czwartek, 25 kwietnia 2013

Dlaczego klasycy, czyli "Człowiek do przeróbki" Bestera

Gdy fan science-fiction, taki ja na przykład, sięga po klasyczną powieść wydaną w roku 1953 (przypomnijmy, w Polsce m.in. aresztowano prymasa Wyszyńskiego i zaprezentowano prototypowy egzemplarz Syreny), zastanawia go, czy udało się jej uniknąć losu wszelkich muzealnych eksponatów? Na ile książka z połowy poprzedniego stulecia broni się tylko z racji swego szlachetnego pochodzenia, a na ile jest wartością samą w sobie?  

Po lekturze „Człowieka do przeróbki” mogę stwierdzić jedno – powieść Alfreda Bestera walczy dzielnie, a jego „Człowiek do przeróbki” zdaje się być raczej aktualny za sprawą niesprecyzowanej „detalicznie” wizji przyszłości (w tym przypadku to zaleta), doskonale rozpisanej obsadzie (postacie są wiarygodne, decyzje nieźle umotywowane, reakcje prawdopodobne) i świetnie skrojonej fabule łączącej czarny kryminał, thriller policyjny i fantastykę.




Ale od początku – przenosimy się w odległą przyszłość. Na Ziemi oprócz zwykłych homo sapiens żyją zastępy telepatów, potrafiących czytać myślach esperów. To ludzie potężni, chętnie zatrudniani w policji, w wielkich korporacjach, doradcy, zaufani, zausznicy. W tym świecie właściciel potężnej firmy, zepsuty, zły, rozpaczliwie pragnący władzy Ben Reich, morduje swojego konkurenta. Jak to robi w świecie, w którym ostatnie morderstwo z zimną krwią popełniono całe dziesięciolecia temu? W świecie, w którym zamiar przyszłego mordercy rozczytać mogą wszyscy, których los obdarzył zdolnością podglądu myśli? Przeczytajcie, albowiem Bester staje na głowie, by wymyślić wewnętrznie spójną intrygę i, o dziwo, udaje mu się to zrobić.

Dzieje się to zapewne dzięki temu, że struktura powieści bazuje na chwytach wykorzystywanych przez autorów czarnych kryminałów. Mamy kogoś w rodzaju potężnego bossa, który wszystkie swoje wpływy i cały swój intelekt składa na ołtarzu zbrodni (prawie) doskonałej. Mechanizmy działania policji przyszłości, procedury, tarcia między funkcjonariuszami, ich życie prywatne – to wszystko nadaje książce brzmienie rodem z powieści noir. Tutaj nie można sobie pofolgować – trzeba żelaznej dyscypliny, by powieść nie rozlazła się w szwach, nie mnożyła niekonsekwencji.

Dodajmy do tego „amerykańskość” fabuły – główny pozytywny bohater przypomina jako żywo szeryfa ocierającego się o granice prawa, ale zawsze prawa broniącego. To przeświadczenie o nieuchronnej ofierze, jaką należy ponieść, by rzucić zło na kolana. Ta mrowiąca gdzieś pod powierzchnią powieści apoteoza kapitalizmu, który wyrugował z rzeczywistości wszystko oprócz zwartych w morderczym boju korporacji – to z kolei dość świeża jak na lata 50 wizja rzeczywistości. Nie jestem jednak pewien, czy Bester boi się tego elementu swojej wizji, czy też imponuje mu rozmach rozpędzonej ekonomii…

Amerykanie mają prawdziwą obsesję na punkcie psychologii. Bzik to kompletny, sam godzien badań, analiz i opracowań. Bester popłynął na fali wznoszącej tej fascynacji – jego telepaci, „wnikacze”, stali się doskonałym pretekstem, by zaopatrzyć czytelnika w podstawowe informacje na temat snów, kompleksów, psychoanalizy etc.

Brzmi to wszystko nieco ciężkawo – Bester z energią neofity zbyt często częstuje czytelników teoretyczną paplaniną, a sceny „psychicznej kuracji” jednej z bohaterek – świadka wspomnianego wcześniej morderstwa – drażnią wręcz naiwnością. Z drugiej strony opis neurozy, w jaką głównego Złego wpędzają zjednoczone siły telepatów, należą do najlepszych w całej powieści. Cóż, coś za coś, prawda?

Zamykając moje nieco przydługie rozważania – „Człowiek do przeróbki” to solidny i niezaprzeczalnie klasyczny już dziś przykład książki ze „starych dobrych czasów.” Pomysły były świeże, świat przedstawiony gatunku nie zdążył zakrzepnąć w przewidywalne dekoracje, rozwiązania fabuły mogły wieńczyć typowe happy endy i nikomu to nie przeszkadzało. Naiwność sąsiadowała z energią pionierów gatunku.

I dlatego właśnie klasycy…

czwartek, 18 kwietnia 2013

Siła zdań pojedynczo złożonych, czyli "Posłaniec" Zusaka


Bardzo łatwo jest solidnie wybatożyć powieść Marka Zusaka pt. „Posłaniec.” To tak proste, że wręcz nie sprawia przyjemności wykonującemu wyrok recenzentowi. Można tę urbanistyczną baśń porównać do takich dzieł filmowych jak „Amelia” lub, o zgrozo, „Taksówkarz.” Można zarzucić zbyt pocieszające wnioski idące w parze z naiwnym przeświadczeniem o tym, że każdy z nas może zmienić świat, choćby w skali mikro. Wystarczy pchnąć bliźnich w stronę dobra lub zepchnąć ich ze ścieżki zła, by przywrócić elementarny ład w sferze moralnej.

Dodajmy do tego zakończenie książki, które przenosi nas w sferę rozważań metaliterackich, o których nie chcę mówić, by nie zdradzać pointy. Jednakowoż nawet ten koncept pojawia się od czasu do czasu w innych powieściach, książkach i komiksach.

Cóż więc broni „Posłańca”? Przede wszystkim ładny, nawet realistyczny momentami obraz życia w małym australijskim mieście, gdzieś na przedmurzu wielkiej metropolii. Obraz życia monotonnego, pozbawiającego perspektyw, zamykającego w ciasnych ramach skromnych propozycji, jakie oferuje naszym bohaterom rzeczywistość. Główny bohater to dwudziestoletni taksówkarz, żyjący z dnia na dzień, otoczony trójką równie dryfujących znajomych. Czas płynie im leniwie na wykonywaniu odmóżdżających zajęć i namiętnej grze w karty. Kalendarz regulują obchodzone od niechcenia święta, rozgrywki futbolowe, kolejne spotkania. Nie dzieje się nic, o co mógłby się zahaczyć sens.

Stolik do kart czeka

Uczucie pustki, beznadziei, przegranego życia jest mi bliskie z wielu powodów, a Zusak opisał je w sposób bardzo dobry.

Ta ziemia jałowa nagle ożywa, gdy główny bohater zostaje wciągnięty w tajemniczą grę – ktoś podsyła mu kolejne karty do gry, na których zaszyfrowane informacje wskazują ludzi mających mniejsze lub większe problemy. Kobieta maltretowana przez męża, ksiądz w pustym kościele, para wiecznie kłócących się braci, wyobcowana rodzina emigrantów… - im wszystkim będzie musiał pomóc nasz taksówkarz. Udaje mu się – jak nie groźbą, to prośbą rozprawia się z niesprawiedliwością, głupotą, agresją.

Powieść szybko nabiera tempa. Iskrzy miejscami niewymuszonym humorem. Pojawiają się sympatyczne, choć niejednoznaczne postacie. Pojawiają się morały, bo w końcu każda przyzwoita baśń czymś takim musi się skończyć. Pojawia się chwila zadumy, optymistycznej refleksji, która, jak dobrze pójdzie, potrwa jakieś 15 minut.

Świata po tej lekturze nie zbawimy, ale zagwarantowane mamy kilka godzin przyzwoitej lektury.

Odrębną sprawą jest język powieści. Zusak operuje szybkim i precyzyjnym obrazowaniem. Czytelnicy przyzwyczajeni do klimatu zbudowanego z piętrzących się opisów, meandrycznych fraz, nie znajdą tu ukojenia. Autor kilkoma silnymi pojedynczymi zdaniami jest w stanie zagospodarować całkiem sporą przestrzeń świata przedstawionego. Dużo tu metafor, skrótów myślowych, krótkich sekwencji.

Dużo tu powietrza pomiędzy następującymi po sobie obrazami. Oddycha się, oddycha…

środa, 17 kwietnia 2013

Pierwszorzędnie drugorzędny, czyli "Wyspa Petersena" Zegalskiego


Na ten zbiór opowiadań trafiłem całkowicie przypadkowo – wpadł mi w ręce w lokalnej bibliotece, gdzie na półce z napisem FANTASTYKA zbierał kurz i nie wyglądało, by ktokolwiek przede mną sięgnął po "Wyspę Petersena."

Przyznaję, że pierwszy utwór mógł być irytujący – autor opisuje pisarza cierpiącego na uwiąd sił twórczych i robota, który jest jego służącym(?), lokajem(?). Oho, myślę sobie, najgorsze, co może mnie spotkać, to robienie sobie kabaretu z konwencji science-fiction. Nienawidzę tego. Całym sercem gardzę. Tym bardziej, że robot imieniem Katody ma całkiem cięty język i wciąż się wykłóca ze swoim pryncypałem. 

Aleksander hrabia Fredro wziął się za pisanie fantastyki, myślę sobie i już mam książkę odłożyć, gdy nagle trafiam na pointę – niespodziewaną, przewrotną, metaliteracką (nie zdradzam szczegółów), która kazała mi dać kolejną szansę autorowi.

Zegalski szansę tę wykorzystał. Niemal każdy z zebranych tekstów kończy się szybką, celną pointą. Nic nie dryfuje w ocenie sugestii, domysłów, tajemnicy. Autor doskonale panuje nad materią i nie mnoży niepotrzebnych, zaciemniających obraz konwencji detali, symboli, niedopowiedzeń. Szybka ekspozycja, rosnące napięcie, punkt kulminacyjny, pointa. Klasyczny, niemal uświęcony tradycją rozkład treści.

Sama treść bywa uroczo staroświecka. Autor mnoży stylizowane na „język przyszłości” imiona bohaterów, posługuje się klasycznymi rekwizytami i rozstrzygnięciami. Każde postaciom spotykać się z Obcymi, majstrować przy niebezpiecznych wynalazkach, wędrować w nieskończonym kosmosie, szukając drogi do macierzystej planety. Myśleć o człowieczeństwie na tle pustki wszechświata. Wprowadza w ruch roboty, które raz ślepo podejmują się swoich zadań, innym razem zdumiewająco blisko im do ludzi. Garść parapsychologii, ułamek teorii rodem ze stajni von Danikena. 

Wszystko to znamy. Dziś już nikt tak nie pisze, a nawet w latach 70, gdy ukazała się „Wyspa Petersena”, oswojone już były niemal wszystkie użyte przez Autora rozwiązania, gadżety, problemy. Nic nie może nas zaskoczyć, więc możemy czerpać autentyczną satysfakcję z faktu obcowania z idealną realizacją postulatów gatunku.

Wszystko po bożemu w starym dobrym s-f


Nic tu nie jest za mądre, przekombinowane, mające pretensje do zamykania wielkich idei w skromnych warunkach konwencji science-fiction. Mamy świetny warsztat, przezroczysty język, kilkanaście uroczych, klasycznych tekstów i... to wszystko.

Nie szukam niczego więcej na tej półce w mojej lokalne bibliotece.

czwartek, 11 kwietnia 2013

Karabiny cywilizacji miłości, czyli "Czerwona mgła" Kołodziejczaka


Autor stworzył jakoś bliską memu konserwatywnemu sercu wizję rzeczywistości, w której to Polska jako jedno z nielicznych miejsc na świecie broni się dzielnie przeciwko zakusom Zła. Zła czystego, fundamentalnego, deformującego zarówno psychikę istot, jak i środowisko naturalne. Granice krain geograficznych się przesuwają, rzeki zmieniają swój bieg, zwierzęta deformują, ludzie mutują zamieniając w przerażające bestie, dla których ratunku już nie ma. Zło pochodzi z Innego Świata, gdzie istnieje w esencjonalnej, pierwotnej wręcz formie.

Tylko w Polsce wszystko po staremu – elf-katolik jest królem naszej ziemi. W ogóle elfy, przybysze z innej rzeczywistości, wierzą w Chrystusa Króla i są doskonalszymi pod każdym względem istotami. Zaś sami Polacy pielęgnują wartości rodzinne. Płodzą kolejnych obywateli wychowywanych w duchu patriotycznym. Wierzą w prochy ojców i mogiły dziadów, sztandary i proporce. Spokojnie i sumiennie oddają się codziennym obowiązkom, by w razie potrzeby bronić bram kraju.

Brzmiałoby to nieznośnie pompatycznie i skrajnie życzeniowo, gdyby nie podniesiono tego do „fantastycznej” (nomen omen) potęgi. Rozmieszczenie w tak rozpisanej rzeczywistości elementów rodem z arsenału science-fiction, fantasy lub steam punku sprawia, że wizja świata staje się wiarygodna w obrębie gatunku i, o dziwo, brzmi dość świeżo.

Czary sąsiadują z modlitwami, amulety z medalikami z Matką Boską, miecze z karabinami, zbroje z kamizelkami kuloodpornymi. Polacy nie walczą z barbarzyńskimi kacapami lub nieludzkimi naziolami, ale z demonami, bestiami, niewolnikami Zła. A różańce stają się bronią równie skuteczną jak nunczako w rękach Bruce’a Lee.

Nie mogłem się powstrzymać...


Kołodziejczak doskonale maluje taką rzeczywistość. Opisy są plastyczne, trójwymiarowe, wypchane po brzegi szczegółami. Dekoracje, rekwizyty, kostiumy, efekty specjalne – pierwszorzędne!

A fabuły poszczególnych opowiadań? Są niestety konwencjonalne, nie zaskakują, nie rozgałęziają się w nieoczekiwanych kierunkach. Są mechanicznymi linearnymi konstrukcjami, które ubarwiono wprowadzonymi na siłę scenami walk. Bohaterowie nie błyszczą szczególnie skomplikowaną psychiką, ich motywacje są oczywiste, a zachowania przewidywalne. Nie chce mi się wierzyć, że fantastyka straciła bezpowrotnie swój potencjał, zdolność snucia nieogranych opowieści, ale „Czerwona mgła” skutecznie moją wiarę w nowatorstwo osłabia. Widocznie ilość możliwych kombinacji jest ograniczona.

Rozczytamy bezbłędnie zamiar Kołodziejczaka – wpisać los Polski (przeszłość, być może opowiedzieć o teraźniejszości i zapowiedzieć jutro) w sferę odwiecznych, niemal manichejskich starć Dobra ze Złem. Nas, nasze narodowe mity z „przedmurzem chrześcijaństwa” na czele i mesjanizmem, nasze poczucie wyjątkowości, wybrania, przetłumaczono na język współczesnej baśni o „Westerplatte, które broni się jeszcze.”

Pocieszające to, ale zmusza do refleksji na temat tego, na ile wiarygodnie w naszych uszach brzmią prawzorce, po jakie sięga Autor – czy wierzymy w „wybranie” naszego narodu? Czy faktycznie „mamy dusze anielskie” uwięzione w cielskach naszych wad narodowych? Bo jeżeli nie wierzymy, próżno w „Czerwonej mgle” szukać czegoś więcej niż tylko przyzwoitej rozrywki.

niedziela, 7 kwietnia 2013

Dla chłopaków - niezależnie od płci i wieku, czyli "Magiczne lata" McCammona


Po przeczytaniu „Magicznych lat” miałem rzadko występujące u mnie pragnienie, by książkę zacząć czytać na nowo. Zapętlić się w świecie przedstawionym, nie rozstawać się z bohaterami. Po prostu zacząłem tęsknić. A mój „potencjometr tęsknoty” nigdy mnie nie oszukuje – to powieść wybitna.

Nie, nie wybitna w znaczeniu „noblowskim”, to nam na szczęście nie grozi. Interesuje nas to, czego od zawsze w powieściach szukaliśmy – trwoga, piękno, ból, przygoda, fascynacja, śmierć, śmiech, tajemnica… To, co oferowały średniowiecznym chłopcom opowieści o rycerzach okrągłego stołu. To, za czym tęsknili małoletni wielbiciele twórczości Karola Maya. Interesuje nas to korzenne przeżycie, empatyczny wstrząs, jakiego doznajemy, gdy obserwujemy losy postaci, z którymi możemy się utożsamić lub, nawet to, postaci, którymi sami kiedyś byliśmy. To powieść dla chłopaków – niezależnie od płci i wieku.

Książka ta zbiera w sobie to, co decyduje o zaistnieniu fundamentalnego aktu zachwytu literaturą. Dyskretnie wprowadzona fantastyka sąsiaduje z bolesnym realizmem, cudowność świata dzieci rozsadzana bywa raz po raz bezwzględnością i okrucieństwem tego samego świata rówieśników. Pretensjonalna kategoria „magii” zyskuje w tej powieści swoje zastosowanie – to naprawdę magiczna książka przywracająca wiarę w potęgę fantazji, niewinności, bohaterstwa, przyjaźni. To opowieść o świecie, który umarł, by żyć we wspomnieniach. Historia kraju lat dziecinnych, który dawno przestał fizycznie istnieć, ale przeszedł w niezniszczalną przestrzeń idei, gdzie żyje "niezaburzony wypadków strumieniem."

Dziecinnie łatwo pisać o dzieciństwie, ale rzadko komu udało się dzieciństwo wpisać w tak bajeczną ilość kontekstów: Ameryka, lata 60, małe miasteczko, grupka przyjaciół, tajemnicze morderstwo, filmy klasy B, komiksy, segregacja rasowa, rasowi kryminaliści, oddech kapitalizmu, pierwsze zauroczenia płcią przeciwną, magia voo doo… Zestaw jest imponujący i gdyby ktoś chciał upiec z tego tort, miałby nielichy problem, by całość była strawna, a między zębami nic nie zgrzytało.




McCammon wirtuozersko komponuje swoją symfonię. Wszystko idzie w parze z wszystkim. Kilka gorzkich prawd ręka w rękę z naiwną wiarą w potęgę literatury i samego aktu pisania mogącego zatrzymać proces erozji naszych wspomnień o światach dzieciństwa.

Cóż, być może to przede wszystkim powieść o pamiętaniu. I, co gorsze, o tym, że kształtująca nas przeszłość być może była jedną wielką fikcją, burzliwą fantasmagorią, która nigdy nie miała miejsca, a cała nasza historia jest tak naprawdę przez nas wymyślana w samym akcie wspominania.

piątek, 5 kwietnia 2013

Szczyt, czyli "Prześwity" Graham


Majestat. To pierwsze słowo, jakie przychodzi mi na myśl, gdy raz za razem otwieram obszerny wybór wierszy  amerykańskiej poetki Jorie Graham. „Prześwity” to tom znakomity gromadzący krystalicznie czyste utwory. Dowody na to, że autorka konsekwentnie realizuje dalekosiężny, ambitny i poważny projekt poznawczy. 



Nie jest to jednak twórczość hermetyczna, odcinająca czytelnika od głównego nurtu wiersza, którym powinien płynąć sens. Graham niemal każdorazowo ustawia tekst w idealnej równowadze – obszerne i przyznamy trudne fragmenty dociąża kamieniem konkretu, ostrego obrazu. Prowadzi w głąb labiryntu, zaopatrując nas w mapę, na której wyraźnie zaznaczono jego serce.
Jest to poezja wykwintna i mądra, której twarde struktury spowija bluszcz pięknego  języka. Eksplodujących piętrzących się metafor, delikatnych aluzji, w których pobłyskują najbardziej fundamentalne emocje, nastroje i odczucia – miłość, bliskość, wiara (w książce znajdziemy przynajmniej kilka nieortodoksyjnych wierszy niemal religijnych), a z drugiej strony osamotnienie, próby zrozumienia siebie, bliskich, natury i samego aktu  pisania.
Będę szczery – „Prześwity” to literatura najwyższej próby, która jednak znajdzie niewielu potencjalnych czytelników wśród tych, którzy preferują czytanie w tramwaju, w kolejce do lekarza lub chcą wyrwać się z rzeczywistości na kilka przyjemnych lecz bezproduktywnych godzin. To poezja wymagająca skupienia i medytacji.
Dawno nie przydarzyło mi się coś podobnego, co spotkało mnie w przypadku poezji Jorie Graham – po przeczytaniu jej wiersza, ba! nawet kilkunastu linijek dłuższego poematu, musiałem zamknąć książkę i nabrać powietrza do płuc. To żadna metafora, tak po prostu działają najwięksi poeci. Zagęszczenie, wybujałość i esencjonalność tej poezji przyprawia o zawrót głowy.
To z pewnością lektura obowiązkowa dla każdego, kto sięga po pióro lub jak Graham po długopis. To z daleka widoczny punkt odniesienia. Szczyt, w jaki należy się wpatrywać, choćby tylko nielicznym udało się na niego wspiąć.

czwartek, 4 kwietnia 2013

Do przodu na ręcznym, czyli "Marcjanna i aniołowie" Zimniaka



Jednym z nielicznych internetowych śladów istnienia powieści Andrzeja Zimniaka pt. "Marcjanna i aniołowie", jest dość lakoniczna i uroczo spontaniczna wypowiedz użytkowniczki portalu Lubimy Czytać. Niejaka Serir pisze tak: „Podejrzewam, że jakbym się upiła, to chyba lepsze głupoty by mi wyszły na papierze, niż ta cała Marcjanna.”

I choć jest to może nieco krzywdząca opinia, coś jest na rzeczy, bowiem tekst tej wydanej w 1989 roku powieści rzeczywiście jest dość oryginalny i czasem wydaje się, ze nie tylko trzeba było kilku głębszych, by ten utwór napisać, ale potrzeba tez czegoś równie silnego, by przebić się przez dziwaczny, irytujący, momentami nudny, a czasem hipnotyzujący tekst.

Już sam zarys fabuły daje niezłe pojęcie o tym, czego możemy się spodziewać. Główny bohater, Arystidas Grey (dość popularne nazwisko w polskiej powieści science-fiction, dziś zawłaszczone przez pseudopornograficzne wynurzenia dla nimfomanek-gawędziarek), zostaje wyprowadzony z domu przez wszechwładne służby specjalne, by wraz z grupą innych nieszczęśników zostać zaangażowanym w tajemniczą kosmiczną misję. Bohaterowie lądują na planecie Kariatyda, którą mają spenetrować.

I wszystko byłoby jak Pan Bóg przykazał, gdyby nie fakt, że 3/4 bohaterów dość malowniczo ginie przy próbie lądowania, a ocalała dwójka (Grey i Vivaldi, tak, tak jak ten skrzypek.) trafia raz za razem do dziwacznych równoległych światów - raz do głębokiego, obrzydliwego średniowiecza, inny razem do fantasmagorycznego świata przyszłości.


Nie tak dziwne jak powieść Zimniaka...

Powieść kończy się niczym. Urywa się, zataczając kolo, wracając do punktu wyjścia.

Cóż, trafił się Zimniakowi całkiem niezły koncept. Kariatyda to tak naprawdę ogród zoologiczny, który założyli Obcy, by przyglądać się ludziom na rożnych etapach ewolucji. ZOO rozłożone w czasie. Jego mieszkańcy nieświadomi tego faktu - to brzmi intrygująco, ale…

No właśnie - znów muszę wytknąć starej polskiej fantastyce jeden z jej najcięższych grzechów. Akcja nie może tak po prostu iść przed siebie. Nie, to by było za proste. Autorzy MUSZĄ uraczyć nas męczącymi retardacjami. Obszernymi partiami nudnych, rozwlekłych i niesamowicie zbędnych rozważań o pryncypiach. O wartościach, człowieczeństwie, prawdzie, kłamstwie, poświęceniu i odwadze.

Oczywiście są to tematy często poruszane przez literaturę fantastyczno-naukową, ale, na Jowisza! nie w samym sercu krzątaniny, gdy na bohaterów czyha cala wataha Obcych, lasery zrywają czapki z głów, a wehikuł czasu rzuca postaciami na lewo i prawo. Nie, na to nie ma mojej zgody. To moim skromnym zdaniem instrumentalizacja gatunku, który W DRUGIEJ KOLEJNOŚCI służy noszeniu cięższych ładunków - filozofii i ideologii.

Zimniak wyraźnie i klasycznie przedobrzył. Zamykać swoją drogą doskonały koncept w bezbarwnej otoczce filozoficznej paplaniny to rzadka umiejętność. Barwna przygodowa warstwa i plastyczna wizja, której autor nie pozwolił się rozwinąć. To próba włączenia do ruchu samochodu, któremu zaciągnięto hamulec ręczny.