i brewiarz są to najważniejsze książki dla człowieka” (...)


I to właśnie najbardziej ciekawi mnie w „Panu Tadeuszu”: pogodna aprobata istnienia, jakby wszystkie rzeczy, dlatego tylko, że zostały obdarzone bytem, były dobre.

Za internetowym wydaniem "Tygodnika Powszechnego"

Przecież te same słowa mogłyby dotyczyć "Trzech panów..."!

Z jednym małym wyjątkiem - dla naszych dżentelmenów nie kalendarz i brewiarz będą podstawą egzystencji, ale przewodniki turystyczne i podręczniki historii.

Cała reszta pozostaje bez zmian.

Wybaczcie meandryczność tego postu, kończę go inaczej niż zamierzałem. Chciałem jeszcze wklepać fragment wiersza Larkina, coś o końcu niewinności... Ale jak się pisze m.in. o rzece, to człeka czasem prąd zniesie w rejony, których nie planował zwiedzić.

poniedziałek, 23 stycznia 2012

A temat wymyślcie sobie sami... - "Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki" Mario Vargasa LLosy

Dość długo walczyłem z sobą, by nie zacząć omówienia „Szelmostw niegrzecznej dziewczynki” od przytoczenia pewnego nieprzyzwoitego kawału.

(Dwóch kolegów spotyka się po latach niewiedzenia.
- Stary, dwa lata byłem na stypendium we Francji.
- We Francji?! A jak sobie poradziłeś z językiem?
- Cóż…na początku trochę się brzydziłem…)

Jak widać przegrałem tę walkę, jak i walkę o pewien konkretny kształt omówienia powieści Noblisty. Przegrałem, bo to powieść niemal doskonała w swojej precyzji, epickim oddechu, szerokim rozmachu. Niepozbawiona poczucia humoru, nieprzewidywalnych zwrotów akcji, a jednocześnie do bólu realistyczna.

(Całe szczęście Llosa daleki jest od trywialnego realizmu magicznego, bo inaczej całą tę historię równie dobrze mógłby opowiadać gadający jaguar lub lama)

Autor ani razu nie stracił koncentracji, nie pozwolił uciec książce na tereny czczych dywagacji o przemianach kulturowych lub mdłych medytacji o nieszczęśliwej miłości.

Llosa jest jak snajper. Uderza w punkt. Wzorcowo wplata kolejne katastrofy uczuciowe bohatera w mieniące się przeróżnymi odcieniami następujące po sobie dekady. Niewinne lata 50, hippisowskie 60, liżące rany po dzieciach-kwiatach 70 etc.

Cóż… W sumie wszystko, co napiszę o tej powieści będzie od niej głupsze.

Moje zboczenie zawodowe kazało mi się zastanowić, jak podejść problemowo do „Szelmostw…” Bo o czym to jest powieść? O fatalnej miłości? O beznadziejnie chorym na romantyzm głównym bohaterze? O kolejnej odsłonie femme fatal? A może coś jeszcze?

Może na kolejnych kartkach odbijam się ja sam - niepojęcie i durnowato zakochany kiedyś w dziewczynie, dla której straciłem sześć lat młodości?

W szalonej gonitwie za „tematami lekcji z Peruwiańczyka” wpadałem na kolejne coraz dziwniejsze odkrycia. A może jest to alegoryczna historia o miłości Boga do grzesznika? Bóg jak nasz bohater wciąż przyjmuje nawracającą się upadłą duszę – tytułową bohaterkę…




Jednak zarzuciłem szybko ten pomysł, bo każde kolejne spotkanie bohaterów kończy się sceną miłości francuskiej…

Niech to omówienie będzie tylko zapisem porażki, jaką poniosłem jako recenzent z bożej łaski w obliczu jednej z najlepszych powieści, jakie czytałem w życiu.


wtorek, 10 stycznia 2012

Zbrodnie light Camilli Läckberg

O skandynawskim kryminale aż wstyd pisać.

Dziś każdy czyta mroczne opowieści z Północy, podnieca się MILLENIUM Larssona, wpada w delikatny spleen w towarzystwie komisarza Wallandera, śledzi polowania na różnych dewiantów z Norwegii lub Islandii.

Temat jest tak oczywisty, że mógłbym urwać, bo zainteresowani wiedzą co i czym się je, dlatego dziś tylko szkic wrażeń z lektury trzech tomów "kryminalnej sagi" Camilli Läckberg, które "zaliczyłem" w jednym opętańczym czytelniczym ciągu.

Szwedzka pisarka w odróżnieniu od swoich kolegów i koleżanek po fachu stara się przede wszystkim zaserwować czytelnikowi rozrywkę - prostą, niezobowiązującą jak flirt na pokładzie promu pasażerskiego, inteligentną i trzymająca w napięciu.

Nie mami nas obietnicą głębszych obserwacji natury socjologicznej, nie obiecuje, że odkryje mroczną jak Buka duszę Skandynawii. Ona chce tylko, byśmy się dobrze bawili.

Stąd "Księżniczkę z lodu", "Kaznodzieję" i "Kamieniarza" czyta się fantastycznie. Są to książki lekkie, iskrzące się bezpretensjonalnym humorem. Potężnym atutem cyklu są również główni bohaterowie - zwykła młoda kobieta tuż po 30, pisarka, bez większych nałogów, i młody policjant, też oderwany od nieznośnego stereotypu, który nakazuje autorom kryminałów niemal ZAWSZE zrobić z detektywa ofiarą autodestrukcyjnych skłonności.

Erica i Patrik są grzeczni. I może dlatego na tle alkoholików, erotomanów, narkomanów, zmęczonych zawodem starych wyjadaczy, dziwolągów wszelakiej maści, którzy jakimś cudem łapią bandziorów, nasi bohaterowie przynoszą odrobinę ożywczej odmiany.

Łączą się w parę (kapitalne, prześmieszne opisy przygotowywania się do randki, która może skończyć się w łóżku, dylemat - jakie założyć majtki, wyszczuplające majciochy czy sexy koronki, które absolutnie niczego nie maskują. To oczywiście wątpliwości Eriki), mają dziecko, planują ślub...



Ilustracja pochodzi z książeczki dla dzieci "Lalo gra na bębnie" autorstwa Evy Susso, zilustrowanej przez Benjamina Chauda. Szwedzkiej książeczki...

Camilla Läckberg prochu nie wymyśla. Jej pisarstwo ma ograniczenia i nie warto stawiać zarzutów o zbytnie wygładzenie powieści, grubą kreskę, jaką szkicuje postacie pierwszo i drugoplanowe, pewne stereotypowe być może motyw poczynań zbrodniarzy i detektywów.

Przypominam, te książki mają bawić, a nie służyć za przewodniki po egzystencjalnych labiryntach bohaterów.

Jedyny zarzut, jaki mogę postawić trzem kolejnym tomom jest raczej śmieszny. Zaczynają drażnić mnie kryminały, w których motywy zbrodni kryją się w głębokiej przeszłości, zaprzeszłości świata przedstawionego - takim terminem wymyślonym ad hoc się posłużę.

U naszej autorki pierwsza zbrodnia dojrzewa przez kilkanaście lat, morderstwa w drugim tomie tkwią korzeniami kilkadziesiąt lat wcześniej, trzeci tom ubarwiają retrospekcje sprzed II wojny światowej...

Jak tak dalej pójdzie zaczniemy szukać motywów morderstw opisanych przez panią Läckberg w epoce brązu.