środa, 22 lutego 2012

Nie wierzę Kunderze - "Życie jest gdzie indziej" tegoż

Wróciło do mnie ostatnio słabiutkie echo przeczytanej niegdyś powalającej „Nieznośnej lekkości bytu” Kundery, postanowiłem więc zafundować sobie kolejną randkę z czeskim pisarzem.

Umówiliśmy się na „Życie jest gdzie indziej.” Siedzieliśmy naprzeciwko siebie, oczekiwaliśmy jednego, a dostaliśmy coś kompletnie innego. Okazało się, że stara miłość zardzewiała, niewiele mamy sobie tym razem do powiedzenia i szukamy pretekstu, by jak najszybciej skończyć to nieudane rendez-vous.

- Milan – mówię – przestałem ci wierzyć…
- Jak to? – zdziwił się i posmutniał.
- Po prostu. Nie wierzę w ani jedno słowo twojej opowieści o Jaromilu, poecie…


Kłamczuszek...

Tak pewnie wyglądałaby konwersacja pomiędzy mną a klasykiem czeskiej literatury. Cóż, zdarza się, że nasze wybory czytelnicze, które mają podtrzymać dobrą passę danego pisarza, wysokie miejsce w naszym prywatnym rankingu, zostają skutecznie dewastowane przez kolejne teksty takiego czy innego Kundery.

Bywa…

Tytuł nawiązuje rzecz jasna do Artura Rimbauda i jego nieśmiertelnego „Prawdziwe życie jest gdzie indziej” – słów tchnących pocieszającą pewnością tego, że gdzieś, bo przecież nie tutaj, jest lepiej, intensywniej, głębiej. Słowa te jak mantra powtarzają wszelkiej maści marzyciele, eskapiści, których jak ciasne buty uwiera otaczająca ich realność.

Bohater powieści, poeta Jaromil, też dobrze wpisuje się w zarysowany wyżej klimat. Młody, zarażony w dzieciństwie awangardowymi nowinkami, dojrzewa na przestrzeni powieści. Owocują w nim poetyckie ziarna zasiane mimowolnie przez nadopiekuńczą matkę, kobietę niespełnioną, wcześnie owdowiałą, gotową na kolejne związki.

Niestety, znów (jak w przypadku większości moich czytelniczych rozczarowań) całość rozbija się o skały niewiarygodności. Powieść jest bowiem skłamana wewnętrznie (uwielbiam to określenie) – Kundera popełnił niewybaczalny błąd.

Narracja poprowadzona z punktu widzenia kogoś „z góry”, wszechwiedzącego bytu czytającego w myślach, wertującego uczucia bohaterów, sprawia, że mamy precyzyjny wgląd w życie wewnętrzne postaci.

To dobrze? Nie w tym przypadku! Opisując psychikę dziecka, Kundera zamienia małoletniego Jaromila w „maszynę do analizy samego siebie.” Tłumacząc kolejne posunięcia matki poety, kobiety w sumie przeciętnej i nieobdarzonej jakimś wyjątkowym życiem duchowym, Kundera doszukuje się w niej plątaniny myśli i obserwacji rodem z traktatów filozoficznych…

Tak ludzie nie myślą. A Kundera, by wypchać puste przestrzenie pomiędzy poszczególnymi ruchami postaci, każe nam wierzyć, że w ich wnętrzach drzemią głębinowe pokłady czystego intelektu skrzyżowanego z barokową wybujałością uczuć. To się nie dzieje naprawdę. To się sprawdza tylko i wyłącznie w laboratoryjnych czeluściach utworu. Nigdzie więcej…

A więc rzeczywiście – „Prawdziwe życie jest gdzie indziej”, tylko czy właśnie o to chodziło Kunderze???

Jeżeli jeszcze dodamy do tego ciężkostrawne opisy kolejnych fantazji, marzeń sennych, które nie wnoszą do powieści niczego oprócz dość dekoracyjnego tła, na którym wiodą swe życie bohaterowie, wyjdzie wzorcowy przykład przerostu formy nad treścią…



- A więc nie dostanę następnej szansy? – zapytałby pisarz.
- Nie wiem… zostańmy przyjaciółmi, dobrze?

wtorek, 21 lutego 2012

Lirycznie statystycznie... - "Państwo P." Dariusza Sośnickiego

Kiedy od czasu do czasu pewne wydawnictwo prosiło mnie o napisaniu paru słów na temat takiej czy innej książeczki poetyckiej, kilku okrągłych frazesów, które kompletnie NIC nie mówiły przyszłym czytelnikom (jakim czytelnikom???), wywiązywałem się z tego zadania tak dobrze, że dano mi poważniejsze zadanie – wywiad z jednym z czołowych współczesnych polskich poetów, Dariuszem Sośnickim.




Nic Wam nie mówi to nazwisko? Nic dziwnego. Poezja w ogóle jest nierozpoznawalna, zaludnia tak krótkie półki w księgarniach, że więcej miejsca zajmuje mięso w lodowce wegetarianina.

Starałem się jak mogłem, przeczytałem wcześniejsze rozmowy z poetą, lekcję sumiennie odrobiłem. Spotkaliśmy się, pogadaliśmy koleżeńsko (pochodzimy z tego samego miasta, Sośnicki, ja i Adam Asnyk); wyłączyłem dyktafon, gdy zadałem ostatnie z przygotowanych pytań.

Gdzieś poza tymi oficjalnymi, nieco szkolnymi jednak kwestiami, zapytałem o to, co sobie obiecuje po tomiku „Państwo P.”, który właśnie miał się ukazać. Po chwili milczenia padła mniej więcej taka odpowiedź:

- Że ta książka jakoś silniej zaistnieje…

I co? I nic. Kto ją czytał? Kto oprócz specjalistów i lirycznych zboczeńców (czyt. miłośników poezji) choćby o niej słyszał?

A moim zdaniem jest to jedna z najlepszych, najbardziej przystępnych, „ludzkich” książek, jakie ukazały się w ciągu ostatnich kilkunastu lat w przestrzeni tzw. literatury wysokiej.

Wiersze, które nie są objawem skrajnego hermetyzmu, dławiącej porozumienie drapieżnej ironii, swoistego onanizmu, gdy autor wciąż pisze o tym, że pisze…

„Państwo P.” to po prostu opowieść o nas – zwykłych, pochłoniętych codziennością Polakach. O dzieciach, o zakupach, o domowych obrządkach, wakacjach i bolesnych powrotach z.

Bohater tak mówi o sobie w wierszu
Pan P. wyznaje: Nie jestem
miejskim partyzantem:

Nigdy nie byłem miejskim partyzantem.
Pierwsza godzina w barze to dla mnie udręka,
kolejne rzadko pamiętam. Ubrania służą mi do okrywania
ciała, napojami gaszę pragnienie.
W kwestii seksu mam do powiedzenia niewiele –
tak, jestem niesprawiedliwy wobec własnych myśli
i niech tak może zostanie. Widziałem parę filmów,
żaden nie wydał mi się dość dobry, podobnie
było z płytami, na wystawy chodzę w sobotę.
Tylko weekendowe wydania gazety,
jeden tygodnik na tydzień, trzy czwarte miesięcznika.
Sprawy osobiste względnie uporządkowane.
W polityce zawsze po stronie opozycji,
w futbolu za napastnikami. Żadnych napisów na koszulkach.
Okulary słoneczne prędzej włożyłbym sobie w tyłek
niż na głowę, bardzo przepraszam.
Życie nie musi sprawiać mi przyjemności,
sam na nie zapracowałem. Cisza wcześnie rano
we własnym mieszkaniu. Przedział drugiej klasy
w pociągu na przedmieściach, wieczorem, ze mną w środku.
Łóżko, sprawny prysznic. Oczywiście tanio.


Kurka wodna, myślę sobie, przecież to o mnie. Z niewielkimi korektami, ale to ja. Jaki inny współczesny poeta zna mnie tak dobrze? Żaden, jedźmy, nikt nie woła…

Ale to jeszcze nic. Tomik czyta się znakomicie, bo nasi bohaterowie tkwią w tej samym oceanie rzeczywistości, w jakim my sami wciąż jak plankton się unosimy. Allegro, Gazeta Wyborcza, telewizja kablowa, chińskie towary, kryminały przed zaśnięciem, męczący sąsiedzi. Próby, by nie wypaść z obiegu…

Słuch nie zawodzi Sośnickiego. Słyszeć u poety znaczy umieć oddać w tekście to, jak i czym mówią ludzie. Jak bajdurzą, plotą, język szuka skrótów, by szybciej wyrazić to, o czym jeszcze nie zdążyło się na dobre pomyśleć. Taki przykład, pierwszy z brzegu portret kobiety współczesnej w dość bolesnym kawałku:

Alfabet pani P.: Morze

Nie po to cały rok harowałam, żeby latem tkwić na osiedlu
niczym księżniczka w betonowej wieży i czekać, aż przybędziesz,
książę,
z tej swojej pracy tramwajem, i weźmiesz mnie na spacer,
do parku. Albo do kina, bo oto nadeszła sobota,
nigdzie cię nie wezwano, i po sześciu godzinach przy biurku
w naszym wspólnym pokoju (po godzinach, które ja dobijałam
w kuchni
„Gazetą Świąteczną”) chętnie byś się gdzieś wyrwał. Pieniądze?
O czym ty mówisz! Nie było żadnych pieniędzy,
ani tam gdzie zazwyczaj, ani gdzie indziej.
Gdy przyjdą tutaj źli ludzie, podyktuj im adres ministra,
bardzo mnie zmotywował do tego ostatnią podwyżką, wybacz.
Dziecko zostawiam u dziadków, ich dom to jedyne miejsce
pod tym przeklętym słońcem, gdzie nie dotarła jeszcze
prawda o tobie, córko: Jesteś leniwa i pozbawiona ambicji.
Jedź, obkupią cię i poprawisz sobie samoocenę, jeśli to wciąż możliwe.
Ja będę u koleżanki, jest starsza ode mnie,
grubsza i chyba, wyobraź sobie, nawet gorzej ubrana.
Z naszymi budżetami przyjdzie nam jadać w pokoju, opalać się
na balkonie
i kąpać w łazience, spokojnie. Znajdę ci ładny bursztyn i wyślę kartkę
z Żurawiem
(w tle zardzewiały „Sołdek”). Albo zupełnie czarną
z napisem „Sopot by night”.



„Państwo P.” powinno być lekturą obowiązkową dla każdego, kto osiągnął swoją „małą stabilizację”, otoczył się przedmiotami i obrósł przymiotami hmmm… inteligenta? Macie dzieci, wiecznie niedopięty budżet, urywki czasu, które pożytkuje w mniej lub bardziej przewidywalny sposób.

Pod koniec naszej rozmowy padła kwestia rzeczywistości, Polska Anno Domini 2008. „Zaczynałem żyć świadomie w latach 80. I tamta rzeczywistość miała się nigdy nie skończyć – mówił Sosnicki – a jednak wszyscy wiemy, jak się sprawy potoczyły… Wolę więc nie przyzwyczajać się do tego, co mamy tu i teraz.”

Pomyślmy o tym, gdy kolejne kraje toczą kryzysy, być może nie dożyjemy emerytur, a w dobie kryzysu energetycznego stać będziemy w kolejkach po świeczki.

Być może wtedy tomik Sośnickiego czytać będziemy ze ściśniętym gardłem, bo wiersze w nim umieszczone są świadectwem słodko-gorzkiej epoki konsumpcji, w której wszystko odwraca naszą uwagę o zbliżających się katastrof...

piątek, 10 lutego 2012

Gdyby Napoleon nie miał hemoroidów... - Connie Willis "Nie licząc psa"

Ciąg dalszy wpisu z bloga Maszyna do pisania

...podobne tematy drąży powieść Connie Willis "Nie licząc psa"

Tytuł jest jednoznacznym nawiązaniem do arcydziełka Jerome'a "Trzech panów w łódce."

Autorka umieszcza cel podróży w czasie w samym sercu epoki wiktoriańskiej, gdzie każe się udać bohaterom w poszukiwaniu informacji o pewnym artefakcie... Książkę zaludniają więc uroczy dżentelmeni, kapryśne i rozpuszczone pannice, usłużna służba, cała ta klasyczna menażeria, jaka przychodzi nam na myśl, gdy pofantazjujemy o spokojnych czasach świetności Albionu.

Powieść teoretycznie powinna mnie powalić na kolana (nagroda Hugo i nominacja do Nebuli), powinienem przeczytać ją w ciągu przysłowiowego jednego wieczoru, tęsknić za jej bohaterami.

Tak się jednak nie dzieje.

Dlaczego? Bo Willis przelicytowała się – jak początkująca kucharka przesadziła z ilością przypraw lub grzybów w barszczu. Bo czegóż w jej książce nie znajdziemy – zagubieni podróżnicy w czasie, pączkujące dywagacje w stylu „co by było gdyby…”(co akurat uważam za jedną z mocniejszych stron książki, ale co za dużo to niezdrowo), skomplikowane, graniczące z niejasnością partie o teorii wędrówek przez stulecia, burleskowe sceny, które doskonale sprawdziłyby się w kinie, ale na papierze ciążą i sprawiają wrażenie wymuszonych, próbki farsowego angielskiego humoru, który jednak tylko chwilami jest do „uniesienia” (być może to wina tłumaczenia?), narracja pełznąca jak senne niedzielne popołudnie.

Może to wybitnie szowinistyczna uwaga, ale… tak mogła tę dosyć ciekawą historię poprowadzić tylko kobieta. Gadulstwo – to mój największy zarzut, pani Willis.

Coś mnie jednak powstrzymało przed rzuceniem precz tej pozycji – nazwijmy to honorem czytelnika, który nie skończy, póki nie dotrze do samego końca opowieści.

Poza tym, na tej czasem dłużącej się drodze trafiały się prawdziwe perełki. Błyszczą wspomniane wcześniej spekulacje, które powinny natchnąć każdego, kto choć trochę interesują się historią. Przykład:


(...) Drouet. On też nie był nikim szczególnym, zwykłym niepiśmiennym francuskim wieśniakiem, który nie miał szans trafić do podręczników historii.

Tylko że Ludwik XVI, uciekając z Francji z Marią Antoniną, wychylił się przez okno powozu, żeby zapytać Droueta o drogę, a później, jednym z tych drobnych gestów, które zmieniają kurs historii, dal mu jako napiwek banknot. Ze swoim wizerunkiem.

Drouet przedzierał się przez las, żeby zaalarmować policję i zatrzymać powóz, a kiedy się nie udało, wyciągnął wóz ze stodoły i zatarasował nim drogę.

A gdyby jakiś historyk(podróżujący w czasie – mój przypis) ukradł koło od wozu albo zaczaił się na Droueta, albo ostrzegł woźnicę Ludwika, żeby pojechał inną drogą? Albo gdyby jeszcze w Wersalu jakiś historyk ukradł banknot i zastąpił go monetami. Ludwik i Maria dotarliby do swojej rojalistycznej armii, zdławiliby rewolucję i zmienili całą historię Europy. Z braku koła.





Tego typu "gdyby babcia miała wąsy" jest dużo więcej.

Willis nie tylko doskonale wprowadza w historię, która jawi się nam jako chaos wcielony, plątanina przyczyn i skutków, ale również serwuje pyszne anegdoty z życia akademickiego dziewiętnastowiecznej Anglii:


Moim ulubionym donem był Claude Jenkins, który miał w domu taki bałagan, że czasami nie mógł otworzyć frontowych drzwi, a pew¬nego razu spóźnił się na zebranie i wytłumaczył się w ten sposób: „Moja gospodyni właśnie umarła, ale posadziłem ją na kuchennym krześle i powinna wytrzymać, dopóki nie wrócę”.

Ale oni wszyscy byli niezwykli: profesor logiki Cook Wilson, który po dwóch godzinach nieprzerwanej oracji powiedział: „Po tych wstępnych uwagach...” 

Profesor matematyki Charles Dodgson, który - kiedy królowa Wiktoria pochwaliła jego "Alicję w Krainie Czarów” i zażądała egzemplarza następnej książki - wysłał jej swoją rozprawę matematyczną „Streszczenie determinantów”, i ten profesor greki, który uważał, że barometr lepiej wygląda ustawiony poziomo niż pionowo.




Jak to więc jest z tą powieścią? W sumie nie ma co jej glanować. Odessałbym nieco tłuszczu (wymuszone farsowe wstawki), zrobił lekki lifting narracji (wyciął parę przegadanych prowadzących donikąd partii) i proszę. Jak nowa!