poniedziałek, 28 maja 2012

Polonezem przez galaktykę, czyli "Silentium Universi" Dariusza Domagalskiego

Gdyby porównać propozycje polskiej literatury fantastyczno-naukowej ostatnich dwudziestu lat do pojazdów tłoczących się na naszych drogach, to śmiało można zaryzykować stwierdzenie, że "Silentium Universi" Dariusza Domagalskiego jest odpowiednikiem Poloneza Caro.




Auto kanciaste, „kwadratowe”, mające zwolenników, którzy widzieli w nim samochód tani w utrzymaniu, części zamienne dostępne były wszędzie, a wnętrze dawało wrażenie przestrzeni i swobody. Niestety, karoseria kochała rdzę, silnik pracował zbyt głośno, a przyspieszenie pozostawiało wiele do życzenia...

Silnik „Silentium Universi” autor złożył ze znanych i lubianych podzespołów – osią fabuły są losy badawczej wyprawy kierującej się ku planecie, na której mogłaby się osiedlić umęczona wszelkimi plagami ludzkość z 2055 roku. W tle pobłyskują intrygi ścierających się ze sobą od wieków potęg potajemnie rządzących historią świata. A kolejno ginące na pokładzie gwiazdolotu osoby odsyłają wprost do formuły „zamkniętego pokoju”, doskonale znanej z klasycznego kryminału.

Niestety, autor zalewa ten silnik fatalną mieszanką paliwową. Tworzy kombinację hard science-fiction z metafizycznym horrorem, co skutkuje niespójną wizją: na tle majestatycznej próżni Kosmosu, którą przemierza statek „Marek Aureliusz” – owoc geniuszu technologii – ścierają się ze sobą siły rodem ze średniowiecznych, nieco jasełkowych, wyobrażeń Dobra i Zła. Trzeba specjalisty, by nie upaść pod ciężarem pomysłów, które sprawiają, że powieść staje się za mało wiarygodna dla fanów s-f i niezbyt straszna dla wielbicieli dreszczowców. Come on, kto potraktuje na serio sugestie, że na odległej planecie Szatan sam sobie postawił katedrę gotycką?!

Nikomu, poza kobietami w ciąży, nie wolno łączyć śledzi z czekoladą...

Bohaterowie, dzielni astronauci, również nie wzbudzają większych emocji. Każdy z nich obdarzony jest standardowym zestawem zalet, wad, słabości. Kryją w sobie jakieś tajemnice, reagują pod dyktando przeżytych traum. Jednak nawet w najbardziej dramatycznych z punktu widzenia fabuły chwilach dziwnie obojętnieją czytelnikowi, który wzrusza ramionami, gdy okazuje się, kto kogo zabił, kto jest agentem Watykanu, a kto fanatycznym satanistą.

Dzieje się tak między innymi dlatego, że Domagalski zbyt często bywa niekonsekwentny. Raz każe wierzyć, że nasi kosmiczni podróżnicy to „elita”, „najlepsi z najlepszych”, innym razem kompromituje jedną z bohaterek, gdy daje jej się popisać niewiedzą z zakresu podstaw matematyki. Zbyt często postacie są tylko przekaźnikami podglądów, streszczają popularną wiedzę na temat wszechświata, nauk przyrodniczych, tłumaczą sobie wzajemnie „skomplikowane” kwestie, by, broń Boże, czytelnik nie musiał myśleć w trakcie lektury.

Gwoździem do trumny, w której złożyłbym powieść, jest styl. Styl decyduje o wszystkim, gdy wszystko w książce zawodzi. To właśnie styl tworzy nastrój. Bohaterowie mogą być płascy, fabuła zbierać klisze, rozwiązania mogą być przewidywalne, a suspens nudny, ale gdy powieść ma nastrój, nieuchwytną magię tak a nie inaczej dobranych słów, obrazów, nawet kilku dialogów, coś w czytelniku zostaje na dłużnej.

Autor natomiast oferuje czytelnikom zdania typu: „Tamtego dnia kochali się długo i namiętnie. Jednak Hubert cały czas był myślami przy nowej pracy. Całując i pieszcząc swoją żonę, myślał o kosmosie...”

Wszystkie wady „Silentium Universi” mogą być uznane za zalety pod jednym warunkiem – powieść potraktujemy jako najniższy stopień czytelniczego wtajemniczenia w gatunek. Mamy tu niemal wszystko (zapomnijmy na chwilę o jakości), co może urzec przyszłego fana science-fiction: bezmiar wszechświata i apokaliptyczną wizję przyszłości Ziemi, bohaterskich astronautów i upiory błądzące w korytarzach ciasnego gwiazdolotu. Klasyka dla niezaawansowanych.

Warto więc pomyśleć o tej powieści tak, jak rodzice niedoświadczonego młodego kierowcy myślą o jego pierwszym samochodzie: niech to będzie auto bezpieczne, żadnych szaleństw proszę, niech się najpierw nauczy jeździć, a potem może się przesiąść na lepsze, wymagające większej sprawności modele.


***

Recenzja ukazała się 27 maja 2012 roku na stronach LubimyCzytać.pl

wtorek, 15 maja 2012

Co puszczają w "Radiu Darwina" Grega Beara?

Klasy biol-chem.

W moim liceum środowisko wysoce odhumanizowane. Jajogłowi ślęczący nad podręcznikami, kompendiami, leksykonami. Blade panny, które nawet po wystawieniu ocen kończących rok nauki potrafiły przygotowywać się do niespodziewanej kartkówki. Zapuszczone grubasy lub chudzielcy ledwie dźwigający głowy, porozumiewający się niezrozumiałym dla innych klas kodem.

My, przedstawiciele humanów lub mat-fizów, drwiliśmy z nich na potęgę, chociaż po przyjacielsku i nigdy nie przekraczając granic żartu.

Burleskowy raczej obraz biologa, chemika, przyrodnika zakodował mi się prawie na wieki wieków amen. No bo cóż pasjonującego może być w gapieniu się przez mikroskop w struktury przypominające malarstwo abstrakcjonistów? Co może pociągać w śledzeniu reakcji na poziomie komórkowym? DNA? RNA? Mitoza? Mejoza?

Kurde, myślałem siedząc nad podręcznikiem biologii, po kiego grzyba (saprofita? symbionta?) mi to wszystko?!

Mijają lata, a ja nabieram pokory wobec tajemnic Natury i ludzi próbujących odnaleźć ślady porządku w otaczającym nas wszechświecie. I jeszcze trafiam ostatnio na powieść Graga Beara "Radio Darwina", laureata Nabuli w roku 2000.


Książka to niezwykła. Z jednej strony typowe science-fiction. Nasz świat toczony przez tajemniczą plagę, której korzenie tkwią w głębokiej za-przeszłości rodzaju ludzkiego. Kobiety rodzą martwe lub całkowicie zdeformowane dzieci. Nikt nie potrafi znaleźć lekarstwa, szczepionki, nawet klucza do zrozumienia tego ponurego mechanizmu.

Pojawia się sztab naukowców, lekarzy, badaczy, którzy tropią ślady choroby, a jednocześnie kilku zapaleńcom udaje się podważyć paradygmaty współczesnej nauki. Zahaczamy o spory na temat ewolucji, wirusów, genów...

Oczywiście śledzimy również pełnokrwistych, mięsistych bohaterów, którym Autor nade wszystko każe działać, a nie snuć się bez celu i dumać nad sensem istnienia w świecie pogrążającym się w chaosie i niepewności. Kibicujemy mądrym absolwentom klas biol-chem. właśnie!

Z drugiej strony "Radio Darwina" to istna dżungla, w której roi się od naukowych terminów, debat na poziomie akademickim, obserwacji antropologicznych i medycznych. Wydawać by się mogło, że nikt, kto nie ma nad podorędziu stosu podręczników, nie da rady przedrzeć się przez zasieki ustawione przez Autora.

A jednak! Nawet taki ignorant biologiczny jak ja dość gładko torował sobie drogę przy trudniejsze partie powieści. Wystarczyło zaufać postaciom, nasi bohaterowie wiedzą, o czym mówią, więc przysłuchuję się im z uwagą, ale pozwalam sobie na momenty braku skupienia.

"Radio Darwina" jest rzadkim przykładem science-fiction, gdzie Nauka traktowana jest wybitnie poważnie. Nie stanowi malowniczego tła. Nie jawi się jako baśniowa kraina, w której wszystko jest możliwe, z podróżami w czasie włącznie. Jest wiarygodna, choć pamiętajmy, że Bear przede wszystkim spekuluje. To w końcu powieść, a nie raport z mrocznej najbliższej przyszłości naszego gatunku.

Nauka jest więc pierwszoplanową postacią. Rozdaje karty. Uczy pokory. Zazdrośnie strzeże tajemnic, które staramy się jej wykraść. A człowiek jest tylko malutką mrówką starającą wspiąć się na najniższy szczebel, jaki może dosięgnąć.

piątek, 4 maja 2012

Duby smalone w "Gospodzie pod Upiorkiem" Stanisława Pagaczewskiego

Zdarzyło się kiedyś, że Żona moja czytała wierszowane bajki pewnemu dziecku. Zasłuchany sześciolatek uważnie śledził historyki dopóki nie pojawiło się słowo "panicz".

- Kto to jest "panicz"? - zapytał dociekliwy chłopiec. No i się zaczęło...

Ileż to czasu trzeba było, by zarysowwać chociaż podstawowe zawiłości struktury społecznej XIX wieku i zależności istniejące na linii dwór-wieś, gdzie spotkali się panicz z parobkiem.

Wniosek nasuwa się jeden - jeżeli literaturę, podobnie jak wszystko, co nasz gatunek tworzy, toczy robal przemijania, to literatura dziecięca jest wyjątkowo podatna na cierpienia związane z dezaktualizacją.

Rzecz jasna klasyczne baśnie są wiecznie młode, kanoniczne narracje zaludniają śpiące królewny, bitni rycerze, sprytni służący. Nie ma bólu, ponieważ świat przedstawiony jest umowny, dzieje się w ledwie opowiedzianej przestrzeni i czasie oderwanym od "dorosłej" chronologii, czyli wszędzie i nigdzie.

Jednak utwór kierowany do dzieci (nie młodzieży, to ważna różnica) mający ambicję zakotwiczenia w konkretnym tu i teraz czeka raczej dość rozczarowująca kariera. Oczywiście, można na rodziców przenieść ciężar odpowiedzialności za wdrożenie pociechy w "jak to drzewiej bywało", ale niewygodnie będzie tak czynić za każdym razem, gdy w tekstach pojawią się archaiczne już realia.

(Całe szczęście, że w naszym domu i w domu moich rodziców są piece kaflowe, bo inaczej ciężko byłoby mi wytłumaczyć, czym jest zapiecek, na którym wciąż wylegują się Bonifacy z Filemonem.)

Czas dość życzliwie obszedł się z najbardziej znaną częścią pisarstwa Stanisława Pagaczewskiego. Trylogia o perypetiach profesora Baltazara Gąbki, Smoka Wawelskiego i spółki należy do kanonu polskiej literatury dziecięco-młodzieżowej. Nie muszę chyba dodawać, że 2/3 cyklu przeniesiono na mały ekran, tworząc popularne dobranocki.

Mniej znaną natomiast jest napisana w 1966 roku książeczka "Gospoda pod Upiorkiem." Urocza, nieco naiwna opowiastka o polskich straszydłach i duchach, które pod wodzą dobrego diabła Boruty (kontuszowy sarmacki typ)decydują się na zgodne współistnienie z ludźmi.


No bo cóż innego im pozostało w połowie XX wieku? Dorośli w duchy nie wierzą, dzieci śmieją się z wiedźm. Nastały nowe czasy, więc straszydła zakładają spółdzielnię i zaczynają pomagać śmiertelnikom. Nawet pazernych amerykańskich biznesmenów przegonią, gdy ci rezydując na zamku w Wiśniczu, oferują bajeczne sumy za kupno zabytku (wraz z duchami)...

Z gruntu oświeceniowa to wizja, idealnie współgrająca z filozofią materialistyczną PRL-u, w którym to, co korzenne, a więc owe duby smalone, z którymi walczył Mędrzec z "Romantyczności", należy nomen omen wykorzenić. Prymitywnych wiejskich muzykantów umyć, uczesać i umundurować na wzór takiego czy innego "Mazowsza" czy "Śląska." Analfabetów przykuć do szkolnych ław bez względu na to, ile mają lat.

A więc wszelkie podejrzane elementy (nadprzyrodzone) na mocy oświeceniowej lampy rozumem zwanej muszą uznać swą głupotę, złożyć samokrytykę i podążać ku nowemu.

Tak, "Gospoda pod Upiorkiem" tchnie takim oto podskórnym przesłaniem. Jednak chyba tylko dorośli mogą wyczuć to słabe tętno propagandy rozumu i postępu.

A dzieci?

One znajdą tu całą galerię barwnych, zgrabnie skrojonych bohaterów. Boruta, Rokita, Biała Dama, Upiór noszący własną głowę pod pachą... Dwaj młodzi chłopcy, dwunastoletni uczniowie oczarowani obecnością sił nieczystych. Niezłe tempo wydarzeń. Mili mieszkańcy Wiśnicza. Dziennikarz, leśniczy, milicjant...

Całość okraszona bardzo typowym dla Autora ciepłym, nieco staroświeckim humorem. Lektura to idealna dla niezepsutych przez współczesne banialuki o wampirach i wilkołakach

Jednak schody zaczną się, gdy młodociani czytelnicy ruszą z pytaniami:

- Co to jest "milicja"?
- Kiedyś to była policja.
- A kiedy to było?