poniedziałek, 29 lipca 2013

Dużo małych przyjemności, czyli "Dziwne drobne przedmioty" Gustafssona

Gdybym zaryzykował pewien eksperyment i wyobraził sobie Szwecję w sposób, w jaki opowiadają o niej popularni w Polsce autorzy powieści kryminalnych, okazałoby się, że jest to kraj, którego lepiej nie odwiedzać, a oddzielający nas od Szwecji Bałtyk być może jest zbyt słabą barierą, by utrzymać w ryzach całe zło, jakie u naszych sąsiadów się lęgnie. Morderstwa, zamachy, akty przemocy, seryjni mordercy, patologie równomiernie ułożone na wszystkich szczeblach drabiny społecznej, nietolerancja, ksenofobia, mroczne tajemnice rodzinne... To miejsce, w którym na dobre rozgościła się Buka.
Na szczęście literatura z najwyższej półki zdejmuje tę klątwę. Za sprawą wydanych w zeszłym roku wierszy zebranych Noblisty Tomasa Tranströmera polski czytelnik mógł zapoznać się z dorobkiem jednego z najwybitniejszych poetów XX wieku. W tym roku światło dzienne ujrzał zbiór wierszy Larsa Gustafssona „Dziwne drobne przedmioty”. Książka, która mimo swoich skromnych gabarytów, stanowi kapitalne uzupełnienie wiedzy na temat  poetyckiej mapy Szwecji.
Pierwszą uderzającą czytelnika cechą poezji Gustafssona jest prostota. Nie znajdziemy w jego wierszach zbędnego słowa, pustych eksperymentów językowych, udziwnionych konstrukcji stylistycznych. Niczego, na czym mógłby zatrzymać się wzrok szukający obrazów i myśli. Odsączono wszelką pustą retorykę, wyrzucono balast dwudziestowiecznych awangardowych odkryć poetyckich. Te wiersze to czyste okna, przez które bez przeszkód możemy wpatrywać się w prezentowany nam świat.
A to właśnie świat widzialny, którego najdrobniejsze przejawy z czułością obserwuje i opowiada o nich, jest najważniejszym bohaterem poezji szwedzkiego autora. Jednak nie ma w tych tekstach upozowanej ckliwości, sentymentalnych tonów, jaskółczego niepokoju. Nic nie rozwadnia rzetelnych i trzeźwych spostrzeżeń. To męska poezja. Surowa i okazująca czułość światu jakby od niechcenia, przy okazji, nieco wstydliwie.
Dawno nie czytałem wierszy tak po prostu ludzkich. I choć nie jest to jeszcze oficjalna kategoria, którą mogą posługiwać się poważni badacze literatury, to właśnie to „bycie ludzkim” jest największym atutem tych utworów. Ciepło się robi na sercu, gdy trafimy na wiersz o kocie śpiącym w nogach łóżka lub na przepiękną elegię poświęcona psu, który odszedł już do krainy wiecznych łowów. 
To wiersze o  prostych ludzkich przyjemnościach. Poezja tych, którzy kierują się w życiu zasadą następującą - lepiej mieć dużo małych przyjemności niż mało dużych. 
Typowa codzienna (chciałbym) mała przyjemność

I nic, powtarzam, nic nie brzmi w tej poezji trywialnie, banalnie, pretensjonalnie. Bohater Larsa Gustaffsona przypomina dobrego znajomego, który w chwilach szczerości odkrywa się przed nami bardziej niż by może tego chciał. Odsłania te przestrzenie swojego wnętrza, o istnieniu których nie wiedzieliśmy. Opowiada o swojej codzienności, która tak bardzo przypomina naszą. I, być może, uczy pochylać się nad drobnymi przedmiotami, gdy nie mamy już siły ani ochoty zadzierać głowy, by wpatrywać się w Wielkie Sprawy, o jakich chyba zbyt często kazała nam myśleć poezja.

sobota, 27 lipca 2013

Ameba w wielkim mieście, czyli "Kocham Nowy Jork" Laflèche

Czy może istnieć coś bardziej trendy & jazzy niż skrzyżowanie paryskiego wdzięku i szyku z tempem życia nowej stolicy świata – Nowego Jorku? Czy może być coś bardziej glamour niż przygody młodej francuskiej prawniczki, która ląduje w Ameryce, przywożąc tam nie tylko swój profesjonalizm i ambicję, ale również słabość do markowych ubrań i perfum?
Książkę dostałem do recenzji, więc obowiązek swój musiałem spełnić, ale... cholera!!!, gdy słyszę słowo "moda" lub gdy rzuci mi się w oczy nazwa własna którejś z międzynarodowych firm odzieżowych, obuwniczych lub "zapachowych", to jak babcię nieboszczkę kocham, rzygam. 
No nie trawię mody. A mój stosunek do jej wszelakich przejawów - od Sieci, przez pisma, po programy telewizyjne i filmy - jest dość obojętny. Nienawidzę i tyle.
Gdy więc czytałem jakieś 400 stron przygód ameby w wielkim mieście, którą ekscytują kolejne wyprzedaże i pokazy mody. Gdy przyglądałem się "elicie" Nowego Jorku, pięknym, młodych, przebojowym i bogatym. I gdy trafiłem niemal na samym początku powieści na archetypiczną wręcz postać homoseksualisty-artysty-prawnika i Bóg wie kogo jeszcze, który doradza głównej bohaterce na każdym kroku, omal nie rzuciłem książką o ścianę.
Coś mnie jednak powstrzymało - "Możesz jeszcze sprzedać tę książkę," usłyszałem wewnętrzny głos i nieco się uspokoiłem.



Powieść „Kocham Nowy Jork” autorstwa Isabelle Laflèche czerpie pełnymi garściami z rozpoznawalnych wszem i wobec schematów literatury kobiecej oraz utrwalonych w świadomości odbiorców (pop)kultury obrazów. Wraz z szelestem przewracanych stron słyszymy echa „Seksu w wielkim mieście”, „Ally McBeal”, „Przyjaciół.” Widzimy sam Nowy Jork, miasto-dekorację. Jego bezpieczne i oswojone oblicze: drapacze chmur, klimatyzowane biura, rozmowy przy automacie z kawą, obowiązkowo podszyte dwuznacznymi aluzjami. Świat przytulnych kawiarni, wyrafinowanych restauracji, przyjęć, na których bawi się wyższa warstwa średnia.
Widzimy bohaterkę, Catherine – perfekcyjną prawniczkę, zawodowca w każdym calu, marzącą o spektakularnym sukcesie w branży. Catherine jest sprytna, wygadana, ma sporo wdzięku, a dzięki uroczemu asystentowi potrafi odnaleźć się w dżungli firmowych intryg. By nieco ją uczłowieczyć autorka co i rusz sprowadza na bohaterkę mniejsze lub większe nieszczęścia – a to gafa towarzyska, a to wredna szefowa nie pozwalają jej na moment dekoncentracji. Jednak to wszystko i tak trąci albo marnym sit-comem (humor jest pretensjonalny i wtórny, na marginesach autorka powinna zaznaczać miejsca, w których powinniśmy się śmiać , albo tanim melodramatem rodem z seriali o prawnikach.
W tle migocą ławice nowojorczyków – czasem dziwnych, częściej uwikłanych w bezlitosne mechanizmy korporacyjnego życia, gonitwę za awansem, pieniędzmi, miłością lub przelotną miłostką. Kłębią się te postacie i raczej dość wiarygodnie odgrywają swoje role bohaterów drugoplanowych lub statystów. 
Sama intryga to w zasadzie zbiór epizodów, kolejnych etapów dopasowywania się do reguł panujących w Wielkim Jabłku, które układają się w kronikę wzlotów i upadków młodej bohaterki. Być może zabawnych, na pewno lekkich i bezpretensjonalnych. A jednak do szybkiego zapomnienia. Niestety…
„Kocham Nowy Jork” to współczesna baśń dla dorosłych. Dorosłych kobiet, dodajmy, które na kilka upojnych, mam nadzieję, godzin zapragną zanurzyć się w świecie zaludnionym przez pięknych, młodych i bogatych. 
Czytelniczki mogą wraz z bohaterką szeptać magiczne zaklęcia („Dior”, „Dolce Gabbana,” „Louboutin”), a wtedy z pewnością na jakiś czas znikną z pola widzenia brudne naczynia w zlewie, dzieciaki bijące się o zabawki i mąż, który całe popołudnie ogląda żużlowy mecz.


***
Łagodniejsza wersja recenzji ukazała się na stronach portalu Lubimy Czytać.

środa, 10 lipca 2013

Betony wiedzoodporne, czyli "Bogowie naszej planety" Szarłat i Szymańskiej

„Bogowie naszej planety” padli moim łupem przypadkowo. Mogłem tę książkę przeczytać za rok, za pół roku temu lub odłożyć na bliżej nieokreśloną przyszłość. Cóż, czasem fortuna nam sprzyja i przypadkowe wybory czytelnicze owocują kilkoma godzinami satysfakcjonującej podróży. Z góry uprzedzam jednak – podróż ta ma swoje wyboiste odcinki, parę razy ostro rzuca na zakrętach, ale większość trasy pokonujemy w bardzo przyzwoitych warunkach.

Autorki zręcznie posługują się formułą powieści szkatułkowej, przeplatając czas teraźniejszych względem fabuły (tajemniczych) wydarzeń z przeszłością, w której kryją się sprężyny całkiem niezłego pomysłu. Sam pomysł jest jeden, ale rozwinięto go konsekwentnie, naświetlając z wielu perspektyw, oddając głos różnym bohaterom, tworząc przy okazji ciekawą autotematyczną całość.

Gdyby skupić się na najbardziej interesującej nas warstwie, mamy do czynienia z taką oto wizją – wysłańcy wysoce rozwiniętej cywilizacji ziemskiej po tysiącletniej eksploracji kosmosu wracają na macierzystą planetę. Troje astronautów zastaje jednak Ziemię w stanie postagonalnym. Zniknęły ślady istnienia kultury, pordzewiałe blachy i pokruszony beton to jedyni świadkowie niegdysiejszej chwały, a prymitywne plemiona dopiero co zaczęły się cywilizować. Co robią nasi bohaterowie? Odlatują w przestrzeń, by „przespać” kolejne wieki uczłowieczania się człowieka i wrócić, gdy ludzie zaczną na powrót rozumieć teorię względności i nauczą się programować magnetowidy.

Teoretycznie brzmi to dobrze, ale co i rusz pojawiają się kolejne problemy, najczęściej wynikające ze zdegradowanej psychiki naszych bohaterów, którzy powtórnie zawitali na ojczystą planetę.



Czujecie? Pomysł jest prosty, ale dosyć nośny – może nasza cywilizacja powstawała, upadała i powstawała wiele razy, a my jesteśmy kolejnym, wcale nie ostatnim etapem jej marszu w miejscu? Jeżeli tak jest, to nie brzmi to optymistycznie. Skazani jesteśmy na powtarzanie tych samych błędów i jako gatunek jesteśmy wybitnie wiedzoodporni. A chyba nie trzeba daleko szukać argumentów potwierdzających tę tezę.


Całość ma rzecz jasna swoje wady – tajemnice sensacyjnej fabuły zbyt drobiazgowo rozmontowane w zakończeniu tekstu, mogą drażnić zniecierpliwionych czytelników. Nachalne wprowadzenie teorii Ericha von Danikena sprawia, że możemy odbierać książkę jako li tylko ilustrację poglądów szwajcarskiego  „odkrywcy.”  A jednak sam finał historii jest na tyle intrygujący, że powieść, którą podejrzewalibyśmy o czysto rozrywkowe zapędy, zamienia nam się w przewrotną autotematyczą igraszkę.

Koniec wieńczy dzieło? W tym przypadku tak.

czwartek, 4 lipca 2013

Na pewno się kiedyś jeszcze przyda, czyli "Goniący za słońcem" Nideckiej


Po co czytać coś, co wyjątkowe nie jest? Nie oferuje niczego, czego byśmy nie znali wcześniej? Po co oglądać wakacyjne powtórki znanych na pamięć seriali? No właśnie…

Książka ukazała się w 1983 roku. Zbiera 10 opowiadań, które zbudowano na gruncie typowych, konwencjonalnych chwytów od zawsze obecnych w literaturze fantastycznonaukowej. Mamy więc Inną Planetę, której „uczłowieczaniem” zajmują się niegodziwi ludzie. Mamy sprawozdanie z epidemii, jaka dziesiątkuje świat za sprawą błędu naukowców. Mamy ponadto wizję ewolucji człowieka, którą obserwujemy z punktu widzenia odległej przyszłości. 

W najlepszej odsłonie Nidecka nadgryza formułę dystopii, tworząc wizję świata, w którym nauka szkolna staje się kluczem do kariery, a wszelkie odstępstwa od edukacyjnej normy spychają dzieciaka w odmęty patologicznych nizin społecznych. „Wilki na wyspie”, bo o tym opowiadaniu mowa, brzmią wciąż świeżo i oferują dość wiarygodnie brzmiącą podstawę „ideologiczna” istnienia takiego mechanizmu społecznego.

Dużo tu trochę biologii potraktowanej jednak lekko i elegancko. Garść humoru w opowiadaniu o Obcych-wagarowiczach, którzy postanowili urwać się ze szkoły i spędzić miły dzień w okolicznym rezerwacie, czyli na… planecie Ziemia. Mamy… to w sumie wszystko, co mamy. 

Skromny to i spokojny tomik opowiadań. Pozbawiony zadęcia, większych ambicji do bycia czymkolwiek przełomowym, wyjątkowym i niepowtarzalnym. Odwrotnie – Nidecka doskonale wtapia się w towarzystwo autorów polskiej fantastyki naukowej tworzących, jak sądzę, z potrzeby serca (pompatycznie, no nie?). 



„Goniący za słońcem” ma więc urok czarno-białych produkcji z heroicznych czasów telewizji, gdy wycięty z bristolu marsjański krajobraz zaludniali aktorzy pocący się w gumowych kostiumach. To szlachetna ramota, użytkowy antyk, którego z sentymentu nie jesteśmy w stanie wynieść na strych lub, segregując śmieci, w końcu wyrzucić.

Na pewno się kiedyś jeszcze przyda, powtarzamy, na pewno...