piątek, 30 marca 2012

Dlaczego "Trudno być bogiem" braci Strugackich?

Moja choroba (nauczyciel języka polskiego, 10 rok patologii) każe mi prześwietlać każdą czytaną książkę pod kątem tematów lekcji, jakimi uprzykrzyłbym życie uczniów. Poznając świetną powieść braci Strugackich, klasyków rosyjskiej fantastyki naukowej, najchętniej zmieniłbym się w nauczyciela historii. Dlaczego? Ponieważ "Trudno jest być bogiem" buduje grunt pod atrakcyjną grę wyobraźni, której uczestnicy stawaliby przed nielichymi rozterkami moralnymi.

Punktem wyjścia jest dość obliczalna sytuacja. Naukowcy z przyszłości (utopijnie, nienachalnie zarysowana cywilizacja ziemska, zapewne ZSRR) odkrywają planetę, na której trwa właśnie epoka przypominająca jako żywo nasze europejskie średniowiecze. Feudalizm pełną napuchniętą gębą. Król, władca życia i śmierci, okrutni baronowie-idioci, warstwa średnia ulepiona z wszelkiej maści rzemieślników i kupców, prymitywna tłuszcza - chłopstwo...

Tą dość stabilną konstrukcją społeczną wstrząsają od czasu do czasu bunty, rozruchy, wojny i wojenki. Masowe egzekucje, zemsty rodowe i cała reszta urokliwego krajobrazu wieków średnich.

W tych warunkach nasi bohaterowie-historycy mają przeprowadzić badania terenowe. Przybierają tożsamość miejscowych szlachciców i wtapiają się w barbarzyńską rzeczywistość cywilizacji Arkanaru.

Nie trzeba być mędrcem, by szybko pojąć autorski zamysł. Przeciwstawić "oświeconych" wysłanników Ziemi prymitywnym, brutalnym, niemal "niedoczłowieczonym" tubylcom. Pod klawiaturę recenzenta pchają się teorie o ewolucji cywilizacji, o formach sprawowania rządów, o ukrytych mechanizmach samej Historii, która pnie się ku słońcu rozumnej władzy z padołów ciemnoty i zabobonu.

Jednak jest to tylko punkt wyjścia - wyobraźmy sobie coś większego. Lądujemy w czasach (nie śmiejmy się) "Krzyżaków" Sienkiewicza. Dysponujemy bajeczną techniką, bronią kruszącą mury fortec, gazami zdolnymi uśpić całe miasta w kilka minut i... obserwujemy nieludzkie okrucieństwo, zło, cierpienie niewinnych, tryumfy zezwierzęcenia.

Co robimy? Obserwujemy tylko? Kto z nas nie wróciłby "w rodzinne strony", by uciec przed dylematem - zaangażować się po stronie (jak nam się wydaje) dobrych? Zostać tylko obserwatorem? Lodowatym laboratoryjnym spojrzeniem omieść wypchaną zbrodniami przestrzeń i wzruszyć ramionami w imię "dobra nauki"?

Pomiędzy wierszami czytamy, że wszystko MUSI iść swoim torem. Nie wolno nam ingerować w naturalny rozwój, w ewolucję. Nie można dowolnie zatrzymywać lub przyspieszać koła dziejów, bo cały misterny mechanizm zacznie pracować w sposób nieprzewidywalny.

I właśnie dlatego trudno być bogiem. Wszechmocnym, ale mającym związane ręce.





I jeszcze jedna kwestia; kto wie, czy nie najważniejsza. Główny bohater, ziemski historyk w przebraniu miejscowego szlachcica don Rumaty, tak w pewnym momencie myśli o jednym z "przedmiotów" swoich obserwacji naukowych:

Co się ze mną stało? Dlaczego? Gdzie się podział wpojony i pielęgnowany od dzieciństwa szacunek i zaufanie do pokrewnych mi stworzeń - do wspaniałej istoty zwanej "człowiekiem"? Przecież już nie mam na to rady, myślał ze zgrozą. Przecież ja rzeczywiście nienawidzę ich, gardzę nimi... Wcale ich nie żałuję - nienawidzę i gardzę. Mogę bez końca usprawiedliwiać tępotę i bestialstwo owego chłopaka, którego przed chwilą odepchnąłem, warunkami społecznymi, straszliwym otoczeniem, w jakim się wychował i jeszcze wieloma innymi przyczynami, a jednak widzę teraz wyraźnie, że to mój wróg, wróg wszystkiego, co ja kocham, wróg moich przyjaciół, wróg tego, co uważam za najświętsze, l nienawidzę go nie teoretycznie, nie jako "typowego przedstawiciela", lecz jego osobiście, jako jednostkę. Nienawidzę tej zaślinionej mordy, odoru niemytego ciała, jego ślepej wiary, złości do wszystkiego, co wychodzi poza granice czynności płciowych i popijawy.

Niebezpiecznie to brzmi, ale być może faktycznie byliśmy kiedyś "mniej ludźmi" i rację miał Micheal Foucault, gdy pisał, że pojęcie człowiek zaczęło cokolwiek oznaczać dopiero w Oświeceniu, gdy rozpraszały się mgły ciemnoty i zabobonu?

poniedziałek, 12 marca 2012

Klon sam w dolinie... - Kate Wilhelm "Gdzie dawniej śpiewał ptak"

Science-fiction straszy najlepiej, najumiejętniej, najrzetelniej. Wyłączywszy być może heroiczne czasy kształtowania się gatunku (czyżby Verne?), fantastyka naukowa zawsze serwowała nam dość piorunujące wizje przyszłości utkane z najczarniejszych obaw, spekulacji, wizji…

Ze świecą by szukać dzieł, które w jasnych barwach odmalowałyby to, co ma nadejść.

Gdy porównamy powieść Kate Wilhelm z najbardziej znanymi, kanonicznymi wręcz wizjami postapokaliptycznymi, okaże się, że na pierwszy rzut oka „Gdzie dawniej śpiewał ptak” wypada dość… hmm… pastelowo.

Nie uświadczymy widowiskowych opisów plag, jakie spadły na mieszkańców biednej Ziemi – zostajemy ze szczątkowymi informacjami o głodzie, końcu surowców, spadającej płodności klonowanych hurtowo zwierząt, chorobach i wojnach… To dość standardowy przecież zestaw rekwizytów, jakimi straszy się nas od dawien dawna. Niemniej jednak to szkicowe ujęcie tła jest wystarczająco sugestywne, by wprowadzić w głęboki niepokój. Niepokój wywołany niedoborem informacji.

Całość powieści za wyjątkiem kilku brzemiennych w skutki epizodów rozgrywa się w pięknej dolinie, gdzie znaleźli schronienie ostatni (?) ludzie. Jednak i im wkrótce grozi zagłada – ostatnie płodne kobiety rodzą martwe niemowlęta. Szansą okazuje się klonowanie ludzi…

Wilhelm zamienia się w przewodnika po ostatnim bastionie „ludzkości” – społeczności klonów tworzących zalążki nowej cywilizacji. Z kliniczną precyzją, ale również iście kobiecą delikatnością, snuje wizję zimnej, wyrachowanej ale jednocześnie niezwykle kruchej struktury.

Wyobraźmy sobie – każde opuszczenie doliny kończy się dla sklonowanego człowieka chorobą psychiczną lub przynajmniej rozstrojem nerwowym. Dlaczego? Bo „rodzeństwo” klonów (na przykład pięciu, sześciu identycznych chłopców) MUSI zawsze trzymać się razem! Taka pierwsza z brzegu anomalia tego świata; nie wspominając już chociażby o grupowym seksie i innych atrakcjach doliny klonów.


Nie mam chyba sensu opowiadać książki i rzucać „mądrościami ludu” na temat wartości różnorodności i zagrożenia, jakie niesie ze sobą zunifikowany świat, w którym każdy może zastąpić każdego.

Mnie uwiodła dość marginalna kwestia – przyroda. Rzadko się zdarza, by w powieściach s-f autorzy strzępili pióra opisując grę świateł w szarpanych wiatrem październikowych drzewach, opary znad rzeki, barwy pól, nieba, śniegu, deszczu…Wilhelm nie spieszy się nigdzie.

O cóż może więc chodzić? O wstrząsającą pewność, że bez nas ten świat z pewnością nie przestanie być estetycznym arcydziełem. Zniszczymy siebie nawzajem, nasze kości rozsypią się wśród gnijących resztek cywilizacji, a słoneczko będzie sobie wschodzić i zachodzić, wschodzić i zachodzić…

niedziela, 11 marca 2012

Nadchodzi, nadchodzi... Ray Bradbury "Jakiś potwór tu nadchodzi"

Czego się baliście?

Mitycznej czarnej wołgi? Satanistów porywających dzieci? Cyganów (choć dziś to politycznie niezbyt poprawne)? Burzy? Wujka przebranego za św. Mikołaja?

Czegoś, co czai się w ciemnym kącie pokoju, w szafie, na strychu lub w piwnicy?

Jak sobie poradziliście? Nie licząc licznych sesji terapeutycznych na kolanach rodziców („Tam nic nie ma, synku, tam nie ma żadnego potwora.”), po prostu dorośliście i dziś boicie się bezrobocia, skoków franka, cen gazu, benzyny lub prądu…

Niestety, dziś nie wystarczy dorosnąć, by przestać się bać…

***

„Jakiś potwór tu nadchodzi” Raya Bradbury'ego, klasyka literatury fantastycznej, to bolesne wspomnienie czasów, gdy strach miał konkretną formę, kształt, w którym można było szukać słabych punktów. To też kanoniczna niemal opowieść, którą rodzice powinni sprzedać pociechom błądzącym gdzieś między dzieciństwem a okresem dojrzewania. Szczególnie synom, którzy muszą zmierzyć się z cieniami własnych ojców…

Sceneria – senne amerykańskie miasteczko, w którym czas płynie powolutku, sączy się jak miód skapujący z przewróconego słoika… Jim i Will to główni bohaterowie, typowi 13letni chłopcy pochłonięci przez typowe dla tego wieku rozrywki – nocne spacery po mieście, łupieżcze wyprawy do sadów, w których dojrzewają już jabłka i brzoskwinie… Ich słodkie życie przerywa wesołe miasteczko, które, o dziwo!, zjawia się pod koniec października.

Czujemy już? Nic nie jest tym, czym się z początku wydaje. Wesołe miasteczko to upiorna instytucja, od wieków snująca się bezdrożami świata, żerująca na ludzkim strachu i najniższych pragnieniach. Dziwolągi, których wynaturzone postaci oklaskują widzowie, to ofiary własnych namiętności – ci, którzy sprzedali duszę właścicielom lunaparku… Wszystkie karuzele, gabinety osobliwości, lustrzane labirynty są tylko powłoką, która ma zwabić nieszczęśników.




Will i Jim mają pecha – stają się przypadkowymi świadkami sytuacji, gdy lunapark odsłania to upiorne oblicze. Od tego momentu śledzimy nierówny pojedynek pomiędzy dwójką przerażonych nastolatków, ojcem jednego z nich, a poszukującymi ich w całym miasteczku potępieńcami.

Całość nie tylko trzyma w nieustannym napięciu, ale hipnotyzuje czytelnika iście barokowymi opisami czającej się lepkiej jak smoła ciemności, która poluje i próbuje zamknąć w sobie naszych chłopców. Może czasem drażnić styl Bradbury’ego, któremu pewnie przyświeca hasło: „Zdanie bez metafory i porównania zdaniem nieudanym”, ale to jedyna słaba (?) strona tej opowieści.

Całość tchnie chłodnym otrzeźwiającym powietrzem powieści inicjacyjnej, której naturalnym adresatem staje się rzecz jasna dojrzewający czytelnik.

A cóż ma pan dla mnie, panie Bradbury? Wygrzebałem taką oto perełkę:


Trzecia nad ranem, pomyślał Charles Halloway, siadając na brzegu łóżka. Czemu pociąg (z lunaparkiem - mój dopisek) przyjechał o tej porze?

Bowiem, odpowiedział sam sobie, to szczególna godzina.

O tej porze kobiety nigdy się nie budzą, nieprawdaż? Śpią snem niemowląt i małych dzieci. A mężczyźni w średnim wieku?

Oni dobrze znają tę godzinę. Mój Boże, północ nie jest wcale taka zła. Człowiek budzi się wtedy i z powrotem zasypia.

Pierwsza czy druga też nie są najgorsze. Przewracasz się z boku na bok, ale znów zapadasz w sen. Piąta, szósta rano to godziny pełne nadziei, bowiem świt czeka już za horyzontem.

Ale trzecia, o Chryste, trzecia rano! Lekarze twierdzą, że ciało pracuje wówczas na najniższych obrotach. Dusza wyłącza się. Krew krąży leniwie. Właśnie o tej porze człowiek najbardziej zbliża się do śmierci. Co prawda, sen to mała śmierć, lecz trzecia nad ranem, kiedy człowiek zupełnie rozbudzony leży w łóżku, jest zupełnie jak śmierć za życia.


Cierpiąc na chroniczne kłopoty ze snem około 2-3 w nocy, czuję ten cytat całym obolałym ciałem...