niedziela, 26 stycznia 2014

Fantastycznie o Marvelu, czyli "Niezwykła historia Marvel Comics" Howe'a

Kiedy latem 1990 roku kupiłem pierwsze polskie wydanie przygód Spider-Mana (komiks zobaczyłem na wystawie sklepu płytowego; takie czasy…), oniemiałem z zachwytu. Zahipnotyzowały mnie dynamika, kolory, zamaszyste gesty postaci, intryga, śmiała kreska, cała ta egzotyka świata amerykańskich superbohaterów. Nasi poczciwi Tytus, Romek i A’Tomek lub Kajko z Kokoszem jawili się na tym tle jak uboga rodzina z prowincji, o której myślimy ze wstydem, gdy zapatrzymy się w światła wielkiego miasta. Tym wielkim miastem były produkty Marvel Comics.


Patrząc na okładkę wspomnianego komiksu (na pierwszym planie Człowiek Pająk wyrywa się z ciasnych ram okładki, tuż za jego plecami kilkunastu innych bohaterów w swych barwnych kostiumach, popisując się mocami, pędzi na podbój wyobraźni młodego czytelnika), nie miałem pojęcia, że każdy z zeszytów wydawanych w granicach Uniwersum Marvela jest owocem unikatowej kombinacji geniuszu, szaleństwa, marketingu i wyrachowania.
Książka Seana Howe’a w kapitalny sposób opowiada barwne losy Marvel Comics, które przeszło długą i niezwykle wyboistą drogę, by stać się jednym z najbardziej rozpoznawalnych amerykańskich wydawnictw. Kuźnią, w której tytani wyobraźni wykuwają kolejne i kolejne odsłony ubranych w kolorowe trykoty herosów. I niezależnie od tego, jakie mamy zdanie na temat gatunku rojącego się od mniej lub bardziej przewidywalnych, stereotypowych, naiwnych historii, dwie kwestie nie mogą ujść naszej uwadze.
Pomiędzy setkami zeszytów Marvela wydanych na przestrzeni lat trafiały się dzieła niemal (zachowując stosowne proporcje) genialne, łączące w sobie intrygującą fabułę i grafikę flirtującą z popartem lub surrealizmem. Drugą kwestią jest oczywiście wspomniana siła kreacji autorów na czele z legendarnym Stanem Lee, który budując takie postacie jak Spider-Man, Hulk, Deredevil lub grupy Fantastic Four czy X-Men wyrósł na twórcę współczesnych mitów. Nie bez kozery pod koniec prologu do swojej książki Howe przywołuje Homera i Hezjoda jako tych, którzy pierwsi opisywali losy bogów, herosów i półbogów…
Jednak pięćset stron „Niezwykłej historii Marvel Comics” wypełnia dużo więcej niż tylko fascynująca opowieść o potędze fantazji. To ciasno pleciona tkanina, w której płynnie przenikają się przeróżne wątki. Marvel to przecież nie wyłącznie fabryka wyobraźni, ale również (a może przede wszystkim) przedsiębiorstwo, które musi konkurować na wolnym rynku. Stąd też naszych superbohaterów zmusza się do „pracy” w filmie, telewizji i branży reklamowej – Spider-Man zamienia się w kreskówkowego przebierańca, a Hulk zachwala płatki śniadaniowe… Stąd opisy procesów sądowych, sporów o prawa autorskie, obrazy zimnej kalkulacji, z jaką stwarzano lub uśmiercano kolejnych komiksowych bohaterów.
Samych autorów z Zagrody Marvela przedstawiono jako niesamowicie utalentowanych ekscentryków, których początkową przyjaźń i płynną współpracę z czasem grzebią rosnące ambicje lub po prostu znudzenie komiksowym medium. W pewnym sensie zabawne wydawać się mogą opowieści o naćpanych scenarzystach układających scenariusze kolejnych odcinków lub opisy zakamarków wydawnictwa, gdzie na ścianach wisiały szkice przedstawiające bohaterów komiksów w ujęciu mocno erotycznym.
Zaś mózg Marvela, Stan Lee, ukazany zostaje jako szarlatan, postać wyjątkowo niejednoznaczna. To z jednej strony człowiek oszołomiony sukcesem, utalentowany despota, chimeryczny pracodawca, szukający swojego szczęścia w Hollywood, który miał pomóc mu w realizacji snów i wizji. Z drugiej zaś strony to ucieleśnienie snu o skromnym wyrobniku, którego przebłyski geniuszu umeblowały wyobraźnię młodych czytelników i zagwarantowały mu stałe miejsce we wszechświecie (pop)kultury.
Książka ta do lektura obowiązkowa dla każdego fana amerykańskich komiksów. Nie tylko zajrzy on na zaplecze potężnego wydawnictwa, nie tylko pozna zarysy najbardziej znanych fabuł w historii Marvela, ale również będzie mógł od czasu do czasu rozkoszować się wyśmienitym stylem Howe’a, który lekko, z błyskiem w oku, opowiada tę fantastycznie skomplikowaną historię. 

wtorek, 21 stycznia 2014

Należy do obszaru kultury europejskiej, czyli "Śpiewaj ogrody" Huellego

Jest taki rysunek Andrzeja Mleczki. Pod wiatr, walcząc z deszczem, brodząc w walających się na ulicy śmieciach, idzie mężczyzna. Przedziera się, przytrzymując jedną ręką kapelusz, drugą rozpinający się płaszcz. W tle majaczy upiorne blokowisko. Powtarza pod nosem: „Należę do obszaru kultury europejskiej. Należę do obszaru kultury europejskiej.” Ten gorzki sarkastyczny obraz wciąż miałem przed oczami, gdy czytałem kolejne strony najnowszej powieści Pawła Huelle pt. „Śpiewaj ogrody.” Nie brzmi zachęcająco, prawda?

Od samego początku książki autor wysyła czytelnikom bardzo wyraźny sygnał: „Tylko dla ludzi kulturalnych i wykształconych!” – tak właśnie może on brzmieć, razić jaskrawym neonem. To literatura wykluczająca, myślę sobie, gdy znajduję gęstą siatkę nazwisk, odniesień, nawiązań, faktów… Wykluczająca każdego, kto nie zetknął się z Rilkem, Wagnerem, Hoffmanem, Schopenhauerem i Nietzschem. I nie wydaje się brzmieć przekonująco kontrargument, jakoby to czytelnik powinien każdorazowo dorosnąć do wymagań książki. Odwrotnie – to autor powinien realistycznie pomyśleć o możliwościach odbiorców.

Jeżeli Huelle zakładał, że idealnym czytelnikiem będzie ktoś, kto czuje się spadkobiercą sporej części duchowej spuścizny cywilizacji europejskiej, musiał przewidzieć, że PEŁNY odbiór rozrzucanych przez niego tropów będzie udziałem nielicznych. Reszta (jeżeli już) posługiwać się będzie gotowymi „wzorami” na pojawiające w powieści sygnały. Wagner? Patos + faszyzm. Rilke? Liryczne pienia. I tak w koło Macieju. Niestety, to nie jest najgorsze. Wystudiowana proza Huellego może rozbić się o ścianę niewiedzy czytelników, dla których symbole kultury europejskiej będą tylko pustymi dźwiękami. A gdzie tu mówić o rozczytaniu wyrafinowanych póz, odbić, symetrii, powtórzeń, z jakich autor zbudował powieść? Jak tu liczyć na pełnię (marzenia!) zrozumienia w przypadku, gdy „Śpiewaj ogrody” powinno sprzedawać z krótkim przewodnikiem po kulturze wysokiej XIX i XX wieku?

Razić może właśnie to namnożenie rekwizytów. Gadżetów człowieka kulturalnego. Drażnić może przewidywalność, z jaką Huelle rozstawia pionki na planszy świata przedstawionego. Wzór? Jak Bohater Wielkiej Powieści, to MUSI mieć związek z Wielką Sztuką (Wagner, opera), jak opera i Wagner, to rzecz jasna faszystowskiej Niemcy, jak Niemcy, to Wojna, a Wojna to przecież Wielki Temat, więc powieść Wielką być musi. Dalej – jak „związek” starszej Niemki Grety z polskim chłopcem, to ten układ „naturalnie nienaturalny” obracać się musi wokół Wielkiego Problemu Opowieści i Narracji. Jak wspomnienia, to (a co się będziemy ograniczać…) stylizowane na osiemnastowieczne fragmenty pamiętników francuskiego oficera… Francuz! Och! Ach!

Dodajmy do tego odświeżony temat „gdańskości” podejmowany wielokrotnie przez samego autora. Te powtarzane mruczanda na temat „miasta-palimpsestu”, skomplikowanej historii, kłębiących się nacji, krzyżujących się granic nie brzmią już odkrywczo w dobie, gdy literaturę małych ojczyzn oswoiliśmy na dobre i przyjęliśmy za oczywistość, że Polska nigdy nie była monoetniczna i monokulturowa. Tylko kogoś, kto przespał ostatnich dwadzieścia lat mogą podniecać tego rodzaju „plenery.”

Jasne, fanatycy tego typu opowieści zobaczą u Huellego próbę nawiązania do tradycji Poważnych Powieści o Poważnych Sprawach, ale ja niestety widzę tylko swoistą autoparodię. Niezamierzoną, rzecz jasna, ale jednak autoparodię literatury wysokiej. Literatury chcącej się podobać w Pewnych Kręgach. Aspirującej, mierzącej...

Stąd też czytając „Śpiewaj ogrody” nie mogłem otrząsnąć się z ponurego wrażenia, że autor chciał postawić wszystko na jedną kartę. Ta powieść łącząca w sobie aż tyle WIELKOŚCI MUSI być dla Huellego paszportem do świata Wielkiej Literatury. Jak nie teraz, to kiedy mam w końcu udowodnić, że jestem Pierwszorzędnym Pisarzem?

Tak Paweł Huelle nie wygląda, a mógłby...

Oczywiście akademicy, krytycy, niektórzy recenzenci będą czytali tę opowieści używając całego arsenału dostępnych im narzędzi interpretacyjnych. Będą wskazywali płynące pod powierzchnią fabuły problemy i odwołania. One istnieją. Zapewne udowodnią doniosłość tej książki, udowodnią rangę, namaszczą. I pewnie Huelle znajdzie swoich czytelników – wiernych lub mniej wiernych, ale znajdzie.

Moim zadaniem jednak jest ostrzec wszystkich tych, którzy nie chcą się narazić na męki wyższego rzędu. Tych, którzy cenią literaturę ambitną, ale nie tęsknią za wielogodzinną randką z książką przewidywalną, mało zaskakującą i ciężkostrawną.

Ktoś z trzeźwych czytelników porównał „Śpiewaj ogrody” do bigosu, w którym zbyt wiele elementów miesza się w niezjadliwą całość. Ja, który kocham tę staropolską potrawę, muszę się niestety z tym porównaniem zgodzić. Ciężkie to danie. Nie na mój żołądek…

wtorek, 14 stycznia 2014

Do śnienia o sławie, czyli "W rytmie przyjemności" Taylora

Gdy budzę się w poniedziałkowe poranki i uświadamiam sobie, że muszę odwieźć dzieciaki do przedszkola, a potem iść na przystanek, by dojechać autobusem do pracy, zdobywam się na ciche westchnienie: Boże, czy to naprawdę dobry pomysł, że nie uczyniłeś mnie gwiazdą rocka? Autobiografia Johna Taylora pt. „W rytmie przyjemności” bardzo dobrze wpisuje się w moje poranne tęsknoty, jednak dość szybko uświadamia człowiekowi, że słońce globalnej popularności budzi cienie, z którymi trzeba walczyć, by nie polec pod ciężarem zbyt szybko zdobytej sławy.

Taylor i jego zespół Duran Duran, w którym grał na gitarze basowej, mieli ogromne szczęście trafić idealnie w swój czas. Punk rock odchodził do przeszłości. Brud został zmyty przez wyrafinowane stylizacje. Hałas przez słodkie syntezatorowe melodie. A wydawać by się mogło nieśmiertelne hasło NO FUTURE zastąpił bezrefleksyjny hedonizm. Autor zgrabnie odmalowuje buzujące rytmy, trendy i stylistyki, jakie mieszały się w kulturze brytyjskiej na przełomie lat 70. i 80. I nagle z tego tygla, niczym Wenus z piany morskiej, powstaje Duran Duran. To zdumiewające, pomyślałem sobie, jak niewiele trzeba było, by piątka młodych ludzi błyskawicznie osiągnęła status gwiazd. Talent, sporo samozaparcia, życzliwa rosnąca publiczność klubowa, w miarę przychylni dziennikarze muzyczni… i już! Dodajmy do tego oczywiście dwie pierwsze znakomite płyty, które zdefiniowały to, co najcenniejsze w stylistyce muzycznej lat 80.
Autobiografia ta to nie tylko dokument triumfalnego pochodu jednego z najważniejszych zespołów tamtej dekady. To nie tylko wspomnienie o workach, jakimi dostarczano muzykom listy od rozkochanych fanek. Nie tylko odbite na błyszczącym papierze kolorowe zdjęcia z egzotycznych plaż, dalekich miast, wypełnionych sal koncertowych. „W rytmie przyjemności” to również zapis zmagania się z efektami ubocznymi sławy.
Zastępy wiernych fanów przeistaczają się w niebezpiecznych fanatyków, kolejne anonimowe dziewczyny poderwane na imprezach nie mogą zagwarantować głębszych relacji, alkohol i cały wachlarz narkotyków zaczynają skutecznie zagłuszać rozszalałą rzeczywistość. Kolejne noce w kolejnych hotelach, które pod każdą szerokością geograficzną wyglądają identycznie. Rosnące poczucie wypalenia i braku kontroli nad czymkolwiek.
Przecież o tym właśnie marzyłem - mówi Taylor - Chyba…
Autor jest sprawnym gawędziarzem. Lekko, nazywając rzeczy po imieniu, tak jakby rozmawiał z dobrym znajomym, opisuje szaleńcze tempo życia gwiazd rocka, kompromitujące szczegóły z tras koncertowych lub monotonię niekończących się imprez. Narkotykowe uzależnienie i bolesny odwyk. Równie często Taylor brzmi ręcz czule, gdy opowiada o swoich rodzicach lub córce. Przeplata wspomnienia z młodości refleksjami o współczesności i, co zdumiewające, nie wyczuwamy w jego słowach przytłaczającej tęsknoty za „starymi dobrymi czasami”. Taylora, mimo że karierę rozpoczynał 30 lat temu, nie obezwładnia melancholia, pogrzebowy ton. Muzyk zdaje się doskonale odnajdywać w zrewolucjonizowanym cyfrowo świecie, w świecie portali społecznościowych, błyskawicznej komunikacji i formatu MP3. To ktoś, kto wciąż trzyma rękę na pulsie.
Finałem tej książki jest wzruszający rozdział będący niemal poetycką relacją z koncertu, jaki dla wielotysięcznej publiczności Duran Duran zagrało w 2011 roku w ramach festiwalu Coachella. Taylor pisze o uwalniającej serce każdego muzyka świadomości, że to nie miejsca na listach przebojów, wyniki sprzedaży płyt, sesje fotograficzne i dziewczyny zaciągnięte do łóżka są wyznacznikiem sukcesu. Nie. Jest nią radość grania, tworzenia i komponowania. Uskrzydlająca to myśl, chociaż wygłoszona z perspektywy kogoś, kto w tzw. "branży" osiągnął już niemal wszystko.
Cóż więc zostaje po przeczytaniu ostatniej strony? Ja biorę szczotkę do włosów mojej żony, włączam „Save a prayer” i zaczynam śpiewać przed lustrem. W sumie dobrze, że nikt nie musi mnie słuchać…

piątek, 10 stycznia 2014

Palenie w oknie, czyli "Dwadzieścia osiem i pięć" Maura

Palące podmioty liryczne. Tak, w czasach zakazu palenia w knajpach i ekskomuniki rzuconej przez medycynę na przemysł tytoniowy, istnieją jeszcze tacy straceńcy, którzy w przestrzeni lirycznej kopcą jak smoki i z dumą o tym opowiadają. Taki bohater poezji Marcina Świetlickiego bez papierosa nie istnieje. To papieros go określa, podpiera, rzuca światło, lokalizuje papierosem sens, stawia kropki żarzącym się tytoniem. To akt wolności – palenie. A zasnuta dymem przestrzeń osobista zyskuje konkretne, choć migotliwe granice.

Ja jednak nie poszedłbym na fajkę z tym bohaterem. Źle czułbym się w towarzystwie kogoś, kto mógłby w przypływie złego nastroju, nieprzysiadalności, dmuchnąć mi dymem prosto w twarz. Tak, tego bym się właśnie spodziewał.

Natomiast nie miałbym nic przeciwko nie-paleniu obok bohatera wierszy Piotra Maura, autora tomiku „Dwadzieścia osiem i pięć.” W tym przypadku byłbym pewny, że palono by dyskretnie, od niechcenia, trochę tak, jak się oddycha. Nie czyniąc z papierosa ani oręża, gadżetu, tarczy lub znaku rozpoznawczego. Papieros to papieros, mówi podmiot liryczny i zdaje się pytać:

- Idę zapalić. Idziesz ze mną?


Wiersze Piotra Maura tworzą dziwnie swojską atmosferę. Swojską, bo możemy w tych kilkunastu tekstach niemal z miejsca poczuć się proszonymi gośćmi. Najlepsze z nich przy pomocy bardzo prostych środków poetyckich stają się zapisem fundamentalnych, budujących tożsamość bohatera, wydarzeń. Rozkosznie pobrzmiewają opowieści o nagich piersiach pielęgniarki szkolnej, które przypadkiem wypatrzył małoletni bohater. Jednak (z narastającym niepokojem) czytamy również o rytuałach dorosłości, jakie nieodmiennie łączą się ze starzeniem, śmiercią i pogrzebami najbliższych.

Tak nam Maur rozpina tematykę. Od słodyczy i żaru dzieciństwa po wyciszone, celowo wygaszone obrazy dojrzałości. To jednak nie wszystko – opisy młodości podszyte zostały gorzką świadomością kogoś, kto młodość wspomina, więc frenetyczne reminiscencje natychmiast zabarwia głuchym poczuciem straty, a konkretne obrazy z przeszłości stają się zapowiedziami tego, co przyniosła reszta życia.  

Reszta wypełniona głównie uważnym katalogowaniem słabych sygnałów docierających ze świata lub w stronę świata wysyłanych. Dużo jest ciszy w tych wierszach. Ciszy między najbliższymi sobie ludźmi, którzy mijają się w  drzwiach. Dużo oczekiwania, wypatrywania, odprowadzania wzrokiem. Bez-myślenia. Czystej obserwacji, bo Maur woli (i dobrze) świat widzialny, namacalny, dający oparcie oczom i pamięci.


To znakomita książeczka, która mimo kilku dość enigmatycznych lub przekombinowanych fragmentów, jako całość brzmi bardzo dobrze. I mimo tego, że każdy w swoim życiu inne ścieżki wydeptuje, nie gaśnie ani przez chwilę poczucie wspólnoty pomiędzy nami a tym cichym palącym papierosy człowiekiem gapiącym się w przestrzeń.