piątek, 20 lipca 2012

Jak (chyba) nie pisać biografii Antoniego Słonimskiego, ani nikogo innego

Antoni Słonimski stanowił istne kłębowisko sprzeczności, niekonsekwencji, a może wyjątkowo wyraźnie na przykładzie jego losów widać naturalną dla człowieka tendencję do przystosowywania się, do zrzucania starych wcieleń, gdy znalazło się nowe, wygodniejsze.

Jeden z „pięknej plejady” Skamandra. Filar życia towarzyskiego przedwojennej Warszawy. Żyd-Polak (Polak-Żyd?) walczący zaciekle z prymitywnym antysemityzmem, jak i z obskuranckim chasydyzmem. Świetny poeta i zabójczy recenzent poczynań innych autorów. Wyznacznik stylu, arbiter elegancji, który nie legitymował się maturą (co uwielbiali mu wypominać liczni przeciwnicy). Pacyfista i autor zagrzewającego do walki słynnego „Alarmu.” Idealista, wierzący we wciąż doskonalącą się ludzkość. Oportunista mający krótki ale płodny romans z władzą komunistyczną. Uzależniony od podziwu, ale powściągliwy i zdystansowany w kontaktach osobistych. Władający w mistrzowski sposób absurdem i satyrą, ale często oskarżany o pustosłowie i mnożenie wytartych konceptów.

Taki obraz poety wyłania się z biografii autorstwa Joanny Kuciel-Frydryszak pt. „Słonimski. Heretyk na ambonie.” Autorka zebrała w niej pokaźny zestaw „materiałów dowodowych”: fragmenty utworów, listy, recenzje, felietony, przemówienia, wypowiedzi o charakterze autotematycznym. Słowa wrogów i przyjaciół. Wszystko to ma ilustrować niezwykłą, meandryczną osobowość. Pokazać momenty tryumfu i upokorzenia autora wplecionego w miażdżące tryby historii XX wieku.




Książce można jednak postawić jeden zarzut - ciężar, jaki autorka zrzuca na barki cytatów, sprawia, że nie czujemy ducha tej biografii. Najciekawiej bywa, gdy obcujemy z przytaczanymi arcydziełami intelektu, złośliwości i błyskotliwości. Gdy śledzimy potyczki Słonimskiego z adwersarzami różnych epok, narodowości, środowisk i opcji. Gorzej, gdy trafiamy na płaszczyzny sterylnej faktografii nieokraszone piętnem piszącej.

Rzadko kiedy autorka narusza dystans, który sprawia, że mamy zbyt silne wrażenie neutralności. Oddalenia. Nawet jeżeli blisko jej do przedmiotu swoich badań i zżyła się z postacią Słonimskiego, nie potrafi tego udowodnić. Pal sześć sentymentalne westchnienia, jakie miałyby prawo się wyrwać z piersi Joanny Kuciel-Frydryszak. Gorzej, że nawet o najbardziej dramatycznych wydarzeniach (kolaboracja w latach 50-tych z władzą komunistyczną, napastliwy i plugawy list do emigrującego Miłosza, zamrożenie stosunków z pozostałymi Skamandrytami) autorka najczęściej tylko informuje lub woli oddać głos Historii i jej świadkom. Nie stara się samodzielnie zinterpretować węzłowych chwil z punktu widzenia współczesnego biografa. To zbyt zachowawcze. Zbyt bezpieczne.

Nie jest to oczywiście wielki grzech, ale powoduje, że mamy wrażenie pewnej kostyczności, zbyt ciasnego gorsetu neutralnego stylu. Przezroczystości, która zbyt często przypomina rzeczowo ale bezosobowo krojone prace badaczy literatury.

Gdyby autorce udało się raz po raz osiągać lekkość i bezpośredniość, jakie cechowały Antoniego Słonimskiego, czytalibyśmy kapitalną biografię. To zadanie przerasta jednak możliwości pióra Joanny Kuciel-Frydryszak – czytamy dzieło co najwyżej dobre.


Recenzja ukazała się pierwotnie na stronach portalu LubimyCzytać w dniu 30 czerwca 2012 roku.