czwartek, 19 września 2013

O parkowaniu na miejscach dla niepełnosprawnych, czyli "Osama" Tidhara

Gdyby istniała jakaś tajemnicza organizacja dbająca o interesy martwych pisarzy science-fiction i gdyby taki Philip Dick dostawał dolara za każdym razem, gdy inny pisarz zainspiruje się jego pomysłami lub rozwiązaniami fabularnymi, to Lavie Tidhar, autor powieści "Osama", musiałby oddać przynajmniej połowę swojego honorarium autorskiego.

Początkowo miałem "Osamę" ocenić wyżej - wiecie, wydałem pieniądze, więc chciałem przekonać samego siebie, że nie zainwestowałem czasu (i pieniędzy, he he he) w towar niepełnowartościowy. Jednak im dłużej myślałem o tej książce, tym większy chłód ogarniał moje czułe i sentymentalne recenzenckie serce. A opowieści o tym, że Autor sam przeżył zamachy bombowe, które na trwale odcisnęły piętno na jego psychice, zaczęły mnie drażnić. Były czymś w rodzaju inwalidztwa, jakie mogłoby usprawiedliwić ewentualną porażkę literacką. Cóż, Tidhar zaparkował na miejscu dla niepełnosprawnych i udało się to wykorzystać - jego "Osama" został zauważony.



Tyle wstępu.

Gdyby znaleźć ojców chrzestnych powieści "Osama", byliby to z pewnością pisarze, których dzieli wszystko, ale niejedno też łączy. Franz Kafka i Philip Dick. Synonim depresji i absurdu, paranoi i grozy podaje sobie rękę z rzecznikiem innej paranoi, innego absurdu i innej grozy. Tidhar przyglądał się długo temu mariażowi i chyba zbyt dosłownie potraktował to, co powinno być  tylko  wyłącznie inspiracją a nie gotową licencją, jaką można  u Philipa Dicka nabyć.

Amerykański autor ze swoją powieścią "Człowiek z Wysokiego Zamku" stworzył wyjątkowo wyraźny punkt odniesienia dla wszystkich, którzy chcą skonstruować świat przedstawiony utworu złożony z dwóch (lub więcej) światów równoległych. Jednak w odróżnieniu od licznych, mniej lub bardziej udolnych realizacji takiego pomysłu fabularnego, Dick podbija narrację iście filozoficzną wątpliwością.

Za sprawą niemieckiego filozofa Leibniza światło dzienne ujrzały słowa: "Żyjemy na najlepszym ze światów." Dzięki Bogu Dick zadaje swoją powieścią pytanie: "Czy aby na pewno?" i przedstawia mroczną wizję, w której II wojnę światową wygrały Niemcy do spółki z Japończykami.

Atrakcyjne? Tak, ale całość byłaby uboższa, jednowymiarowa, gdyby nie liczne dowody na to, że rzeczywistość, w której żyją bohaterowie Dicka, jest fałszywa. "Prawdziwa" historia świata potoczyła się inaczej - Niemcy przegrali wojnę. A bohaterowie "Człowieka z Wysokiego Zamku" tonąć mogą w kolejnych wątpliwościach - "Dlaczego nasz świat pchnięto w niewłaściwym kierunku? Gdzie jest ten prawdziwy? Jeżeli żyjemy w niewłaściwej odnodze czasu, to kim (czym) jesteśmy?"

Tak działa Dick. A jak to wygląda w "Osamie" Tidhara? Popatrzmy:

Główny bohater powieści, detektyw Joe, otrzymuje zlecenie od pewnej tajemniczej kobiety - ma za zadanie odnaleźć autora kiczowatych, ociekających krwią i pachnących spalonymi ciałami książek o Osamie bin Ladenie, "Mścicielu", który w kolejnych odsłonach swoich przygód demoluje przyczółki cywilizacji Zachodu. Podkłada bomby, organizuje zamachy, misje samobójcze... (Rzecz jasna obserwujemy alternatywną rzeczywistość, naszą planetę, której nie oplotły macki globalnego terroryzmu, tutaj dzieje się akcja powieści.)

Joe wędruje więc od Paryża, przez Londyn do Nowego Jorku i stopniowo zdobywa pewność, że coś tu wyjątkowo brzydko pachnie. Że otaczają go duchy, "niewyraźni", uciekinierzy z "prawdziwego" świata wstrząsanego kolejnymi, mało literackimi, detonacjami. Zamachy, terror, groza starcia cywilizacyjnego - o tym czyta nasz detektyw i zadaje sobie pytanie: "Cóż to za chora wyobraźnia stworzyła podobne wizje?!"

Mało tego, pojawiają się tajemniczy agenci, którzy wyjątkowo brutalnie przypominają Joemu, żeby nie wtykał nosa w nie swoje sprawy. Pojawia się opium - katalizator, dzięki któremu bohater zyskuje na chwilę dostęp do "naszej" rzeczywistości. (Tu kłania się Dick i jego wiara w narkotykowe wizje jako źródło wiedzy o prawdziwym świecie.) Pojawiają się przeróżne flirty z popkulturowymi śmieciami - z tandetną literaturą i kinem klasy B. (Dick twierdził, że Absolut właśnie w kiczu i tandecie ma prawo się manifestować...)

Tak, "Osama" bez Dicka nie istnieje, choć sam ma również coś do zaoferowania. Tidharowi (do czasu, niestety...) udaje się zanurzanie czytelnika w świecie paranoi, strachu i niepewności. I tu właśnie pojawia się przywołany wcześniej Kafka - podobnie jak bohaterowie "Procesu" lub "Zamku" rozglądają się w na pozór tylko oczywistych dekoracjach  nasz detektyw gubi się w plątaninie krzywizn, w jakie obfituje rzeczywistość. Gubi się w labiryntach halucynacji, wizji, przeczuć. W niczym nie może zakotwiczyć pewności. To się udało Tidharowi. Brzmi ta paranoja przekonująco. Jest zaraźliwa.

Dodajmy do tego język powieści. Tidhar był ponoć poetą zanim zajął się fantastyką i to na szczęście widać - najpyszniej brzmią te akapity, gdzie słyszymy miejski szum, odgłosy ludzi i pojazdów, gdy powoli nasza uwaga pełznie arteriami światowych metropolii.

Jednak cóż z tego wszystkiego, skoro finał rozczarowuje. A może po prostu nie zrozumiałem pointy, bo im bliżej końca powieści wabiącego obietnicą rozwiązania zagadki mieszających się rzeczywistości, tym bełkotliwiej ta proza brzmi. Bohaterowie rzucają rwące się kwestie. Autor sugeruje, że postacie COŚ zrozumiały, doznały oświecenia, ale czytelnik musi SAM na wszystko wpaść. Jakby tego było mało, Tidhar obraził moją godność fana science-fiction sugerując, że za większością z anomalii, z jakimi zetknął się detektyw Joe, stoi... nieszczęśliwa miłość. Fuj!

Choć może po prostu czegoś nie zrozumiałem?

W każdym razie dług zaciągnięty u Philipa Dicka nie został spłacony nawet w połowie. Tak, ta powieść jest inspirująca. Inspiruje czytelników do rozważań na temat tego, jak dobra byłaby ta książka, gdyby Tidhar bardziej się postarał.

czwartek, 5 września 2013

Oni wszyscy są mną, czyli "Ostatnie rozdanie" Myśliwskiego

Ciężko, dysponując skromną przestrzenią, jaką ma do wykorzystania recenzent, opisać najnowszą powieść Wiesława Myśliwskiego pt. „Ostatnie rozdanie”. Książka ta zasługuje bowiem na obszerny esej interpretacyjny, a nie skromne poletko, które można obsiać około dwoma tysiącami znaków bez spacji…
Samą powieść zbudowano na jednym nośnym i bardzo pojemnym koncepcie. Anonimowy bohater, dojrzały, być może chylący się ku starości mężczyzna przygląda się wiernemu towarzyszowi – opasłemu, rozpadającemu się notesowi, w którym przez całe życie zapisywał nazwiska, imiona i adresy ludzi, z jakimi dane mu było się spotkać. Personalia uwiecznione w rozpadającym się notesie, którego mimo najszczerszych chęci nie udaje się uporządkować… Tak wygląda nasze życie? – myślę sobie i śledzę tę metaforę od pierwszej do ostatniej strony.

Prowadzi mnie ona przez labirynt fabuły, jeżeli w ogóle w przypadku tej książki możemy posłużyć się tak nieprecyzyjną kategorią, bowiem opowieść meandruje pomiędzy teraźniejszością a przeszłością, między snami, wspomnieniami, obserwacjami a obszernymi cytatami z listów, jakie bohater otrzymuje od kochającej go kobiety. Wszystko łączy się w jeden falujący amalgamat; co i rusz wypływa na powierzchnię powieści nazwisko, miejsce, epizod, później ginie czytelnikowi z oczu, by powrócić doń echem, odbiciem.
Historia rządzi się regułami pracującej pamięci, a ta jest kapryśna i nieprzewidywalna. Spotkania, rozmowy, czasem autentycznie zabawne sekwencje sąsiadujące ze wzruszającymi lub rozdzierającymi serce partiami starają się oddać pełną sprzeczności naturę egzystencji, którą zawsze dzielimy z innymi. No bo kim jesteśmy bez tych, którzy przeszli przez nasze życie? Myśliwski odpowiada – oni wszyscy są mną.
Notes. Czytając kolejne nazwiska, próbując oddzielić żywych od umarłych, trafia się na opór. Bo cóż z tego, że właściciel nazwiska już nie żyje, skoro wciąż trwa intensywnie i uparcie w pamięci? Tak wygląda ta specyficznie widziana wspólnota żywych i umarłych – zgodnie dzielą wciąż kurczącą się przestrzeń, jaką możemy poświęcić tym, którzy skrzyżują swój los z naszym.
Od samego początku powieści czujemy wielki prozatorski oddech. „Ostatnie rozdanie” to niemal pięćset stron wypełnionych zdaniami absolutnie koniecznymi. Ustawionymi w takim a nie innym szyku, rytmie. Tak a nie inaczej rozwija się przed nami medytacja nad płynną materią życia. Nie brakuje ani jednego słowa, ani jedno nie wydaje się być zbędne, naddane. Świat przedstawiony jest plastyczny, wielowymiarowy, niemal namacalny, a jednocześnie narrator zachowuje względem niego spokojny dystans. Tak właśnie wygląda proza, która jest w stanie wskrzesić świat lub opowiedzieć go na nowo. To absolutne mistrzostwo.

***

Recenzja ukazała się na stronach Lubimy Czytać.