czwartek, 22 sierpnia 2013

Gorzko i wytrawnie, czyli "Krople światła" Marina

Trzymam przed sobą powieść fantastycznonaukową pt. "Krople światła" autorstwa Hiszpana Rafaela Marina. Jeden z najlepszych dowodów na to, że coś wymyślonego, rozwiniętego i doprowadzonego niemal do perfekcji w Stanach Zjednoczonych dopiero w Europie nabiera niezwykłej głębi, uszlachetnia się, odkrywa przed wielbicielami nieznane wcześniej możliwości gatunku. Powiedzmy to sobie wprost - możemy się natrzepać tanim mocnym piwskiem w stylu "Gwiezdnych wojen", ale możemy też sięgnąć po czystą krystaliczną wódkę w stylu braci Strugackich. 

"Krople światła" Marina to wytrawne gorzkie wino, którego bukiet powoli się rozwija i długo nie pozwala o sobie zapomnieć. Powieść to niezwykła. Niespiesznie toczą się jej tryby. Zdania rozwijają majestatycznie. Myśli bohatera przeplatają się z sugestywną, soczystą wizją świata przyszłości - rzecz jasna upiorną, choć jej potworność serwowana jest subtelnie, bez krwistych i wulgarnych orgii przemocy.  

Świat przedstawiony to umowna przyszłość, w której Ziemią włada wszechpotężna Korporacja zwana Nowym Jorkiem. Główną ideologią Ziemian jest nieustanny, precyzyjny, wyrachowany Podbój wszechświata. Eliminacja konkurencyjnych ras, gospodarka rabunkowa, wieczna konkwista, która ma się nigdy nie skończyć i rozszerzyć dominację naszej rasy w każdym zakątku kosmosu. 

Sama Ziemia to totalne zadupie, gdzie nieudacznicy snują się pomiędzy rozpadającymi się domami a Fabrykami, w których czeka ich odmóżdżająca praca. Tam żyje tez młody, marzący o karierze poety na usługach Korporacji Hamlet Evans. Dandys, naiwniak, poczciwiec, któremu dane będzie zaznać jednego - stracić wszystko, co kiedykolwiek zdobędzie. Przyjaciele, sława, bezpieczeństwo, kobiety, szacunek... To wszystko rozmyje się jak garść gwiezdnego pyłu...



Nauka zawodu poety, potem okres terminowania na różnych okrętach, które miażdżąc kolejne światy, zyskują nieśmiertelną sławę dzięki epickim poematom Hamleta, niełaska, w jaką popada bohater, upokorzenie, igraszki losu, zamykająca wszystko przeraźliwie smutna koda...

Nie, to nie jest książka, o której pomyślelibyśmy, kojarząc hasło "space opera." Nie ma tu Zadania, które musi wykonać Bohater uzbrojony w lasery. Nie ma fabuły, którą można by śledzić na wykresie rysując linię od punktu A do punktu Z. Nie ma intrygi w topornym rozumieniu tego słowa, bo intrygę zastąpiła biografia Hamleta Evansa. Przedstawiciela gatunku homo sapiens, którego poznajemy jako nastolatka, a żegnamy się z nim, gdy ten wchodzi w smugę cienia jako wygnaniec, renegat, kosmiczny wyrzutek...

Chyba już teraz rozumiecie, na czym polega wyjątkowość tej powieści na tle brei, jaką serwują nam podrzędni autorzy mnożący ograne motywy i pomysły gatunku. Rafael Marin odwołuje się do tradycji europejskiej kultury wysokiej. 

Odwołanie do Szekspira jest najoczywistszym z tropów, ale istnieje też coś więcej - przeświadczenie, że proza (dlaczego by nie fantastycznonaukowa?) może zilustrować ludzki los. Życie, w którym zazwyczaj nie wykonuje się Misji, nie walczy z Gwiazdami Śmierci, ale po odegraniu wszystkich przewidzianych dla nas ról po prostu schodzi się ze sceny prosto w ciemność. 

wtorek, 20 sierpnia 2013

Roztrzaskać się pod koniec, czyli "Grecy umierają w domu" Klimko-Dobrzanieckiego

„Grecy umierają w domu” to dziwna książka. Tego jestem pewny. Rzuca czytelnikiem od bandy do bandy, ze skrajności w skrajność. Od czystego niemal reporterskiego oglądu sytuacji po liryczne wysmakowane prawie poetyckie partie. Od melancholijnych, elegijnych wręcz reminiscencji po chłodne cyniczne relacje z teraźniejszości.
Poruszamy się dwutorowo – raz śledzimy męki twórcze głównego bohatera powieści, Sakisa, spolonizowanego Greka, który u progu dorosłości wrócił do ojczyzny rodziców i po latach został pisarzem. Tkwi teraz na niewielkiej wysepce, pomieszkuje w „domu pracy twórczej”, gdzie spotyka przedziwną menażerię mniej lub bardziej utalentowanych ludzi pióra. Ta warstwa to surowa, męska proza. Język jest dobitny, dialogi szybkie, nakrapiane gorzkim poczuciem humoru i ironią.
Innym razem czytamy pełną melancholii, poezji i tęsknoty opowieść o losach rodziców narratora. Uwaga koncentruje się na ojcu bohatera -  potężnym brodatym Greku. Próbuje on raz po raz za pomocą mniej lub bardziej wariackich pomysłów poprawić status rodziny uchodźców, którzy na początku lat 50 osiedlili się w prowincjonalnym polskim miasteczku.
Klimko-Dobrzaniecki nie odkrywa jednak przed nami niczego niezwykłego, oryginalnego, własnego. Potwierdza tylko, że o figurze ojca najłatwiej jest pisać, utrzymując elegijny ton. Zanurzyć narrację w kipieli niezwykłych wydarzeń, otoczyć bohatera barwnymi kolegami, znajomymi, wrogami i… gotowe. Tak właśnie uzyskuje się bezpieczną, realistyczno-magiczną mieszankę.
Zaręczam jednak, że bez trudu możemy znaleźć dużo lepsze utwory opisujące archetypiczną relację ojciec-syn. Dużo lepsze historie o zauroczeniu, bólu i goryczy dojrzewania w cieniu ojca, który z czasem przestaje być wszechmocny i wszechwiedzący. Przestaje być nieśmiertelny.
Doskonale za to czyta się partie poświęcone współczesności. Posępne, niemal fatalistyczne tony pobrzmiewają, gdy narrator wspomina o kolejnych falach greckiego kryzysu i o odpowiedzialności rządzących za sytuację, w jakiej znalazł się kraj. Przewrotnie i zaskakująco brzmią słowa o naturze rządów totalitarnych, które przecież nie zostały ani Grekom, ani Polakom oszczędzone.
Chciałem początkowo niżej ocenić tę książkę. Zarzucić jej częściową  przewidywalność i wtórność. Podkreślić doskonały warsztat pisarski, zaangażowany w próbę rekonstrukcji dzieciństwa, i chłodny opis wycinka współczesności. Jednak czytelnicze bóstwo (jeżeli istnieje takowe) pokarało mnie. Wykpiło moją niecierpliwość i odsłoniło przede mną wstrząsające zakończenie. 
Finał niesamowity, niespodziewany, wiążący wiszące spokojnie do tej pory wątki. Autor prowadził mnie, łudząc wizją łagodnej i utemperowanej rodzinnej baśni. Jednak to, co pokazał mi w finale, przypomniało o najmroczniejszych, niemal fundamentalnych pierwiastkach istniejących w brutalnych archaicznych wersjach mitów greckich. Fatum, groza odkrytej gwałtownie prawdy, katastrofa.
Zamykając książkę, poczułem się jak wędrowiec, który idąc wydawać by się mogło szeroką i dobrze znaną sobie ścieżką, zawiesił nagle stopę w powietrzu, ponieważ otworzyła się przed nim przepaść najeżona ostrymi skałami.
Roztrzaskać się łatwo. Można i warto. 

poniedziałek, 19 sierpnia 2013

Dupa zawsze śmieszy, czyli "Prawda" Palina

Zapoznając się z powieścią Michaela Palina pt. „Prawda”, czytelnik kojarzący autora tylko i wyłącznie z dokonaniami legendarnej grupy Monty Python, może poczuć swoisty dysonans poznawczy. Ma przecież prawo oczekiwać książki zabawnej, pełnej absurdu, groteski, przesyconej anarchistycznym poczuciem humoru, który niósł będzie za sobą niezbyt słodką refleksję na temat życia. A sam pisarz? Przecież to kwintesencja, niemal wzór tego, co nazywamy "angielskim poczuciem humoru." Twarz wzbudzająca sympatię i zaufanie, szczery uśmiech...
Kurde, bolało spotkanie z tą książką. Bolało. 
Bo co otrzymałem? Poważną propozycję, w której pojawiają się nie tylko czytelne nawiązania do „Jądra ciemności” Conrada, ale również kłębią się w niej dość bolesne pytania o kondycję idealistów, jacy co rusz muszą łamać swoje zasady. Palin uwypukla problemy naszego świata: grozę współczesnego kolonializmu, podłość koncernów drenujących dziewicze wciąż części planety, mroczne strony rynku książki… Robi to w sposób przekonywający, spokojny, budując narrację, której nigdzie się nie spieszy. 
To akurat się książce chwali. Powolny spacer wgłąb fabuły jest nawet atrakcyjny. Rysuje się przed nami mało kolorowe tło początku powieści;  zachmurzone i szare Wyspy Brytyjskie, gdzie żyje Keith Mabbut – pisarz do wynajęcia, onegdaj dziennikarz śledczy, który młodzieńcze ideały zastąpił potrzebą stabilizacji, a ryzyko zawodowe przewidywalnymi zleceniami.
Jego małżeństwo rozpadło się, traci kontakt z dorosłymi dziećmi, od czasu do czasu ląduje w łóżku przypadkowo poznanej kobiety, z którą nie łączy go żadna głębsza więź. 56-letni mężczyzna grzęźnie w swoim bezbarwnym życiu, a Palin doskonale oddaje tę aurę beznadziei. Nie jest nam do śmiechu, gdy obserwujemy notorycznie przegrywającego na niemal każdym froncie człowieka.
Wszystko może odmienić lukratywne zlecenie – bogate wydawnictwo proponuje naszemu bohaterowi spisanie bestsellerowej według marketingowców biografii nieuchwytnego Hamisha Melville’a. Aktywisty, walczącego ekologa, żywej legendy, autorytetu wszystkich obrońców praw człowieka. Mimo początkowych obiekcji (rozwianych między innymi wysokością honorarium), Mabbut podejmuje się tego zadania, nie podejrzewając jednak, że staje się częścią wyrafinowanej intrygi. Wędrując po bezdrożach Indii, lecąc do Czech, walcząc z londyńskim rekinami rynku wydawniczego, stopniowo odkrywa tytułową prawdę o człowieku, którego działalność sam podziwiał, ale prawda ta też staje się elementem gry, którą Melville prowadził z całym światem.
Nie spodziewajmy się po tej książce erupcji humoru – jest on delikatny, zbyt subtelny, wynikający raczej z obserwacji ludzkich słabostek i przypadków, jakimi rządzi się nasze życie. Najzabawniejsza wydała mi się kpina z "awangardowych artystów", gdy główny bohater ogląda przedstawienie teatralne wystawiane przez zespół o malowniczej nazwie DUPA.

(Co jakiś czas łeb podnosi durnowata internetowa zabawa polegająca na tym, że ludzie dodają do tytułów ulubionych piosenek lub filmów końcówkę "In my ass." Prymitywne to aż boli, ale jakoś tak mi się ze smutnym komikiem skojarzyło)
Sam komizm zostaje przesłonięty ważniejszymi dla Palina kwestiami. Mechanizmy zbrodniczej niemal działalności wielkich koncernów. Bezwzględność ekonomii, która ustawia na pierwszym planie zysk, eliminując po drodze człowieka. Prywatne wojny między najbliższymi sobie kiedyś ludźmi, dziś akcentującymi sprzeczne interesy, oczekiwania, nadzieje. To znajdziemy w tej napisanej dla poważnego odbiorcy powieści. Powieści, która niczego nowego nam jednak o świecie nie powie. Szkoda...
Całość, mimo swego ciężaru zmuszającego do refleksji, spisana jest lekkim, pozbawionym zbędnej stylistyki piórem. A finał, jakiego się doczekamy, choć na chwilę rozproszy kłębiące się nad światem chmury i pozwoli uwierzyć, że warto być wiernym swoim ideałom.

niedziela, 18 sierpnia 2013

Profesor T.Alent poleca, czyli "Pierwsze podróże w czasie" Heinricha (chyba)

Czy pamiętają może moi nieliczni czytelnicy "Księgę VIII" przygód Tytusa, Romka i A’Tomka, w której niezastąpiony profesor T.Alent oddał w ręce chłopców „aparacik” umożliwiający podróże w czasie?

Wystarczyło chwycić się pudełeczka, pokręcić korbką odpowiednią liczbę razy i już lądował człowiek w mniej lub bardziej zamierzchłej przeszłości. Proste, prawda? (Każdy by chciał takie cudo mieć, że tak się rozmarzę się. Ile błędów młodości dałoby się naprawić… Ech…)



Myślę, że w podobny sposób problem podróży w czasie rozwiązał niemiecki autor o bardzo skomplikowanych personaliach – Erik Simon Reinhard Heinrich (co jest nazwiskiem, a co imieniem nie śmiem orzekać). Nasz Autor pochwalić się może powieścią fantastycznonaukową pt. „Pierwsze podróże w czasie”, która również bezpretensjonalnie i gardząc jakimikolwiek naukowymi przesłankami, opisuje tytułowe wojaże wzdłuż i wszerz czasu.

Dostajemy więc garść uroczych, staroświeckich historyjek ilustrujących rzekome paradoksy, niespodzianki i zawirowania, jakie towarzyszyć mogą podróżnikom dysponującym odpowiednim wehikułem. Całość podzieloną na kilka opowieści, podzielonych z kolei na krótkie rozdzialiki, czyta się błyskawicznie. A pomysł, by siłą napędową wspomnianych wehikułów były jakieś kryształowe kolumny, kupujemy z całym dobrodziejstwem inwentarza.

Badacze przeszłości lądują raz w epoce kamienia łupanego (kapitalny pomysł, by pojazd, którym poruszają się naukowcy, przypominał mamuta…), innym razem w starożytności, potem w średniowieczu etc. Za każdym razem Autor stara się domknąć daną historię błyskotliwą pointą, co na ogół się udaje i jeżeli nawet nie jesteśmy specjalnie zaskoczeni kolejnymi finałami, to powinniśmy docenić starania pisarza.

Całość pomyślana jest jako nieistniejący (jeszcze, podkreślmy) „Suplement do Podręcznika podstaw temporalistyki" i zachowuje pozory bycia publikacją naukową, stąd zamykające książkę „Dodatki” wzbogacające wizję autorską o „naukowe” szczegóły tłumaczące co dziwniejsze rozstrzygnięcia fabularne.

I co z tym zrobimy, zapytacie. Ano nic. Nie żałowałem czasu, jaki poświeciłem tej całkowicie archaicznej pozycji. Mam sentyment i dużo (uwaga, patos!) czułości do tego typu książek. Książek-eksponatów.

I gdybym miał przywołany na początku aparacik i trafiłbym na samego siebie sięgającego po „Pierwsze podróże w czasie”, nie wyrwałbym sobie tej książki z rąk.

PS


I choć tekst niewątpliwie należy do kręgu literatury niemieckojęzycznej (o Boże, to nazwisko!), ja „ustawiam” go na półce „Stara polska fantastyka,” bowiem wydano go w serii FANTASTYKA-PRZYGODA-ROZRYWKA, pod skrzydłami Krajowej Agencji Wydawniczej.

poniedziałek, 5 sierpnia 2013

Bomba, czyli „Głowa Kasandry” Baranieckiego

Nie zdziwiłem się za bardzo, gdy przeczytałem informację jakoby nowela Marka Baranieckiego pt. „Głowa Kasandry” miała kiedyś zostać przeniesiona na ekran jako film pełnometrażowy i (miejmy nadzieję) pełnobudżetowy. Nie zdziwiła mnie też nowina, jakoby świat przedstawiony opowieści miał być fundamentem gry komputerowej.

Skąd to zainteresowanie? Otóż „Głowa Kasandry”, zdobywczyni Nagrody im. Zajdla za rok 1985 (Całkowicie zasłużenie, dodajmy, bo gdyby dziś Baraniecki wypalił taki tekst, Zajdla powinien dostać kilka razy z rzędu!), jest po prostu tekstem fenomenalnym. Jedną z najlepszych postapokaliptycznych wizji zrodzonych w obrębie nie tylko rodzimej literatury fantastycznonaukowej.

Wiele przemawia za tym, by po prostu uznać „Głowę Kasandry” za arcydzieło gatunku, momentami odważnie przekraczające konwencjonalne ramy gatunku. Świat przedstawiony książki kreśli być może i niezbyt zaskakującą wizję, ale całość podana jest w tak sugestywny sposób, że mamy wrażenie obcowania z czymś zaskakująco świeżym i inspirującym intelektualnie.

Wojna atomowa, którą chyba zremisowały Wiodące Mocarstwa, na trwałe zmieniła oblicze Ziemi. Jej bieguny magnetyczne uległy przesunięciu, anomalia klimatyczne wpisały się na stałe w krajobraz zdewastowanej planety, którą zamieszkują rozproszone niedobitki ludzkości. Miasta opustoszały, pola spłukują kwaśne deszcze, krowy rodzą zmutowane cielaki.

Głównym bohaterem tekstu uczyniono człowieka, którego powołaniem jest unieszkodliwianie wciąż aktywnych niewystrzelonych głowic jądrowych. Teodor Hornic, bo o nim mowa, ma psa, instynkt myśliwego, kolosalne doświadczenie i wlekącą się za nim legendę. Ma też obsesję – odnaleźć najgroźniejszą z wszystkich rakiet, tytułową „Głowę Kasandry”, zdolną unicestwić życie na całej Ziemi. 



To tylko początek, kilkanaście pierwszych akapitów wprowadzających nas w przerażającą, ale zadziwiająco spokojną wizję świata po końcu świata. Baraniecki doskonale włada językiem, więc zdania, rozbudowane, naszpikowane niezbędnymi szczegółami, budują atmosferę zaiste przedziwną.

Czytamy o pustce umierającej ziemi, mimo że wiosna buzuje w liściach młodych lasów, a słońce świeci jak przed tysiącami lat. Ta sielanka podszyta jest grozą. Groza – spokojem i wyciszeniem.

Takie preludium otwiera niezwykłą filozoficzną, a wręcz teologiczną narrację. Pod warstwą przygody, nerwowego poszukiwania śmiercionośnego pocisku, kryje się dużo dużo więcej. Odnaleziona w końcu „Kasandra,” chętnie odsłania swoje sekrety, ale wiedza, do której dociera Hornic, ścina go z nóg. Zrzuca się na niego odpowiedzialność, jakiej nie powinno się kłaść na barki śmiertelnika. Objawia mu się prawda, która paraliżuje.

Czytelnikowi zaś rodzą się w głowie kolejne pytania – dlaczego imię głównego bohatera oznacza „Dar boga”? Dlaczego w bazach danych jego nazwisko opatrzono adnotacją „Dezerter”? Co wybrał, stojąc w obliczu niewyobrażalnego wyboru? Wątpliwości mnożą sie, a szukanie odpowiedzi prowadzi do kolejnych i kolejnych ślepych uliczek.

Co więc pozostaje? Mój, przepraszam, że tak prywatnie i półoficjalnie, niekryty zachwyt nad pomysłowością, precyzją i powściągliwością Baranieckiego. Pisarz zaopatrzony w słabsze hamulce mógłby „Głowę Kasandry” rozwodnić kolejnymi epizodami, niesamowitościami spod znaku „postapo.” Mógłby dodać parę wątków pobocznych, kilka gadżetów i ulepić ciężkostrawną sagę o końcu świata. No i pewnie jacyś zombie też by się znaleźli. Muszą być zombie. I cycki.

Baraniecki jest jednak dojrzałym autorem i partnerem czytelnika. Wie, gdzie się zatrzymać, by nie odbierać jednej z największych książkowych przyjemności – uczucia niedosytu, które zapamiętujemy dużo lepiej niż wrażenie uciążliwego przejedzenia.