piątek, 13 grudnia 2013

Wiarą ukorzyć trzeba rozum swój, czyli "Szybko przez wszystko" Bargielskiej

Śledząc internetowe dyskusje zwolenników antykoncepcji z orędownikami naturalnych metod regulowania płodności, za każdym razem obserwujemy podobny schemat – najpierw rytualna wymiana inwektyw, potem długie żonglowanie argumentami, następnie słaby apel o zrozumienie ze strony przeciwnej, znów inwektywy, wygaśnięcie dyskusji… Niemal zawsze to tak wygląda.
Liberałowie za każdym razem forsują tezę, że skoro obu stronom chodzi o to samo, nie powinno być istotne, czy obserwujemy i uważnie analizujemy rytmy własnego ciała, czy w mniej wysublimowany sposób staramy się uniknąć poczęcia potomstwa. Natomiast ortodoksi przy użyciu wykwintnych metafor, dziesiątek odniesień do dokumentów Kościoła, piętrowych porównań, podkreślają (ponoć) zasadniczą różnicę w rozumieniu płodności. Starają się przekonać prostego, nieotrzaskanego w teologicznej retoryce dyskutanta, że ich opcja ma potężne fundamenty, szerokie zaplecze i jeżeli nie jesteśmy w stanie rozumem rozeznać „prawdy”, powinniśmy z wiarą zaakceptować jej ażurową konstrukcję.
Wydaje mi się, że podobny mechanizm możemy rozpoznać w przypadku zjawiska, jakim jest poezja Justyny Bargielskiej, której książki nominuje się i nagradza, podbudowuje profesorskimi laudacjami. Zaś samym czytelnikom poezja ta dana jest do wierzenia i wyznawania, w czym mają im pomóc przychylne artykuły krytyczne, recenzje i omówienia namaszczające tę lirykę, i tworzące wokół niej swoiste pole siłowe, które ma zabezpieczyć Bargielską przed potencjalnymi krytycznymi głosami heretyków ślepych na domniemane walory jej pisarstwa.
Książka „Szybko przez wszystko” zbiera trzy pierwsze tomy poetyckie Bargielskiej. Czytam więc potężną dawkę poezji, której jednorazowe przyjęcie może skończyć się nieprzyjemnymi skutkami ubocznymi. Dawkuję sobie. Wydzielam kawałek po kawałku. Staram się delektować. Szukać czegoś, co mogłoby mnie na dłużej przywiązać do autorki, jej widzenia i słyszenia. Śladów olśnień, jakie dostrzegają mądrzejsi ode mnie, bardziej oczytani, wrażliwszym spojrzeniem obdarzeni.
Czy znalazłem coś dla siebie w tych kilkudziesięciu niezbyt długich enigmatycznych, deklamujących swoje zagadki wierszach? Czy nie został mi „ino sznur”, skoro czytałem i czytałem, a sens tej rozpisanej na trzy książki opowieści o przygodach kobiety-podmiotu ani razu nie błysnął na tyle silnie, bym mógł na czymkolwiek zawiesić zainteresowanie. Bym mógł poczuć drżenie, smutek, radość, wzruszenie, zaskoczenie lub jakąkolwiek inną tworzącą wspólnotę emocję? Wypatruję i nic. Głupi jestem widocznie, skoro nie widzę i nie chcę uwierzyć na słowo.
To poezja autoteliczna, czyli tłumacząca się przez samą siebie. To instrukcja czytania instrukcji. Można, oczywiście, że można szukać w niej płynących pomiędzy frazami sensów. Prześwietlać przy pomocy specjalistycznych narzędzi niedostępnych przeciętnym czytelnikom, którzy nie zakosztowali rozkoszy nowoczesnych szkół interpretacyjnych. Da się na bazie wierszy Bargielskiej zbudować przekonującą narrację o niewidzialnych i w sumie nieistotnych dramatach podmiotu lirycznego. Ba! Nawet w nią uwierzyć, jeśli jesteśmy obdarzeni łaską wiary w słowa krytyków i arbitrów wszelkiej maści.


Ja jednak gorąco apeluję – proszę sięgnąć po tę książkę i samodzielnie sprawdzić, na ile prawdziwie brzmią słowa o tej „przeszywającej”, „znakomitej”, „oryginalnej” liryce. Proszę się przekonać, czy nikt nie stara się nas wepchnąć do kapliczki pełnej ludzi, których wepchnięto tam już wcześniej i z której w nocne niebo ulatuje pieśń niemal kościelna: „Wiarą ukorzyć trzeba rozum swój…”

wtorek, 10 grudnia 2013

Opowieści samowite, czyli "Władcy czasu" Weinfelda

Jak to ugryźć? – myślę sobie, gdy zamykam kolejny zbiór starych polskich opowiadań fantastycznonaukowych i dociera do mnie, jak łatwo jest kierować przeciwko nim kolejne zarzuty. A że to naiwne i do bólu przewidywalne, a że uproszczone i w sumie forsuje fałszywą wizję człowieka jako istoty dobrej, której obowiązkiem jest mierzyć cały wszechświat swoją własną miarą. A gdy pomyślimy jeszcze o szalenie optymistycznej wizji przyszłości, która rozkwitnie w ciągu zaledwie kilku pokoleń, mamy do czynienia z obrzydliwością w oczach fana sf. Tak, łatwo się nie da odeprzeć tych ciosów, precyzyjnych przecież bardzo.

Więc jak to ugryźć? „Władców czasu” Weinfelda znaczy się. Święty Augustyn napisał: „Czymże jest czas? Jeśli nikt mnie nie pyta, wiem. Jeśli pytającemu usiłuję wytłumaczyć, nie wiem.” Weinfeld napisał na temat czasu kilka opowiadań, ale myślę, że wiedział jeszcze mniej niż pytany Ojciec Kościoła. Zbiór opowiadań, których większość dotyka tytułowego zagadnienia, mnoży wariacje na jego temat, rozciąga ten motyw niemiłosiernie, choć w tekstach tego autora widać trud, jaki włożono, by nie powielać zgranych rozwiązań fabularnych. Trud, który niestety nie zawsze przekłada się na efekt końcowy.

Raz wybitnie szlachetni naukowcy tworzą mechanizm mogący zatrzymać czas na wybranym odcinku przestrzeni, innym razem zagubiony w czasoprzestrzeni nieszczęśnik potwierdza swoją historią ponure paradoksy podróży w czasie, mamy turystę, który musi wysłuchać alkoholowej spowiedzi… greckiego boga, Hermesa. Tak to właśnie wygląda, proszę państwa. To takie „opowieści niesamowite,” które od biedy można potraktować jako właśnie fantastykę naukową. Wystarczy kilka dobrze znanych i ogólnie dostępnych patentów, by już móc rozkręcić na jej bazie mniej lub bardziej pociągającą fabułę.




A czym jeszcze częstuje nas Weinfeld? W „Pojedynku” opisuje starcie dwójki dżentelmenów, którzy zamiast stawać osobiście na ubitej ziemi, posyłają w morderczy bój skonstruowane przez siebie automaty. W „Zdarzeniu w Krahwinkel” galaretowaty przybysz z gwiazd, który ku swojemu nieszczęściu wylądował w ogródku pewnego niemieckiego wieśniaka, zostaje niezbyt sympatycznie przywitany przez Ziemian. (Ach ta niemiecka subtelność…) 

W najbardziej groteskowym tekście pt. "Kaczkonauci" słyszymy echa "morskich opowieści" starego marynarza, który jako rozbitek trafia na nieodkrytą przez ludzi wyspę-raj, skąd ucieka wykorzystując do tego ogromnych rozmiarów kaczki... 

Ręce mi opadły. Nie wiem, czy to żart, czy efekt zakładu autora z samym sobą o to, czy uda mu się napisać najgłupsze opowiadanie od czasu (nomen omen) zakończenia II Wojny Światowej.  

PS

Piszę te słowa w roku 2033. Książka jest wciąż tak samo kiepska...

sobota, 7 grudnia 2013

Miałem się nie bać, czyli "Przyczajeni" Smitha

Ciężko nazywać się Guy N. Smith i liczyć na szacunek miłośników literatury "poważnej." Przyznajmy jednak, że na taki a nie inny status (przynajmniej w Polsce) angielski autor zapracował sobie pisząc opowieści o kanibalach, krwiożerczych bagiennych potworach lub krabach-gigantach, które sieją spustoszenie wśród biuściastych plażowiczek. Dodajmy do tego "mroczną" szatę graficzną tych opowieści wydawanych w naszym kraju przez Phantom Press. Trzeba przyznać, że okładki wyglądają jak ostatnia strona zeszytu od religii ucznia słuchającego w domu Cannibal Corpse lub Napalm Death...



Wziąwszy więc na warsztat powieść "Przyczajeni", liczyłem się z pandemonium kiczu, tekturową scenografią, tanimi efektami specjalnymi, z siekierą ciosaną warstwą psychologiczną i wiadrami krwi dziwnie przypominającej keczup...

Jakież rozczarowanie mnie spotkało, gdy po przeczytaniu książki z moimi prognozami zgadzała się jedynie szkicowo i pobieżnie ukazana psychologia postaci, marne dialogi rodem z seriali obyczajowych, jakie spotkać można w popołudniowym paśmie. Nawet golizny za bardzo nie było widać, a główny bohater TYLKO RAZ o seksie myśli. Cóż, w prawdzie notorycznie kłóci się z żoną, ale to przecież nie powinno być przeszkodą, by autor strzelił nam jakąś drewnianą scenę seksu na zgodę.

Cóż więc dostajemy? Horror, nie-horror. Opowieść o pisarzu, który chcąc stworzyć kolejny bestseller zabiera swoją rodzinę w odludny zakątek Walii, gdzie na rok wynajmuje rozpadający się dom. Dom stojący w pobliżu kamiennego kręgu, jaki ponoć służył kiedyś druidom w celach sakralnych. Wiecie, ofiary z ludzi i takie tam...

Jak to w takich opowieściach bywa, zaczynają się mnożyć niepokojące sygnały, że państwo Foggowie nie są w swojej nowej okolicy mile widziani. A tu kot ich synka zostaje bestialsko ubity, a to królik dzieli los kota. Stada jeleni w mgle. Barany we mgle. Skowyczące lisy. Walijscy autochtoni z lubością opowiadają historyjki o duchach snujących się w okolicznych górach. z radia słyszymy policyjne komunikaty o psychopacie, który być może stoi na progu państwa domu. Atmosfera gęstnieje. Zona i dziecko wyjeżdżają. Bohater zostaje sam. Zaczyna pojawiać się strach (tak, tak!), bo Smith jakby wbrew swojemu emploi nie straszy nas dosłownie i bezceremonialnie.

Niczego na dobrą sprawę nie widzimy. Więcej słyszymy, wyczuwamy, a sugestywnie oddany klimat zagrożenia sprawia, że z ulgą przywitalibyśmy jakieś typowe dla tego pisarza monstrum, zamiast oczekiwać wraz z bohaterem na niewiadomą, która zatacza coraz ciaśniejsze kręgi wokół małego domku w zasypanej śniegiem dolince.

Tak to "Przyczajeni" potwierdzili starą jak węgiel prawdę - ukazane źródło strachu błyskawicznie wysycha, zaś niewiadoma potrafi nieźle człowieka wytarmosić. Nie wiemy nie tylko tego, kto za tym wszystkim stoi, ale również do samego końca nie jesteśmy w stanie powiedzieć, czy faktycznie bohater padnie za chwilę ofiarą mrocznych rytuałów czy też coś dużo bardziej normalnego dybie na jego życie.

Cóż, panie Smith, ja tu liczyłem na kataklizm i demolkę, a Pan tutaj w jakieś subtelności się bawi. Nieładnie, nieładnie...