środa, 26 września 2012

"I nagle stało się wczoraj" Izaguirre, czyli jak się poparzyć literaturą

Powieść to jak wulkan gorąca, jednak nie jest to książka, w żarze której można się ogrzać. Strony parzą, dymią, buzują od ścierających się ze sobą żywiołów – morza, słońca, powietrza i najpotężniejszego z nich – Losu.

Lądujemy na Kubie późnych lat 40. Z trudem łapiemy oddech w dusznej atmosferze państwa rządzonego przez generała Batistę. Spotykamy Efraina, chłopca upokarzanego przez ojca, chłopca-analfabetę, którego jedynym talentem okazuje się zdolność do układania historyjek, łączenia słów. Jednak to tylko początek opowieści, którą niesposób streścić, nie pozbawiając jej tego, co w niej niezwykle cenne – tajemnicy. Mrocznej enigmy, jaką jest życie głównego bohatera.



W kolejnych skurczach fabuły obserwujemy przeplatające się ze sobą chwile tryumfu i momenty upadku Efraina, jednak nic w powieści Borisa Izaguirre nie jest oczywiste. Autor dość konsekwentnie trzyma się zasady – każde zwycięstwo staje się preludium nieszczęścia, a każda klęska wydaje słodkie owoce.

Groza i plugastwo, jakich Efrain zaznał w dzieciństwie, na trwałe odcisną się na jego życiu. Ale w piekle, w jakim znalazł się za sprawą przypadku, poznaje dwie najważniejsze dla siebie osoby, których wspomnienie na stałe będzie mu towarzyszyć. Będąc więźniem, zyskuje jednocześnie wolność okazując czyste niewinne uczucie.

Momenty szczęścia, gdy dojrzewając zdaje sobie sprawę ze swojego talentu do układania piosenek, a później do łączenia historii we wzruszające pasma sentymentalnych radionowel, na długi czas zamienią go w niewolnika ludzkich oczekiwań. Będąc wolnym, pozwala się obezwładnić ludziom, którzy wykorzystują jego talent do fabrykowania ludzkich potrzeb i fałszowania rzeczywistości.

Oczywiste tropy podrzucane przez autora brzmią nieoczekiwanie świeżo – „I nagle stało się wczoraj” to powieść o złudnym pocieszeniu, jakie daje twórczość. O twórczości, która zamiast otwierać oczy ludziom, zamyka je, by dalej śnili słodki sen o czymś, co nigdy nie istniało i nigdy nie zaistnieje. A może to przede wszystkim historia o długo dojrzewającej zemście? O przeszłości, której nie można anulować ani zmusić do posłuszeństwa?

Na pewno to książka pisana ostrzem, brzytwą, nożem. Polecać można gorąco. Tylko gorąco.



Recenzja ukazała się pierwotnie na stronach portalu LubimyCzytać w dniu 26 września 2012 roku.

środa, 5 września 2012

Dać po łapach niewidzialnej ręce rynku, czyli „Misterioso” Dahla

Kto stoi za Kryzysem? Bez względu na to, jakiej spiskowej teorii kibicujemy, zgodzimy się na jedno – Kryzys jest efektem złych, podstępnych, skażonych chciwością decyzji ludzi sterujących ruchem pieniądza.

Co mogą zrobić zwykli ludzie? Mrówki oszczędzające na lokatach, nieszczęśnicy związani kredytami? Nic. Nawet ruchy obywatelskie mogą co najwyżej głośno protestować, tupać nogą i powiesić kilka transparentów, a i tak nic się nie zmieni. Pieniądz, jego siła, wszechobecne sfery biznesowe mające wpływy na każdym szczeblu państwa istnieją niejako ponad prawem.

Szwedzki pisarz kryminałów Arne Dahl pokazuje, co dzieje się, gdy jedna z mrówek postanawia rzucić wyzwanie Systemowi i na własną rękę wymierza sprawiedliwość. Giną, metodycznie eliminowani, ważni dla szwedzkiej gospodarki biznesmeni. Każdy we własnym domu, z dwiema dziurami w głowie. Specjalnie powołana do życia grupa policjantów stara się zapobiec kolejnym zbrodniom.

„Misterioso” daje się czytać jako ponury moralitet, w którym role Złych i Dobrych narysowano grubymi wyraźnymi kreskami. Za każdym niemal razem bogaci i wpływowi są zboczeńcami, okrutnikami, oszustami, pozbawionymi skrupułów moralnymi wrakami. (Cóż, zgadza się to po części z moją wizją świata…) Dobrzy natomiast to ci egzystujący na niższych szczeblach hierarchii społecznej – szeregowi pracownicy, emigranci, ludzkie odpady budzące najczęściej współczucie etc.

Nie sposób nie zauważyć wyraźnie lewicującego odchylenia Dahla, ale kto wie? być może ma on na swój sposób rację – na szczytach społeczeństwa uwiła sobie gniazdo Elita, nietykalna kasta, której nijak nie dotyka prawo, sprawiedliwość, kara… Elita nie odpowiada za swoje czyny, które odbijają się ponurym echem na życiu przeciętnych obywateli.


„Misterioso” w brutalny sposób, raz za sprawą samego zbrodniarza, innym razem za sprawą równie „mocnych” policjantów wygrzebujących na światło dzienne grzechy finansistów, rozprawia się z Elitą. Nikt się z nikim nie pięści. W ruch idą pięści, głowa, którą jeden ze śledczych notorycznie rozbija łuki brwiowe przesłuchiwanym.

Nie ma zmiłuj.

Zło ukryte za fasadą mechanizmów społecznych, manewrów anonimowych sił gospodarki, musi zostać skarcone.

Główni bohaterowie, policjanci zebrani w „Drużynie A”, też stanowią kapitalnie dobraną talię samych asów – każda z postaci żyje w cieniu swoich traum, obaw, katastrof osobistych. Mimo mroku, w jaki Dahl spowija naszych śledczych, czujemy do nich sympatię, bo to w sumie oni (bo któż inny pozostał?) stoją na straży kruchej stabilności społecznej.

Na dodatek Dahl wyrasta mi na najlepszego literacko skandynawskiego autora – jego język jest szybki, odważnie operuje skrótami, metaforami, które za pomocą kilku słów spinają rozległe przestrzenie.

Tam, gdzie na przykład Mankellowi albo Lackberg potrzeba akapitu lub strony, tam Dahl trafia jednym skupionym i twardym jak heban zdaniem.

Oczywiście, „Misterioso” ma też swoje słabsze momenty – jak morderca wchodził do domów swych ofiar? – ale pamiętajmy, żeby minusy nie przesłoniły nam plusów tego kryminału.

poniedziałek, 3 września 2012

Martini z kranówką, czyli "Upadek gigantów" Folletta

W czasach kryzysu, niepewności finansowej, huśtawki nastrojów na giełdach i galopującej inflacji przychodzi do Czytelnika Autor i mówi:

- Mój Drogi, zainwestuj kilkanaście godzin bezcennego czasu w moją bardzo grubą książkę.
- Niepewne to przedsięwzięcie – odpowiada Czytelnik. – Tysiąc stron? Jeżeli po połowie powieści zorientuję się, że coś jest nie tak, to okaże się, że moje oczy na darmo przeczytały ponad 500 stron. I co wtedy, Drogi Autorze?
- Nie zawiedziesz się – odpowiada Autor – Znasz mnie przecież. Nazywam się Ken Follett i czasu zainwestowanego w moje poprzednie książki nie uważasz za straconego, prawda?
- Ano prawda… - Czytelnik odpowiada niechętnie i sięga po „Upadek gigantów” wyżej wymienionego pisarza. Jest dobrej myśli – Follett to solidny fundusz inwestycyjny.

Pierwszych 700 (!) stron czytałem z wiarą i entuzjazmem. Mniejszym lub większym, podsycanym jednak przez autosugestię – „Czytam dobrą książkę, czytam dobrą książkę.” Nagle, niemal na przestrzeni kilku rozdziałów, okazało się, że Follett, używając karcianej terminologii, poważnie się przelicytował. A ja udzieliłem kredytu niewypłacalnemu tymczasowo Autorowi.


Gdzie tkwią zadry? Co mnie zabolało? Jakie drzazgi musiałem wyciągać spod skóry? Otóż Autorowi udało się dokonać rzeczy niemożliwej – na przestrzeni około 1000 stron Follett nie stworzył wiarygodnej pod kątem prawdopodobieństwa psychologicznego postaci. Ok., nie oczekuję po powieściach głównego nurtu, mainsteamowych, pogłębionych subtelnych analiz osobowości, ale, come on! istnieje przecież coś takiego jak przyzwoitość, która nakazuje wręcz, by czytelnik czuł minimum komfortu.

Tymczasem niemal każda z postaci „Upadku gigantów” przechodzi niezrozumiałe metamorfozy lub obdarzona jest tak „rozrzuconymi” cechami, że rzadko gnieździć się one mogą w pojedynczym egzemplarzu ludzkim.

Co gorsza, Follett niemiłosiernie pastwi się nad swoimi bohaterami, pozwala, by wielka Historia (burzliwy początek XX wieku) chłostała ich raz za razem, a ja wciąż miałem wrażenie, że postacie są tylko pionkami na wielkiej szachownicy świata. Nie noszą głębszych blizn, nie reagują wiarygodnie. W sumie nie powinno nas interesować ich życie wewnętrzne, ale raczej to, co się z nimi dzieje – tak mówi Follett.

„Upadek gigantów” sprawdza się więc najlepiej jako zapis galopady wydarzeń, epizodów, intryg etc. Nie szukajmy w tej powieści skomplikowanych, trójwymiarowych bohaterów. To raczej mięsiste, kierujące się prostymi ale atrakcyjnymi pobudkami postacie.

Na dodatek w warstwie fabularnej Follett trafia zbyt często w płot – albo uruchamia zbyt oczywiste rozwiązania, albo na siłę ubarwia losy bohaterów, znosząc obowiązujące w prozie, bądź co bądź historycznej, prawo prawdopodobieństwa.

Szczególnie kolczaste dla czytelnika stają być rozdziały, w których z przesadnym pietyzmem, mnożąc nazwiska, fakty, szczegóły i szczególiki Autor opisuje rewolucję bolszewicką. Cóż, w średniowiecznych „Filarach ziemi”, chyba najpopularniejszym „późnym” dziele Folletta, też ciężko się przedzierało przez drobiazgowe opisy detali architektonicznych, które nijak nie budują „atmosfery epoki.”

W "Upadku gigantów" pisarz streścił po swojemu szamotaninę kształtującego się ustroju komunistycznego i niestety zrobił to w sposób po prostu nudny. Co nie znaczy oczywiście, że epizody dziejące się na przykład w USA lub na spływających krwią polach bitew Europy, też są "przeładowane." Im dalej od komuny, tym ciekawiej - chciałoby się rzec.

Jednak nie można nazwać tej pozycji nieudaną – ta książka to koktajl przyrządzony z solidnej faktografii, niezłej świadomości problemów epoki, kilkunastu naszkicowanych wyraźnie postaci, splatających się intryg, momentów wzruszenia lub grozy. Idealna literatura środka.


A jeśli się trzymać barmańskiego slangu – martini jest, oliwki są, ale całość rozcieńczona wodą z kranu...