sobota, 29 czerwca 2013

Pastelowe kamienie, czyli "Muszla egejska" Doleckiego

Nic prostszego - poczytaj trochę Parandowskiego, a potem trochę Lema, a potem posiedź nad katalogiem biura podróży i gotowe!
Wyobrażam to sobie tak – Autor wybrał się onegdaj, w czasach słusznie minionych, z wycieczką ORBISU do Grecji. Zaliczywszy obowiązkowy program – zwiedzanie klejnotów kultury antycznej, cierpki smak uozo i wykonany z gracją niedźwiedzia taniec Zorby – usiadł na brzegu morza, pozwolił zdrzemnąć się rozumowi, a poluzował wodze fantazji, która kazała mu pożenić antyczne mity z konwencją science-fiction. Owoce między innymi takiego takiego mariażu obserwować możemy w „Muszli egejskiej” Zbigniewa Doleckiego.

Nie, to nie jest zła książka. Ciężko o coś wybitnie żenującego oskarżyć te opowiadania. To po części naiwne, po części sentymentalne teksty, które zaopatrzono w absolutnie podstawowe rekwizyty potrzebne do zaistnienia „czynnika science-fiction.” Mamy więc otchłanie kosmosu i jego tajemnice, mamy Obcych, którzy dysponują nadnaturalnymi mocami, mamy prehistorię człowieka (tu się głęboko kłania wybitny twórca fantastyki, Erich von Daniken), który na swej drodze spotyka przybyszów z niebios.
Autor wydeptuje dwie wyraźne ścieżki – jedna to już wspomniane inspiracje antyczne. Dolecki na potęgę reinterpretuje mity o Tartarze, Orfeuszu, Ariadnie. Robi to w sposób nie pozostawiający wątpliwości – starożytne dziedzictwo traktuje instrumentalnie, mity to tylko wszem i wobec rozpoznawalne „miejsca wspólne,” którymi można dowolnie manipulować, przekształcać, niekoniecznie odkrywać ich kolejne warstwy interpretacyjne.
Druga zaś ścieżka to delikatny, subtelny, eteryczny wręcz nastrój tych opowiadań. Niektóre partie ocierając się o poezję, stanowią prawdziwy kamień obrazy dla fanów twardego science-fiction. Dolecki jest pastelowy. Nawet wykorzystując tak oczywiste chwyty jak motyw „przenosin w czasie” (oddział wojska z czasów II wojny światowej trafia jakoś w odmęty starożytności i rozprawia się z hordą barbarzyńców) lub inwazji obcych (karmionych światłem… włączonych telewizorów!) Autor nie tłumaczy nikomu niczego. To po prostu urocze historyjki. Bajania dla sentymentalnych czytelników, którzy pamiętają czasy, gdy wystarczyło wysłać postacie w kosmos, dać im popatrzeć na UFO lub przenieść w czasie, by nazywać siebie autorem opowiadań fantastyczno-naukowych.

środa, 19 czerwca 2013

Niedoczekanie, czyli "Twarzą ku ziemi" Parowskiego

Być może próbuję wziąć zbyt szeroki zamach i uderzyć bykowcem święta krowę polskiej fantastyki naukowej, ale zaryzykuję. Co mi tam! Otóż z całą powagą urzędu stwierdzam, że socjologiczny odłam polskiej fantastyki naukowej nie wydawał na świat samych tylko arcydzieł, które pod powierzchnią alegorycznej wizji starały się pokazać prawdę o umęczonym kłamstwem polskim (i nie tylko) społeczeństwie. Nie! „Twarzą ku ziemi” Macieja Parowskiego jest chyba najlepszym dowodem potwierdzającym moje słowa.

Duchowym patronem Autora jest Franz Kafka, to przecież jego „Procesem” (cytatami z tej powieści) Parowski otwiera każdy rozdział. Co to ma nam sugerować? Atmosferę grozy? Absurdu? Dojmujące poczucie bezsensu i daremności starań o sprawiedliwość w świecie, w którym nie obowiązują żadne czytelne zasady społeczne, nie mówiąc już o regułach prawa? Po części Parowski wywiązuje się z obietnicy złożonej tekstem Kafki.

Z Józefem K. bohatera „Twarzą ku ziemi” łączy wiele. To przecięty pozbawiony przymiotów ciała i ducha obywatel żyjący jak tysiące mu podobnych w betonowym mrówkowcu. Rytm dnia i nocy jest upiornie przewidywalny – jeść, wypić, pogapić się na telewizję, włączyć trójwymiarową projekcję porno (żona na wczasach), napić się z kumplem płynu wysokoprocentowego. Znów pogapić się w telewizor, ponarzekać, pokręcić się po mieszkaniu, wyjść „na miasto”, by polować na rozrywkę w stylu „śmiertelny wypadek samochodowy.”

Tak, to się Parowskiemu udało. Najlepsze partie jego powieści to opisy nudy, wymuszonych kontaktów między niezbyt bliskimi sobie ludźmi, snucia się między meblami, gapienia się przez okno lub w szklany ekran telewizora, na którym już za chwilę spodziewamy się zobaczyć występ ABBY. Podejrzewam, że tak właśnie mogła wyglądać rzeczywistość schyłku lat 70. Tak mówili ludzie, tak myśleli, tak szukali ucieczki ze świata, w którym nic nigdy nikomu się nie zdarza.



Cóż, to chyba na tyle, jeżeli chodzi o dodatnie plusy tej książki. Reszta? Głównym grzechem polskiej zaangażowanej fantastyki jest przelicytowywanie się. Autor zbyt wielki ciężar kładzie na barki formy w sumie rozrywkowej, a potem czytelnik dziwić się będzie, że takie „Twarzą ku ziemi” skręca od czasu do czasu w dziwną z punktu widzenia fabuły stronę, kończy się w zasadzie niczym, pozostawia uczucie bałaganu, chaosu, niespełnionej obietnicy.

Bo tak właśnie sprawa wygląda z debiutancką powieścią Parowskiego. Nieźle, sugestywnie oddana aura beznadziei, nudy i wegetacji rozpuszcza się szybko w udziwnionych, na siłę sensacyjnych perypetiach głównego bohatera. Jasne, mamy tu sporo celnych metafor, które sprawnie punktują PRL-owską rzeczywistość, ale brakuje czegoś, czego uchwyci się czytelnik. Brakuje fabuły, intrygi, choćby zarzewia jakiegoś intrygującego tropu, którym mogłaby pójść uwaga odbiorcy.

Niby coś tam Parowski próbuje nam zasygnalizować. Jest jakaś „afera”, którą mógłby rozgryźć bohater, ale dość szybko tracimy cierpliwość do śledzenia nieporadnych prób Autora, który nijak nie potrafi uwolnić się z męczącego mnożenia niedopowiedzeń, jakim ponoć miałby patronować sam Kafka…

Niedoczekanie.


Niestety.

sobota, 15 czerwca 2013

Dawne normy nie mają tu zastosowania, czyli „Koniec dzieciństwa” Clarke’a

Dlaczego Arthur C. Clarke? Dlaczego właśnie „Koniec dzieciństwa” powinien być jedną z pierwszych powieści fantastyczno-naukowych, jakie trzeba przeczytać, poznając klasykę gatunku? Powieść wydana w 1953 roku imponuje, zaskakuje i prowadzi labiryntem rozwiązań fabularnych, których spodziewać się nijak nie możemy.

Początek książki nie brzmi zbyt zachęcająco, przynajmniej dla kogoś, kto nosi w sobie jakiekolwiek pojęcie o historii i historii samego gatunku. Ekspozycja, która otwiera przed nami wizję walki Dwóch Bloków (kapitalizmu i komunizmu, a jakże…), może budzić słuszne obawy – oho, myślimy, Clarke popłynie dawno wyschniętym kanałem zimnowojennych fascynacji, jakie dość często zapładniały amerykańskich autorów. Będziemy czytali o atomowym klinczu, w jakim zwarły się Mocarstwa, o wyścigu zbrojeń, przespacerujemy się po postapokaliptycznym parku, gdzie zmutowane promieniowaniem kaczki będą jadły rzucane przez ludzi kawałki suchego zmutowanego chleba.

Clarke dostawia kolejne zabawki – Ziemię przejmują pod swoją kuratelę potężni Zwierzchnicy, którzy narzucając swoją „dobrą wolę”, w błyskawicznym tempie zaprowadzają na naszej planecie porządek. Wojny się kończą, rządy totalitarne upadają, a ludzkość uwolniona ze swoich ograniczeń szybko odkrywa, że w sumie dobrze jest nie wydawać kolosalnych sum na zbrojenia, tylko w spokoju wieść bezrefleksyjne życie. Sami Zwierzchnicy schodzą na ziemię i powoli przyzwyczajają do siebie tubylców…



Do tej pory brzmi to konwencjonalnie, prawda? – świat, jak to często u klasyków s-f bywa, wyprano z religii, rozum wyrugował z rzeczywistości duchowość, nauka stara się odpowiadać na fundamentalne pytania, sprytnie usuwając w cień drażliwe kwestie sensu samego życia, które toczy się spokojnie w cieniu nie dającej się odroczyć śmierci…

I powoli, w sposób kompletnie nieprzewidywalny, wkrada się w tę rzeczywistość nieoczywistość. Budząca grozę wizja CAŁKOWITEJ OBCOŚCI – dzieci kolejnego pokolenia Ziemian wydają się być inne, groźne, nieoswojone. W ich na pierwszy rzut oka ciepłych i bliskich rodzicom ciałkach już buzuje coś, czego nikt i nic nie jest w stanie zrozumieć.

Nie ma chyba potrzeby opowiadać ze szczegółami, jakimi fabularnymi zawijasami raczy nas Clarke. Jest ich sporo i za każdym razem dają czytelnikowi sporą satysfakcję. Ważniejsze jest chyba coś, co Autorowi udało się jakby przypadkiem. Wizja końca nie tylko naszej cywilizacji czy gatunku, ale przede wszystkim samej Ziemi, nie ma chyba sobie równych w literaturze XX wieku. To prawdziwie wysokooktanowa dawka poezji spod ręki klasyka wydawać by się mogło pulpowego gatunku. Amerykański Autor nasycił ostatnie strony „Końca dzieciństwa” takim smutkiem, spokojną rezygnacją, gorzką melancholią, jakby każdy akapit zamykała łza zamiast kropki.

Brzmi pretensjonalnie? To spróbujcie wcielić się w ostatniego żyjącego człowieka, któremu jest dana wątpliwa przyjemność obserwowania agonii rodzimej planety, a wtedy pogadamy…


Powieść jest doskonała, a jej początkowy kapitał, jakim była niewzruszona wiara w potęgę rozumu, zostaje rozsadzona przerażającą tajemnicą wszechświata, z którą nie może poradzić sobie ani ludzki, ani nieludzki umysł.