piątek, 30 listopada 2012

Coś tu jest nie tak, czyli "Pod Cyprysami" Koryty


Niestety nie wystarczy sprawnie poprowadzić intrygę, wprawić w ruch zawadiaków spod ciemnej gwiazdy, wpuścić w zgniły moralnie świat przedstawiony bohatera, który lubi sobie wypić i wtykać nos w nie swoje sprawy, by stworzyć dobry czarny kryminał. Trzeba pamiętać, że mistrzowie konwencji noir to przede wszystkim świetni styliści. Język ich powieści nigdy nie jest przezroczysty, neutralny. Zawsze zabarwia go cynizm, wyszukane dosadne porównania, specyficzny stosunek do brudnej rzeczywistości. W dialogach krzyżują się arogancja, ironia, iskry złośliwości.
O tym wszystkim zapomniał chyba Michael Koryta, autor powieści "Pod Cyprysami." Ponoć popularny, nagradzany i kupowany. Jednak ciężko dopatrzyć się źródeł tej popularności, patrząc przez pryzmat tej akurat książki.
Jesteśmy w Ameryce. Lata 30. Czasy Wielkiego Kryzysu, który zmusza takich ludzi jak nasz bohater do szukania jakiejkolwiek pracy. Niestety, niczym w greckiej tragedii – bohater ma dobre intencje, a ściąga na siebie komplet niebezpieczeństw. Chcąc uciec od kłopotów, trafia do Krainy Coś-Tu-Jest-Nie-Tak, gdzie czekają na niego mnożące się zagrożenia - huragan, eksplodujące samochody, brutalni stróże prawa i przemytnicy... Teoretycznie wszystko się zgadza i brzmi zachęcająco.
Jednak autor stanął w zbyt szerokim rozkroku. Jedną nogą udeptuje twardy grunt, jakim jest powieść noir. Mamy duszną atmosferę wilgotnej Florydy. Skorumpowanych policjantów, urzędników i pospolitych gangsterów. Sporą dawkę obowiązkowej brutalności. Mamy wreszcie pokaleczonego przez życie głównego bohatera i piękną niejednoznaczną kobietę.
Niestety druga noga grzęźnie w mało oryginalnym pomyśle – bohater widzi w oczach bliźnich zbliżającą się do nich śmierć. Raz jest to dym kłębiący się w gałkach ocznych, innym razem z przerażeniem odkrywa, że otaczają go szkielety zamiast ludzi z krwi i kości. Tanie? Tanie.


Prawie jak noir



Ta niczym nieusprawiedliwiona mieszanina konwencji dałaby się jakoś obronić, gdyby Koryta był lepszym stylistą. Jednak jego styl jest kostyczny, do bólu sprawozdawczy, obojętny na opisywane dramatyczne wydarzenia. Nie mamy błyskotliwych dialogów, nie mamy mięsistych porównań i „męskich” metafor. Mamy poprawnie napisaną i zachowawczą opowieść, która nawet smakuje, gdy zapomni się o wymuszonym wątku nadnaturalnym. „Pod Cyprysami” mogłoby być dużo lepszą książką, gdyby Koryta skupił się na budowaniu nastroju i ciemnej tonacji, zamiast udziwniać na siłę powieść pomysłami ze stajni Kinga lub Koontza.

Cóż, zapewne w Polsce Michaela Korytę czeka podobny los, co piosenkarzy country - w Stanach są gwiazdami i wypełniają regularnie największe sale koncertowe, u nas raz na rok amfiteatr w Mrągowie...

środa, 14 listopada 2012

Życie na żywo, czyli "Na dzień dzisiejszy i chwilę obecną" Jarniewicza

To czas – ani linearny, gdy wydarzenia pędzą przed siebie, nie zostawiając jeńców, nie biorąc zakładników, ani cykliczny, budujący pewność istnienia kolejnych szans, wiecznych powrotów - jest prawdziwym bohaterem najnowszego tomu Jerzego Jarniewicza. Czas widziany jako seria izolowanych epizodów, które nakładają się na siebie, przetasowują, powtarzają w przypadkowych konfiguracjach.

Poeta jawi się jako kronikarz świata, za którym notorycznie nie nadążamy. Teraźniejszość nie istnieje – zdaje się mówić autor. Jest ona sprowadzona do migotliwych obserwacji, przelotnych faktów, które wciąż i wciąż spopielają się na naszych oczach i odchodzą (ponoć) bezpowrotnie w przeszłość.

Chwila obecna trwa tyle, ile przetrwają w pamięci bohaterowie naszych afer, aren, anegdot, jakimi przerzucamy się w towarzystwie, a które błyskawicznie tracą przydatność do spożycia. Stąd tomik, solidnie potrząśnięty, zagrzechocze nazwiskami, o których za rok nikt nie będzie pamiętał, tytułami książek, jakie wkrótce trafią na stragany z przecenioną literaturą, nazwami własnymi gadżetów, na które czekają już pęczniejące wysypiska śmieci.

Zaś sam bohater liryczny to postać zanurzona w tym kłębowisku informacji, więc każdą próbę kontemplacji świata musi skazić jakieś skojarzenie z medialnymi doniesieniami, odwołanie do kultury mniej lub bardziej popularnej, aluzja, za pomocą której bezbłędnie umiejscowimy przestrzeń liryczną tych wierszy – to Polska, lata 2000.



Językowo Jarniewicz kontynuuje zwycięski marsz, na trasie którego jego poezja wchłania kolejne klisze językowe, szlagworty i konstruuje z nich raz zjadliwy obraz naszej rzeczywistości, a innym razem niespotykanie czuły portret bliskich sobie osób. Nasze miłosne wzloty i nasze ekonomiczne upadki. Stadionowe emocje i kameralne kontemplacje. Taką rozpiętość proponuje nam tomik „Na dzień dzisiejszy i chwilę obecną.”

Szczęśliwie dla czytelnika poeta nie zapędza nikogo w hermetycznie szczelny labirynt znaczeń. Ścieżki wierszy, jakimi kroczymy, wiją się, kluczą, krzyżują się z sobą, ale nigdy nie tracimy z oczu szlaku. Ten tomik to jasny punkt orientacyjny dla każdego, kto chciałby zmierzyć się z wyzwaniami, jakie stawia przed czytelnikiem współczesna poezja.


Recenzja ukazała się pierwotnie 14 listopada 2012 roku na łamach portalu lubimyczytać.pl

sobota, 3 listopada 2012

Remisji nie przewiduje się, czyli "Kochanie, zabiłam nasze koty" Masłowskiej

Czytając tu i ówdzie recenzenckie, profesorskie, a nawet publicystyczne owoce kontaktu z najnowszym tekstem Masłowskiej, zauważyć można jedną, jak na mój niski przecież gust, dość niepokojącą tendencję.

Najszerszym łukiem omija się to, co stanowi o ideologicznym budulcu tej książki, a skupia się na kontekstach, okołoliterackich bezpiecznych przestrzeniach. A więc mamy Masłowską odczytaną w kontekście swoich poprzednich tekstów (jakby najnowszy był “zbyt świeży”, by o nim mówić), mamy Masłowską oskarżaną o wtórność wobec istniejących już prób objęcia świata. Mamy pisarkę rzuconą na żer wszelkich aktywistów, którzy lubią sobie ponarzekać, że "banalne, wtórne, niezrozumiałe i w ogóle po 15 minutach rzygać się chce, bo o niczym..."

Mamy cały ten sztafaż, jaki tak naprawdę próbuje odwrócić uwagę od rdzenia książki.

Cóż daje nam Masłowska? W sumie nic nowego, ale to kolejna diagnoza cywilizacji, która wręcz idealnie pokrywa się z innymi diagnozami urodzonymi w łonie naszej literatury i w łonach literatur świata. Czy może to być zarzut? Jak ktoś się uprze, pewnie tak.

Powinniśmy raczej traktować tego rodzaju teksty z powagą. Z taką samą powagą pacjenci słuchają kolejnych i kolejnych lekarzy potwierdzających zdiagnozowane patologie. Wszystkie są cenne, każda potwierdza prawdę poprzedniej i następnej. Choroba postępuje. Remisji nie przewiduje się.

Cóż to za zaraza? Najprościej mówiąc to pustka egzystencji, bo przecież nawet nie życia. Egzystencja to czysto fizjologiczne trwanie i właśnie w czysto fizjologiczny sposób żyją bohaterowie książki. Owszem, zdarzają im się chwile samoświadomości, ale rzadkie są to momenty a i samoświadomość to kaleka i szybko tłumaczona jako uboczny efekt na przykład „napięcia przedmiesiączkowego.” Fizjologia tryumfuje. Nie pierwszy raz i nie ostatni raz.

Świat przedstawiony to fikcyjna przestrzeń gdzieś na peryferiach wielkiego amerykańskiego miasta. Żadnych konkretów. Wszędzie, czyli nigdzie. Otoczeni upiornym rekwizytorium gadżetów, poddani presji nowoczesności, ale tej skarlałej, ograniczonej do tańszej wersji czegoś być może (kiedyś?) szlachetnego, bohaterowie żyją z dnia na dzień.

Szukają ciepła, przyjaźni, emocji, potwierdzenia samych siebie w oczach innych. I niczego takiego nie znajdują. Nie są w stanie. Są zbyt infantylni. Po prostu nie dorośli do jakichkolwiek głębszych relacji międzyludzkich.

Jednak Autorka nie szydzi ze swoich postaci, choć całą książkę wypełniają kpiny z nawiedzonych artystów, podręcznych autorytetów, szalbierzy i zwykłych kłamców. Nie jest złośliwa w stosunku do swoich dwóch bohaterek.

Czujemy raczej bezbrzeżny smutek, gorzkie współczucie. Nikt z nas przecież nie będzie śmiał się z upośledzonych dzieci za wszelką cenę starających się zorganizować jakoś świat, w jakim się znalazły.

To świat, na który (być może?) słusznie z nienawiścią patrzą wszelcy ekstremiści, uliczni prorocy, zamachowcy-samobójcy. Może faktycznie trzeba zbombardować osiedla, ulice, sklepy, galerie handlowe, galerie sztuki, biura i urzędy… Być może życie bez cienia Idei, również tej religijnej, wznoszącej człowieka ponad siebie i jego płaską doczesność, jest godne tylko anihilacji?



Cóż, sama Masłowska o tym nie pisze. Ba! Książka ma konstrukcję klamrową, bowiem opowieść kończy scena, która otwiera cały tekst. Cóż to ma znaczyć? Nic innego, jak tylko przeświadczenie o tym, że donikąd już nie dojdziemy. Będziemy wiecznie kołować ponad lądowiskiem sensu aż skończy nam się paliwo.