poniedziałek, 29 października 2012

Garbaty detektyw, garbata powieść, czyli "Rebelia" Sansoma

Recenzja jest uzłośliwioną wersją tekstu omawiającego powieść "Rebelia" C.J. Sansoma.

Czym dla współczesnej literatury jest „Imię róży” Umberto Eco powszechnie wiadomo – to klasyk postmodernizmu. Pod pokładem kryminalnej intrygi, niebanalnej przecież, włoski profesor semiologii przemycił pokaźny arsenał odniesień, tropów, aluzji, które nie pozwalały traktować tej powieści jako czystego kryminału. Czytelnik wie od samego początku, że ma do czynienia z grą dla inteligentnych i uczestniczy w niej, o paradoksie, z pełną powagą.

Złośliwość: Opis na okładce sugeruje, że mamy do czynienia z godnym konkurentem "Imienia róży." A ja Wam mówię, że pod pokładem tej książki nie ma nic. Żaden subtelny trop, żadna wibrująca aluzja, nic, co mogłoby sugerować powinowactwo z włoskim arcydziełem. To po prostu kostiumowy kryminał, który jako pewna fabularna struktura mógłby dziać się w każdym innym miejscu i czasie. Ale "zaprzyjaźnieni" z angielskim autorem recenzenci wiedzą lepiej...

O tym balansowaniu na granicy umowności i powagi zdają się często zapominać autorzy, którzy umieszczają sensacyjne intrygi w dwudziestoleciu międzywojennym, w romantyzmie, średniowieczu lub starożytności. Powieści historyczne pożenione z kryminałami rzadko bywają wiarygodnym źródłem wiedzy o Dawności, która to najczęściej jest tylko wygodnym kostiumem – nie krępuje ruchów fabuły, a nieźle uatrakcyjnia całość. Te pierwsze konstatacje najlepiej chyba oddają ducha powieści C.J. Sansoma „Rebelia.”

Największym atutem dzieła jest główny bohater, Matthew Shardlake, londyński prawnik, bohater cyklu powieściowego C. J. Samsona. Detektyw to niezwykły (iluż my już mieliśmy niezwykłych detektywów!). Ani młody, ani atrakcyjny, garbaty, przesadnie usłużny względem ważniejszych od siebie.



Złośliwość: Jak się chce stworzyć "niezwykłego" detektywa (bo się nie umie zmajstrować lepszego świata przedstawionego), to się go obdarza jakąś widowiskową dysfunkcją. To jest najłatwiejsze - alkoholik, erotoman, narkoman lub garbus... Wszystko jedno. Ważne, żeby się wyróżniał na tle innych "pokręconych" (sic!) śledczych.

I właśnie w takiej odsłonie bohater wygląda najciekawiej – to maleńki trybik w maszynie hierarchicznego społeczeństwa Anglii. Znający swoje miejsce, usuwający się w cień chętnie i bez specjalnej zachęty.

Niestety, gdy na jego życie zaczynają dybać przeróżne niebezpieczeństwa, nasz protagonista usiłuje wziąć sprawy w swojej ręce i ze zwierzyny, na którą poluje morderca, zamienia się w myśliwego. Dość niewiarygodnie wygląda ta metamorfoza, ale, pal to licho, akcja wartko rwie do przodu, zawiłości fabuły czytelnik przemierza raz niemalże galopując, innym razem ma czas przyjrzeć się temu, czemu autor poświęcił sporo, chyba nawet zbyt dużo, uwagi – opisom renesansowej Anglii, której stabilności zagrozić może tytułowa rebelia.


Złośliwość: Nic mnie w tej książce tak nie rozśmieszyło jak to, że słaby fizycznie kaleka, na którego życie dybie morderca, w pewnym momencie książki niemal woła: "A teraz bierzemy sprawy w swoje ręce i my będziemy ścigać naszego prześladowcę!"

Oddajmy też cześć tłumaczowi, który nijak nie potrafi zdecydować, czy ma stylizować spolszczenie i ubarwiać wszystko archaizmami, czy też ma pisać neutralną współczesną polszczyzną. Ulubiona konstrukcja archaizująca tłumacza brzmi: "Wykarbuj to sobie, człeku!" Autentyk!


Chwilami, gdy Sansom opiera punkt ciężkości o skomplikowane rozważania dynastyczne, akcja rozwija się zbyt mozolnie. Możemy odnieść wrażenie, że wcale nie potrzebujemy tych wszystkich nazwisk, koneksji rodzinnych, zawiłości dziedziczenia, prawego i nieprawego łoża. Nie budują one atmosfery epoki. Są nużące i ciężkawe niczym archaiczny podręcznik historii. Te elementy na szczęście nie utrudniają odbioru całości – w kryminale fundamentalną jest kwestia „Kto i dlaczego zabił?”, a autor szczęśliwie przypomina sobie o tej zasadzie rychło w czas.

Podsumowując, „Rebelia” to przyzwoity kryminał. Ponad 600 stron meandrycznej intrygi, opowieści o skromnym londyńskim prawniku przedzierającym się przez labirynt spisków, w którym co i rusz pojawia się kolejne niebezpieczeństwo i tajemnica. Solidna literatura środka, pozbawiona większej ambicji niż ta, by czytelnik dobrze się bawił.

Palcem natomiast można pogrozić wydawnictwu, które w opisie książki uparcie twierdzi, że główny bohater powieści jest średniowiecznym detektywem żyjącym w szesnastowiecznej Anglii…

Złośliwość: Kto tam pracuje w tym wydawnictwie? Maturę macie chociaż?

niedziela, 28 października 2012

Jak nie dać się zabić i nie umrzeć do końca, czyli "Dwa tygodnie strachu" Mastertona

Przykazania w oparciu o zbiór opowiadań mistrza grozy, perwersji i co tam chcecie.

1) Nie zdradzaj żony, bo zamienisz się w kobietę.

2) Nie drażnij świń.

3) Nie żeń się z wdową po swoim martwym bracie.

4) Nie maluj krwią portretów szkockich arystokratów.

5) Uważnie dobieraj dostawców materiałów budowlanych.

6) Gdy Twoje dziecko zacznie jeść gąsienice, może już być za późno.

7) Nie przyjmuj prezentów od nieznajomych. A zwłaszcza antycznych wibratorów.

8) Nie zaglądaj do szaf w obcych mieszkaniach.

9) Nie zostawiaj samej żony, która przejadła się serem pleśniowym.


Starając się być nieco bardziej serio, napiszę, że tom opowiadań Mastertona przyjął niecodzienną, aczkolwiek jak się okaże, niezwykle charakterystyczną dla twórców horrorów strukturę. Otóż Autor zdradza nam poniekąd tajniki swego warsztatu i każdy tekst poprzedza opisem miejsca, w którym fizycznie był i które jego (momentami) chora wyobraźnia dostosowała do potrzeb makabrycznego widowiska. Widzę więc Mastertona, jak spaceruje po ruchliwym bulwarze lub wpatruje się w zachód słońca nad morzem, a jego mózg drążą upiorne wizje.

W sumie można tylko współczuć - urokliwe zapewne miasteczka, ciche plaże lub tętniące życiem metropolie zaludniają istoty przerażające. Gdzie byśmy nie wyjechali na wakacje, widzimy ściany płaczące krwią lub słyszymy potępieńcze jęki.

Tak pewnie działa wyobraźnia twórców literatury popularnej - jeśli Agatha Christie przypatrywała się ludziom i wyobraźnia kazała jej szukać zbrodni popełnionej wśród dżentelmenów i ich dystyngowanych żon, to w przypadku Mastertona wyobraźnia zamienia ludzi w kanibali a stare szafy w siedziby demonów...

wtorek, 9 października 2012

Ręka, noga, mózg na ścianie, czyli "Księga krwi 3" Barkera

Miałem około 14 lat. Późna podstawówka. Trwała właśnie wigilia klasowa. Koleżanki i koledzy wymieniali się prezentami, mniej lub bardziej udanymi. Niektórzy całkiem nieźle symulowali entuzjazm. Inni cieszyli się naprawdę z "anonimowych" podarunków.

Mi przypadła w udziale niewielkich rozmiarów książeczka - "Księga krwi" autorstwa Clive'a Barkera.

Nie wiem, dlaczego ktoś mógł pomyśleć, że nastolatkowi spodoba mi się na przykład opowiadanie pod tytułem „Nocny pociąg z mięsem” lub „Blues świńskiej krwi”, w którym opętana świnia (!!!) zajada się ludzkim mięsem.

Cóż, ziarno zostało zasiane wcześnie, stałem się fanatykiem wszelkiego rodzaju horrorów, opowieści grozy i tym podobnych klimatów, choć do Clive’a Barkera wróciłem dopiero teraz na fali sentymentu bardziej niż realnej fascynacji czytelniczej.

Z horrorami jest generalnie problem – jako gatunek niższego rzędu musi horror chcąc nie chcąc być oceniany dwutorowo. Z jednej strony staje się przedmiotem nieustających kpin (żeby tylko kpin) wyznawców literatury wysokiej i często na solidne klapsy opowieści grozy zasługują. Z drugiej zaś strony horror jako gatunek tworzy „swoje” arcydzieła, idealne realizacje swoich postulatów – rodzi książki autentycznie przerażające, choć w realność świata przedstawionego tych realizacji czytelnik raczej nie wierzy.

Nie inaczej jest z „Księgą krwi”, którą sobie zaaplikowałem niedawno. Poważny krytyk, szanujący się miłośnik kultury wysokiej wybuchnie pustym śmiechem, gdy zacznie czytać o … nowotworze (tak, tak ,raku), który zamienia się w spragnionego śmierci maszkarona, gdy natknie się na historię brutalnej zemsty, jaką swoim oprawcom zgotowało... prześcieradło, gdy będzie śledził tragedię męskiej prostytutki, którego (którą?) prześladuje duch żołnierza z czasów cesarstwa rzymskiego...

To wszystko spływa krwią, obrzydliwością, dosłownością. Obraża intelekt i wrażliwość. Epatuje okrucieństwem i wulgarnością. Aż trzeszczy od nadmiaru chorej baśniowości...



Ale to się czyta znakomicie!

Traktuję Barkera jako idealnego dostarczyciela ponurej rozrywki. Jego proza jest szybka, nie wdaje się w subtelne analizy podłoża, na którym może zakwitnąć groza. W tym akurat mistrzem jest King, piszący zgodnie z regułą: "Im więcej bohaterowie mówią o niczym, tym bardziej psychologicznie są wiarygodni." (Czujecie już, że Kinga raczej nie lubię...)

Barker i umie wystraszyć, i sceną erotyczną umiejętnie połechce...

Czy trzeba czegoś więcej, by umilić nudne podróże autobusem do pracy?

No chyba że kierowca nagle stałby się....


AAAAAAGHHHHHRRRRRR.........

poniedziałek, 8 października 2012

Czar Czechów (prawie) pryska, czyli "Praski elementarz" Kaczorowskiego

Kaczorowskiemu udała się rzecz szalenie istotna – „Praski elementarz”, który na pierwszy rzut oka można podejrzewać o utrwalanie mitu Pragi magicznej, pocztówkowej, zanurzonej w pianie jasnego piwa, czyta się z rosnącą pewnością tego, że obcujemy z dziełem zrywającym z idyllicznym obrazem naszych południowych sąsiadów.

Autor tylko sporadycznie zapuszcza się w bezpieczne i oczywiste zaułki. Chodzi mu o coś więcej niż o kolejny, coraz bardziej przewidywalny, zapis polskiej fascynacji tym niewielkim krajem rodzącym wielką literaturę.

Złe wybory, szamotanina moralna, zacieranie granic pomiędzy uczciwością a sprzeniewierzeniem się jej. Cyrografy podpisane w durnej młodości ciążą na reszcie życia. Tak mniej więcej wyglądały życiorysy części czeskich pisarzy XX wieku. Autor zdaje się stawia mocną tezę – nie można nie być pisarzem politycznym, to znaczy nie można uwolnić się od uwarunkowań narzuconych przez państwo, społeczeństwo i historię, żyjąc w Europie Środkowej, którą tak boleśnie pokiereszowano w poprzednim stuleciu.

Autor nie moralizuje, nie ocenia zbyt pochopnie tych, którzy nie przeszli zwycięsko próby przyzwoitości – jednak mnożąc przykłady fatalnych wyborów życiowych, nie pozostawia czytelnika obojętnym. To bardzo oczyszczająca książka, która pomiędzy wierszami stawia pytanie o dyskomfort, jaki zbyt często możemy czuć, gdy przyglądamy się poszczególnym biografiom, a następnie przypomnimy sobie, ile wspaniałych książek napisali niezbyt wspaniali ludzie…


Haszek, po części odpowiedzialny za narodziny mitu Czechów, potomków Szwejka – sam dezerter i tchórz. Kundera, ucieka na Zachód przed historią własnego kraju, z którą nijak nie może zerwać. Hrabal, poprawia swoje dzieła pod dyktando cenzury…

Oddajmy jednak sprawiedliwość czeskim autorom – ostatni z esejów poświecono zmarłemu w 2011 roku Havlowi, który jawi się czytelnikom jako szlachetny, nieco naiwny być może, idealista wierzący w posłannictwo, jakim jest uprawianie czynnej polityki. Wcześniej poznajemy między innymi wstrząsającą historię życia Oty Pavla, którego traumatyczne doświadczenia zepchnęły w odmęty obłędu, skąd podyktował jedne z najbardziej wzruszających i ciepłych opowieści, jakie dotarły do nas zza południowej granicy.

Kaczorowski co i rusz wplata w swą opowieść wspomnienia o własnych ścieżkach wydeptanych w Pradze, o prywatnych epifaniach, o intymnych chwilach, gdy pisarze przemawiają do nas ponad barierą czasu i przestrzeni. Kto wie, czy to nie jest szlak, którym powinien ruszyć każdy spisujący biografie – uczynić z czyjegoś losu nie tylko wyliczankę dat, miejsc, ludzi i dzieł, ale żywy, rozgałęziający się labirynt eseju, w którym spotykają się czytelnicy, krytycy i sami autorzy?