czwartek, 23 sierpnia 2012

Wsłuchać się w zgiełk "Trzech poematów" Schuylera

Jestem złym odbiorcą poezji. Trzymając tomik, rzadko kiedy brnę przez całość szlakiem wytyczonym przez autora. Uświęcony układ tekstów, misterną konstrukcję następujących po sobie wierszy, pokonuję zazwyczaj nonszalanckim ruchem skoczka szachowego - kilka tekstów z początku, jakiś ze środka, potem finał. Nic nie sprawia mi większej radości czytelniczej niż swoboda, z jaką mogę włóczyć się na powierzchni zbioru liryków.

Jednak "Trzy poematy" Jamesa Schuylera postanowiłem potraktować jak połeć soczystej prozy i przeczytać całość od pierwszego do ostatniego słowa. Za jednym posiedzeniem, nie dając się uwieść pokusie błądzenia między kolejnymi partiami tekstów.

Rozpisane na przestrzeni niemal stu stron olbrzymie poematy przyprawiają o zawrót głowy – mój wzrok co chwilę ześlizgiwał się z wersu na wers; skupienie, jakie starałem się utrzymywać, roztapiało się w magmie krzyżujących się wątków, obrazów, metafor uwolnionych spod rygoru jakichkolwiek ograniczeń.

Podmiot liryczny tonie w strzępach dialogów, ścinkach przypominających się snów, obiegowych prawdach, komunałach, jakie wygłaszają ludzie, których postanowił uwiecznić. Przepiękne, plastyczne opisy natury kontrastują z brzydotą industrialnych przestrzeni. Dziwnej urody metafory trą ze zgrzytem o kolokwialne i obdarte z wszelkiej czułości sceny...


W samym środku tego bulgocącego tygla, niczym rozbitek uczepiony maszyny do pisania, unosi się sam Schuyler.

Ten pozbawiony ładu świat odsłoni przed nami prawdziwe oblicze, gdy zgodzimy się ze stwierdzeniem, że poeta chciał opisać to, co nazywamy egzystencją. Nie interesuje go życie, bo to słowo zakłada istnienie sensu, jakiegoś celu, w którego kierunku się pniemy. Tematem "Trzech poematów" jest właśnie egzystencja – zlepiona z przypadkowych obserwacji, bezinteresownej kontemplacji błahych szczegółów, nakładających się na siebie wspomnień, anegdot, czynności.

Wszystko pomiędzy narodzinami a śmiercią przypomina poemat dygresyjny, a może nawet szekspirowski "sen wariata", tak zdaje się mówić Shuyler. Ale w tej kakofonii zdumiewająco często słyszymy czyste nuty - piękno, cudowność, miłość, przywiązanie i poświęcenie.

wtorek, 21 sierpnia 2012

To tylko seks w "Norwegian wood" Murakamiego

Onanizm, przypadkowe stosunki z pijanymi dziewczynami, wymiana partnerek, kino porno, seks sadomasochistyczny, homoerotyczne molestowanie, miłość francuska, wreszcie zwykłe, klasyczne akty damsko-męskie…

Nie, to nie opis produktów markiza de Sade’a, to ścieżki, jakimi wiodą swoją seksualność bohaterowie powieści Murakamiego pt „Norwegian Wood.”

Powieści, którą można przeczytać na wielu różnych piętrach – albo jako prostą historię miłosną, albo jako pean ku czci lat 60 i młodości jako takiej, albo jako swoistą antytezę bajań o miłości romantycznej, albo jako wyprawę w mrok duszy Japończyków. Każde odczytanie da nam dużo satysfakcji – książka to świetna, niejednoznaczna i przeszyta na wskroś mnogością metafor i symboli.

Jednak najbardziej rzucającą się w oczy kwestią zdaje się być przywołana na początku seksualność. Opisy seksu, jego odmian, barw, wibracji, zajmują sporą część utworu. Opisy chłodne, zdystansowane, pozbawione ozdobników, budzących śmieszność porównań, niezgrabności. U Murakamiego wszystko jest „na wierzchu” – spokojny naturalizm z powodzeniem zastąpił rozwodnione westchnienia.

Bohaterowie zazwyczaj bez skrępowania szafują intymnością, urzeczywistniają fantazje, chwalą się obsesjami, krzyczą o swoich najwstydliwszych sekretach. Seksualności nie chroni/ogranicza szczelny parawan pruderii, dobrego wychowania etc.

Murakami daje ludziom Zachodu dość ciekawą lekcję. Seks w naszej kulturze istnieje najczęściej jako afirmacja jakiejś rzeczywistości lub jako coś zgoła odmiennego – seks neguje. Afirmujemy, gdy zbliżamy się do siebie po miesiącach (latach?) budowania związku. Gdy każdorazowo pieczętujemy ten związek kolejnymi zbliżeniami. Gdy pragniemy bliskości po czasie rozłąki. Gdy, co oczywiste, chcemy spłodzić potomstwo. Seks staje się symbolem zgody na to, kim i z kim jesteśmy.

Natomiast seks zdumiewająco często staje się bronią w ideologicznej walce ze skostniałymi instytucjami społecznymi – z Religią, Ustrojem, Filozofią etc. Czyli kochamy się PRZECIWKO czemuś. Czym była tzw. wolna miłość, jeśli nie policzkiem wymierzonym w instytucję tradycyjnie rozumianego małżeństwa? Czyli nawet największa rozpusta, obscena, plugastwo związana z tą sferą naszej aktywności istnieje JEDYNIE w kontekście pewnej normy, względem której się sytuują.

„Norwegian wood” pokazuje nam seks jako czynność neutralną – niczym w zasadzie nie różni się od jedzenia, picia, czytania książek czy słuchania płyt. Jedne potrawy smakują, inne nie. Ten drink, a nie tamten. Ta książka mnie znudziła, tamta zaostrzyła apetyt na kolejne pozycje (nomen omen) autora. Seks to tylko seks. Nic więcej. Nie cementuje, nie burzy. Nie kończy niczego, niczego nie zaczyna.


Zresztą nic u japońskiego autora nie wywołuje głębszych namiętności – książki lub płyty, z jakimi obcuje młody bohater powieści, są w zasadzie TYLKO wymienione jako kolejne odkrycia, ścieżki dźwiękowe snującej się leniwie młodości. Niewiele więcej.
Jeżeli cokolwiek na dłużej zatrzymuje bohatera to tytułowa piosenka Beatlesów, ale dzieje się to tylko dlatego, że łączy się ona z dość traumatycznymi wydarzeniami.
Jeszcze dwa dopiski znalazły się na marginesie mojego ebooka ;-)

Murakami ładnie pokazuje opozycję normalność-nienormalność. Jednak mnie nie obchodziła ta kwestia w kontekście chorób psychicznych, zawirowań emocjonalnych, którym Autor poświęca dużo miejsca. Bohater utworu, który ma się za „normalnego”, szuka innych „normalnych” – „nienormalni” to… bogacze, arystokraci, uczniowie elitarnych szkół i uniwersytetów, klienci ekskluzywnych hoteli i restauracji…

Nie ma z nimi o czym rozmawiać, powtarza bohater, czym potwierdza moje uczucia, jakimi darzę wyżej wymienionych.

Druga rzecz to poczucie humoru – mimo poważnego, momentami niemal posępnego klimatu, Murakami serwuje nam subtelne, ironiczne, delikatne żarty. Zdarzało mi się wybuchać śmiechem, choć za chwilę mroził mnie kolejny meander fabuły.

PS
Jedna z bohaterek ma na imię Naoko. Murakami zapewne tego nie wiedział, ale mamy w naszym pięknym kraju dość czerstwy żarcik o tym, że „na oko to chłop w szpitalu umarł.”

To dodatkowy plusik, jaki zapisuję na koncie tej doskonałej książki.


środa, 8 sierpnia 2012

Nie o piłce i siedzeniu na kanapie pisze Nevo w "Do następnych mistrzostw"

Gdybym nazywał się Eshkol Nevo i zobaczyłbym polskie wydanie powieści „Do następnych mistrzostw”, najprawdopodobniej zawyłbym z rozpaczy. Na okładce bowiem czterech przystojnych facetów, obdarzonych urodą profesjonalnych modeli, budzi jednoznaczne skojarzenia ze średniej klasy serialem komediowym. A gdybym przeczytał słowa, którymi wabieni są potencjalni czytelnicy, okazałoby się, że napisałem książkę o czterech kanapowych kibicach, których jedyną motywacją do przyjaźnienia się jest wspólne oglądanie piłki nożnej!


Na szczęście izraelski autor stworzył świetną powieść, w której nie znajdziemy sitcomowego poczucia humoru i futbolowych smaczków, jakimi mogą delektować się tylko fanatycy tej dyscypliny.

Punktem wyjścia Nevo uczynił dość nośny koncept – czterech kumpli wspólnie oglądając kolejny finał Mistrzostw Świata w piłce nożnej, postanawia spisać na kartkach wizje tego, co chcą osiągnąć „do następnych mistrzostw” właśnie.


Jednak nie dajmy się zwieść pozornie przewidywalnej i biegnącej przed siebie intrydze.

Nevo nie układa narracji w sposób linearny. Wtapia w główny wątek liczne retrospekcje, pozwalające w pełni zrozumieć motywy i decyzje bohaterów. Mimo tego, że poszczególnych wydarzeń przewidzieć się nie da, mamy wrażenie, że całość jest tak prawdopodobna jak samo życie, w którego strukturach wciąż tkwimy. I mimo, że rozwiązanie całości jest co najmniej nieoczekiwane, Nevo również wtedy nie przestaje brzmieć czysto i wiarygodnie.

Tłem powieści czyni współczesny Izrael. Kraj targany konfliktem z Palestyńczykami, nękany zamachami bombowymi, żyjący w cieniu wojny, której ofiarami w jakimś stopniu są wszyscy bohaterowie. Te poważne kwestie wypływają od czasu do czasu na pierwszy plan, czyniąc z książki dość mocny argument na rzecz pacyfizmu.

Jednak autor skupia się nade wszystko na uczuciu, jakie łączy czwórkę młodych mężczyzn. I na szczęście nie fetyszyzuje ich przyjaźni, bo obok niemal sielankowych obrazków z życia młodych ludzi, pojawiają się poważne pytania. Czy można zaprzyjaźnić z kimś nowym, gdy skończyło się szkołę, pracuje zawodowo, a czas dzieli pomiędzy etatem a rodziną? Czy przyjaźń trwa wiecznie? A może po prostu rozrzedza się pod wpływem obowiązków dorosłości? Na szczęście nie padają proste i jednoznaczne odpowiedzi.

„Do następnych mistrzostw” to powieść mądra i lekka jednocześnie, miejscami bardzo zabawna, tchnąca optymizmem i uroczym, nieco staroświeckim, idealizmem. Jednak roztacza przedziwną melancholijną aurę. Obserwujemy bowiem zmierzch młodości i jej szaleństw. Koniec pięknej ery włóczenia się bez celu, podrygiwania na koncertach i bezkarnego flirtowania z dziewczynami. Nasi bohaterowie powoli pogrążają się w półmroku dojrzałości, gdzie już czekają na nich rodziny, które sami założyli lub wkrótce założą.

Polecam gorąco! Mimo fatalnej okładki...

Recenzja ukazała się pierwotnie na stronach portalu LubimyCzytać w dniu 8 sierpnia 2012 roku.

czwartek, 2 sierpnia 2012

Staff "Wyszedłem szukać", czyli zły wybór Bargielskiej

Wydaje się, że każda epoka i kolejne pokolenia muszą na nowo odkrywać, zdefiniować lub redefiniować przepastną, wielobarwną, proteuszową poezję Leopolda Staffa. Sam autor stał się natomiast swoistym punktem odniesienia, bez którego nijak nie można odnaleźć się na mapie polskiej liryki.

Wystarczy wspomnieć, że był on duchem opiekuńczym Skamandrytów. Tadeusz Różewicz, odległy przecież o całe lata świetlne od Tuwima i spółki, ułożył wspaniały wybór wierszy Staffa pt. „Kto jest ten dziwny nieznajomy” i podsumował go wstrząsającym posłowiem. Bohdan Zadura, guru współczesnej młodej poezji, również dobrał wiersze Staffa i poprzedził je wstępem, w którym wskazywał niestarzejące się elementy tej poezji. Dodajmy jeszcze, że jedna z istotniejszych antologii polskiej poezji ma tytuł „Od Staffa do Wojaczka.”

Nic dziwnego, że Staff musiał znaleźć swoją ścieżkę również dzisiaj, utorować drogę w kalejdoskopowej liryce XXI wieku. Zadania oswojenia „szkolnego” poety podjęła się Justyna Bargielska, jedna z czołowych młodych poetek (rocznik 1977), jednak z przykrością trzeba stwierdzić, że to ambitne przedsięwzięcie panią Bargielską przerosło.

Najcięższym grzechem „Wyszedłem szukać” jest kryterium doboru, jakiego dokonała młoda poetka. Każdy przyzwoity autor znajduje w posłowiu lub we wstępie choć odrobinę miejsca, by wyspowiadać się ze swoich intencji. Bargielska też chce to zrobić, ale posiłkując się męczącymi dla odbiorcy tropami erudycyjnymi, nie wtajemnicza go w wykrojony z ogromnej spuścizny Staffa wszechświat około 40 wierszy.

Tworzy raczej wewnętrznie sprzeczną konstrukcję – akcentuje, a tytułem wzmacnia motyw nieskutecznych poszukiwań sensu życia, natomiast teksty dobiera tak, że istotne role odgrywają w nich kwiaty, kobiety wśród kwiatów, kobiety jako źródła, kobiety jako zatarte freski i kobiety jako morelowe plamy. Dominują subtelne erotyki, impresjonistyczne pejzaże lub mgławicowe rozważania. Zbyt rzadko błyszczą heroizm codzienności, łagodny horacjanizm, franciszkańska fascynacja zwyczajnością.

Bargielska rzecz jasna sygnalizuje najistotniejsze „szlaki komunikacyjne” twórcy, ale skupia się raczej na tym, co dla autora „Kowala” marginalne lub zupełnie niewyróżniające go z tłumu poetów kolejnych epok. Gdyby tylko takiego Staffa poznali czytelnicy, krytycy i inni poeci, ten dość szybko znalazłby miejsce na literackim cmentarzysku, gdzie siałby grozę jako pogrobowiec młodopolskiej stylistyki.




„Wyszedłem szukać” zbyt mocno przypomina „supermarketowe” zestawy „Najpiękniejszych ballad” dinozaurów rocka. Wykonawcy znani, jeden czy dwa przeboje na płycie, potem garść nijakich utworów, by zapchać czymś minuty ciszy. A na końcu całość ląduje na półce z napisem „4,99 za sztukę”.


Recenzja ukazała się pierwotnie na stronach portalu LubimyCzytać w dniu 27 lipca 2012 roku.

środa, 1 sierpnia 2012

Wyżej i głębiej, czyli zbiorówka Transtromera

Żeby dobrze uzmysłowić, jak długo Szwedzka Akademia zwlekała z przyznaniem literackiej Nagrody Nobla poecie, wyobraźmy sobie, że ktoś, kto przyszedł na świat w roku tryumfu Wisławy Szymborskiej (1996), w roku 2011 (laur dla Tomasa Tranströmera) już gorączkowo rozmyślał nad wyborem szkoły ponadgimnazjalnej.

To półtorej dekady, w czasie której nagradzano wybitnych prozaików, niszowych dramaturgów lub autorów, których wybór był owocem krótkoterminowych mód i tendencji. 15 lat poezja nie mogła znaleźć miejsca na pierwszych stronach gazet, chociaż bukmacherzy zawsze mieli na podorędziu kilku poetów, jakich można by z dużą dozą ryzyka „obstawić.”

Tranströmer przerwał ten czas wielkiej smuty. Akademia dokonała wyboru najbardziej oczywistego z możliwych. Tranströmer rokrocznie pojawiał się jako żelazny kandydat, faworyt wszelkich spekulacji, które rozbijała jednak pewna wątpliwość – jak Szwedzi mogą uhonorować swojego rodaka? Na szczęście nikt autora nie ukarał za to, że jest wybitnym szwedzkim poetą i Nobel trafił we właściwe ręce.

Czytając około 450 stron, które wypełniły tom, mamy do czynienia z literaturą najwyższych lotów. Nigdy nieschlebiającą przeciętnym gustom i aktualnym prądom. Odporną na polukrowane wzruszenia i porywy egzaltacji. Wiecznie świeżą, szukającą wspólnoty z tym, co czasem patetycznie nazywamy „ludzkim doświadczeniem”.

Mimo raczej skromnego poetyckiego dorobku, wiersze Tranströmera eksplorują najrozmaitsze krajobrazy, świadczą o bogatym życiu wewnętrznym i „zewnętrznym”, a niemalże każdy z nich zasługuje na więcej miejsca, niż piszący te słowa może poświęcić opisowi całości.




Język poetycki zaś zdradza pokrewieństwo z odkryciami surrealistów. Pozwala metaforom rozwijać się w najbardziej fantastyczne konfiguracje, formy, zawiłości. Jednak zawsze w wierszach Tranströmera obrazy uruchamiane za pomocą swobodnej, płynnej pracy wyobraźni pozostają komunikatywne i czytelne w kontekście całości utworu.

W książce znajdziemy liczne piękne wizje Natury, w której bohater liryczny szuka oddechu po dość bolesnych konfrontacjach z rozrastającymi się mackami cywilizacji. Cywilizacji, w której trzewiach lęgnie się Zło wijące sobie wygodne gniazda w takich strukturach jak Państwo, Społeczeństwo, Historia.

Tranströmer, z zawodu psycholog, poświęca dużo miejsca ofiarom współczesności – tym, którzy nie potrafili maszerować w narzucanym im coraz szybszym tempie. Alienacja, erozja duchowości, konsumpcjonizm są owocami postępu – nie zaś efektami ubocznymi, to zdaje się mówić poeta.

Spojrzenie autora nie tylko uważnie przygląda się teraźniejszości. Szwed równie często zamienia się w lirycznego archeologa, który bada własne najgłębsze wspomnienia, opowieści rodzinne, leksykony zapomnianych kompozytorów, księgi parafialne i stara się wskrzesić choćby w (pozornie) skromnej przestrzeni jednego wiersza przebłysk konkretnego istnienia.

Tranströmer bez dwóch zdań jest moralistą. W wypranej z wiary w sacrum współczesnej kulturze Noblista jawi się jako łagodny mędrzec stale przypominający, że istnieje coś głębszego i wyższego jednocześnie. Coś, co sprawia, że jesteśmy ludźmi.


Recenzja ukazała się pierwotnie na stronach portalu LubimyCzytać .