piątek, 28 marca 2014

Dlaczego lepiej nie być utalentowanym i bogatym, czyli "Triburbia" Greenfelda

- Co czytasz teraz? - pyta koleżanka.
- Taką dziwną książkę - odpowiadam i podaję tytuł.
- A dlaczego ona jest dziwna?
- Wiesz, jak na okładce ci piszą mądrzy jacyś, że książka jest "zabawna i mroczna", to liczysz na pokłady czarnego humoru. Czytam, czytam, a śmiesznie w ogóle nie jest. Robi się za to coraz smutniej, przygnębienie gęstnieje, mrok się kłębi. 
- No ale co tam się dzieje takiego? 
I tu się zaczyna recenzja, jaką napisałem dla Lubimy Czytać:
Nie wiem, czy Karl Taro Greenfeld, autor mozaikowej opowieści o życiu mieszkańców jednej z nowojorskich dzielnic przewidział akurat taki odbiór swojej książki, ale za jej sprawą całkowicie wybiłem sobie z głowy marzenia o tym, by przeprowadzić się do Wielkiego Jabłka i rozkoszować się sąsiedztwem zdolnych, bogatych i wpływowych.
Nieco poważniej jednak rzecz ujmując, mam z „Triburbią” pewien problem – powieść reklamowana jako mroczna i zabawna, zabawna na pewno nie jest, ale za to zalegającego w niej mroku starczyłoby na kilka innych, mniej przygnębiających pozycji.
Bohaterowie książki rekrutują się spośród tych, którym się udało. Mieszkają w ekskluzywnej dzielnicy nieoficjalnej stolicy świata. Są utalentowani. Zamożni. Dzieci prowadzają do elitarnej szkoły, gdzie pociechy mają szanse nauczyć się (z różnym powodzeniem) reguł rywalizacji. W międzyczasie pielęgnują swoje małżeństwa lub pozamałżeńskie związki. Uprawiają niezobowiązujący seks lub z trudem próbują kneblować emocje, gdy wchodzą na kurs kolizyjny z innymi. Na każdym kroku starają się przekonać cały wszechświat (oraz sąsiadów), że sukces, który osiągnęli, nie jest kwestią przypadku, ale ciężkiej pracy oraz boskiego daru.
Tak zarysowane środowisko aż prosi się o pióro, które opisze w zgryźliwy, cyniczny i ironiczny sposób menażerię zamieszkującą Dolny Manhattan. Niestety, a może na szczęście (wybór należy do nas), Greenfeld proponuje nam inny punkt widzenia. Zestawia ze sobą losy kilkorga mieszkańców dzielnicy, każdorazowo stosując narrację personalną, dzięki czemu mamy pełny wgląd zarówno w psychikę bohaterów, jak i możemy dokładnie przyjrzeć się drodze, jaką przebyli, by trafić do miejsca, w którym osiedli.
Opowieściom tym możemy przysłuchiwać się z rosnącym zażenowaniem, wstydem lub niesmakiem, dlatego że ich bohaterowie nie szczędzą nam brutalnych szczegółów ze swojego prywatnego życia. Brzmi to wszystko jak podsłuchana spowiedź lub, co bardziej prawdopodobne, sesja psychoterapeutyczna. Autor, co trzeba docenić, pisze powściągliwie, konsekwentnie wygaszając grożące erupcjom kłębiące się emocje bohaterów.

Jest coś dekadenckiego w tej prozie bezlitośnie obnażającej wewnętrzną pustkę „artystów” – inżyniera dźwięku, rzeźbiarza, fotografika, reportera i kogo tam jeszcze chcemy. Pościg za kolejnymi sukcesami i płytkim samozadowoleniem, kurczowe trzymanie się osiągniętego statusu, mozolne budowanie pozycji społecznej sprawiają, że życie osobiste wali się w gruzy, a małżeństwa zamieniają się w parodie samych siebie. Nawet dzieci, którym rodzice gotują los podobny do swego, nie mogą wyrwać się przeklętego kręgu rywalizacji i spełniają rosnące błyskawicznie oczekiwania.
Smutna to książka i obawiam się, że dość wiernie portretuje pewną grupę, do której początkowo bez zastanowienia chciałoby się aplikować. Po lekturze „Triburbii” być może ostrożniej będziemy fantazjować, jak to jest być pięknym, utalentowanym i bogatym…

- A wiesz, że coś w tym musi być - mówi druga koleżanka - gdy parę lat temu byliśmy z mężem w wieku bohaterów tej książki, to działo się coś dziwnego. Zwyczajowe, tradycyjne spotkania, na jakie umawialiśmy się z różnym znajomymi - wiecie, imieniny, urodziny, rocznice jakieś - nagle przestawały się zdarzać. Znajomi byli albo w separacji, albo po rozwodach, albo pożarci ze sobą na amen... 
Mieliśmy wtedy wszyscy około czterdziestki...

środa, 19 marca 2014

Czy Ratzinger czytuje literaturę s-f, czyli „Eksperyment terminalny” Sawyera

Lubię czytać książki, których „przyszłości” dożyłem. Lubię ten dziwny dreszcz przebiegający człowieka, gdy uświadomi sobie, że żyje w czasach, które dla sporej części autorów s-f były pograniczem, rubieżą i dalej nie chcieli zapędzać już swoich koni. 

Żyjąc w jakimś przedziwnym wiecznym TERAZ, nie zdajemy być może sobie sprawy z tego, że wciąż podbijamy przyszłość, która kiedyś wydawała się być domeną snów i przewidywań. Kiedyś, milion lat temu, myślałem licealistą będąc: „Na Jowisza! (ok. jako licealista używałem mniej wysublimowanych wyrazów zdumienia) I ja mam dożyć roku 2000?!

Aż tu nagle uświadamiam sobie, że żyję już 13 lat w XXI wieku i mam się raczej dobrze.

Wiem, rozważania te są banalne i wydaje mi się, że niepotrzebnie zawracam komukolwiek nimi gitarę, ale to w sumie dość zabawne, że ta właśnie kwestia „dożytej przyszłości” jako pierwsza zwróciła moja uwagę, gdy czytałem znakomitą powieść Roberta Sawyera pt „Eksperyment terminalny.”  

Powieść, która zdobyła Nebulę w roku 1995 opisuje rzeczywistość Anno Domini 2011 i otwiera przed czytelnikiem szeroki gościniec, po którym spacerują sobie w zgodzie elementy fabularne z różnych ekosystemów literackich. 


Głównego bohatera poznajemy, gdy ten asystując przy operacji pobierania organów z ciepłych jeszcze zwłok pewnego nieszczęśnika, zaczyna  zastanawiać się, gdzie przebiega granica, po przekroczeniu której człowiek jest definitywnie martwy. Taki martwy na śmierć.


Bohater nasz konstruuje więc urządzenie pozwalające precyzyjnie monitorować aktywność mózgów ludzi przechodzących na tamtą stronę. Uzbrojony w wyjątkowo czułe instrumenty stwierdza ze zdumieniem, że umierającego człowieka KAŻDORAZOWO opuszcza pewna...hmmm... energia (?), roboczo zwana "falą duszy." Odkrycie to rzecz jasna uruchamia lawinę konsekwencji: kościoły i związki wyznaniowe przeżywają swój renesans, firma gwarantująca klientom wspomaganą nanotechnologią nieśmiertelność nie może nadążyć z zamówieniami, bo nie wszyscy ludzie palą się do tego, by po śmierci spotkać się ze Stwórcą... 





Nieco gorsze wiadomości mamy dla radykalnych miłośników zwierząt - te duszy nie mają. (A szkoda, myślę sobie, wspominając mojego nieżyjącego od lat psa...)


Jednak "Eksperyment terminalny" to rasowa powieść, a nie opowiadanie, którego rdzeniem jest pomysł, jakiego nie trzeba rozwijać. Sawyer błyskawicznie uruchamia kolejne wątki, których istnienie wcześniej tylko delikatnie zasugerował. Pierwszoplanowe role zaczynają odgrywać wydawać by się mogło epizodyczne postacie, akcja znajduje punkty podparcia w miejscach, na które wcześniej nie zwrócilibyśmy uwagi. 


Jak w rasowym thrillerze, którym ta książka również jest, napięcie rośnie wraz z każdą przeczytaną stroną. Opowieść, którą podejrzewalibyśmy o nieco filozoficzno-teologiczne ciągoty, daje nam niespodziewanie dużą dawkę emocji - morderstwo jedno, drugie, płatny zabójca, kryzys małżeński, sztuczna inteligencja czyhająca na bezbronnych w konfrontacji z nią ludzi... Rzadko kiedy daje się związać bez strat własnych tyle wątków w jedną całość i nadać mu zawrotne tempo. 


I co chyba najcenniejsze - fabuła ani razu nie zostaje przesłonięta przez pomysł wyjściowy powieści, a sama powieść nie mogłaby zaistnieć w pełnym wymiarze bez tego właśnie pomysłu. Idealnie zachowana równowaga dwóch podstawowych składników s-f. 


Na deser zostawmy sobie bardziej subtelne kwestie - trzeźwe i mądre rozważania na temat tego, czy rzeczywiście w naszej przeszłości mieliśmy aż tyyyle różnych opcji do wyboru. Sawyer (w prawdzie głosem sztucznej świadomości) daje nam przewrotną odpowiedź, która każe nam zrewidować wszystko, czego być może jesteśmy pewni, myśląc o swoim życiu. 


PS


A co z tym Ratzingerem z tytułu postu? Posłuchajcie tego: 


Papież Benedykt XVI ogłosił dziś encyklikę potwierdzającą istnienie wewnątrz ludzi nieśmiertelnej, nadprzyrodzonej duszy. Ujawnił, że Papieski Komitet do spraw Nauki zajmuje się obecnie oceną dowodów związanych z odkryciem fali duszy.


Ktoś ma jeszcze wątpliwości, że literatura s-f widzi więcej? Przypominam - Ratzinger został Benedyktem XVI w 2005 roku. "Eksperyment terminalny" powstał dekadę wcześniej...


niedziela, 9 marca 2014

Na co dybie w wielorybie, czyli "Implanty" Watsona

Skończyłem właśnie "Implanty" Iana Watsona i powiem Wam jedno - uwielbiam powieści science-fiction, które porzucają mnie na skraju załamania nerwowego. Nie, nie dlatego, że Obcy toczą krew niewinnych Ziemian. Nie dlatego, że szokuje mnie jakaś brutalna dystopia czy miażdżąca wizja przyszłości. Tego typu motywy raczej świadczą o słabości pióra autora, który korzystając z mnogości (skończonej przecież) stałych elementów tworzących literaturę s-f, żongluje sobie ku uciesze gawiedzi przewidywalnymi rozstrzygnięciami.


Watson powoli rozkręca fabułę, coraz mocniej ściska swoje pomysły, jednak nigdy nie szarżuje i nie stara się chwycić czytelnika za twarz. Jemu wystarczy sama modulacja głosu, by wywrzeć zaskakująco silne wrażenie. Zachowuje podziwu godny dystans wobec całej historii, chłód emocjonalny nawet wtedy, gdy fabuła wyraźnie przyspiesza pod koniec powieści i skręca w dość nieoczekiwaną stronę, gdzie trzy przeplatające się ze sobą „intrygi” łączą się w porażającym czytelnika finale. Finale, który przede wszystkim otępia ponurym złowieszczym basem.

Garść (nieduża, by nie psuć przyjemności potencjalnych czytelników) konkretów – w czeluściach oceanów krąży młody wieloryb, któremu naukowcy wszczepili świadomość człowieka. Ruscy rzecz jasna chcą użyć wieloryba jako broni biologicznej, szpiega patrolującego wody terytorialne wrogich mocarstw, które już za chwile zaczną wyścig o surowce naturalne ukryte pod oceanicznym dnem. To pierwsza linia fabuły.



Drugą tworzą losy dwójki uciekinierów z rosyjskiego (a jakże!) ośrodka badawczego, którym również Ruscy (a jakże!) coś w głowach poprzestawiali. Bagatela, kilkuletni chłopiec nosi w sobie umysł rosyjskiego kosmonauty, co Watson ilustruje wyjątkowo melodramatycznymi scenami, ale dałem się nabrać na ściskające serce  i nawet się wzruszyłem…

Trzeci trop jest najciekawszy – genialny, obdarzony potrzebą błyszczenia badacz kosmosu, swoisty faustyczny typ, odkrywa za pomocą skomplikowanych obliczeń, wzorów oraz gigantycznego radioteleskopu, że Bóg… istnieje, ale opuścił nasz (wszech)świat. A ten jest tylko namiastką, cieniem prawdziwej rzeczywistości. Stara poczciwa Ziemia to odblask zaledwie, proch i pył. Krótko mówiąc – materializuje się na oczach ludzkości wizja deistów. Bóg jest, ale zostawił nas i zajął się czymś zupełnie innym, zupełnie gdzieś indziej. Ziemia jest osieroconym dzieckiem. Być może i ma Ojca, ale ten najwidoczniej ułożył sobie życie z inną rodziną lub zasiedział się w pracy nad nowymi projektami.

Odkrycie to jednych przeraża, gdyż stają wobec naukowo udowodnionej pustki, inni (na czele z Watykanem) protestują, choć w zgiełku, wrzasku i bezradnej wściekłości planety, którą skonfrontowano z własnym bezsensem, ich głosy brzmią wyjątkowo słabo i nikogo nie są w stanie uspokoić.

Watson dokonał rzeczy pozornie niemożliwej. Zderzył w ostatniej partii książki wszystkie trzy fabularne linie. Splótł je w mistrzowski sposób, który pozwolił co bystrzejszemu czytelnikowi (no, mnie na ten przykład) zadać kilka odważnych, a przede wszystkim groźnie brzmiących pytań.

Co powiedzielibyśmy innym gatunkom zamieszkującym Ziemię, gdybyśmy mogli przekazać im jakikolwiek komunikat? Jak sama Natura zareagowałaby na wiadomość o nieistnieniu Boga? Dlaczego się nie zabić w chwili, gdy uświadomisz sobie, że nie czeka cię NIC po śmierci?

„Implanty” mają duszną gęstą atmosferę. Mimo przestrzeni oceanicznych i kosmicznych otchłani, którym przygląda się człowiek, czujemy, że ludzkość wegetuje w jakiejś celi śmierci planetarnych rozmiarów. Klaustrofobiczną aurę czuć będziemy jeszcze długo po przeczytaniu ostatniej strony. Zostałem ogłuszony, krótko mówiąc. Żal mi było bohaterów, którzy odkryli pustkę i bezradnie przyglądają się, jak całe ich życie rozpada się na części.

Nie trzeba  kierować w stronę Ziemi żadnej asteroidy, której cień rośnie na niebie, by wiarygodną uczynić ludzkość oszalałą z rozpaczy. Nie trzeba zbroić powieści w sceny batalistyczne, nasączyć niesamowitością, wprowadzić mutanty lub mechaniczne orangutany, ufoludki i co tam jeszcze chcecie, by stworzyć pierwszorzędną szlachetną literaturę science-fiction.


Klasa. 

środa, 5 marca 2014

Zamieszkać w dzienniku, czyli "Dom włóczęgi" Wilka

Dobrze zacząć czytać najnowszą książkę Mariusza Wilka będąc zaopatrzonym w jedną niezwykle ważną informację – autor systematycznie zapełnia karty dziennika w nadziei na to, że kiedyś, w jakiejś mglistej odległej przyszłości, słowa te przeczyta jego kilkuletnia teraz córka. Ta perspektywa „budowania domu ze słów” doskonale oświetla poszczególne partie książki, której niejednorodność może czytelnika początkowo dezorientować.


Wilk stara się zorganizować przestrzeń „Domu włóczęgi” w jak najszlachetniejszy sposób. W największych zalanych światłem pokojach goszczą się duchowi mistrzowie autora – Gombrowicz, Miłosz, Czapski… To oni mają wdrożyć czytającego w kulturę, w duchowość, pomóc nazwać subtelne drgnięcia duszy; nauczyć kodów, za pomocą których da się nazwać i opisać rzeczywistość. Pokoje autor mebluje rozważaniami o życiu, umieraniu, fenomenie Wschodu i Północy, duchowości i uważności, w końcu przejmująco pisze o przemijaniu, którego coraz mocniej doświadcza… 
Czytelnik zapewne uszczknie coś dla siebie z tych powolnych i uważnych medytacji. Bowiem jest jakaś „buddyjskość” w tym pogłębionym, niespiesznym, sięgającym pod powierzchnię świata spojrzeniu Wilka. Idąc dalej, słyszymy dobiegające z pokojów gościnnych głosy tych, których losy na chwilę splotły się z losem samego autora – głosy sąsiadów, gości, spotkanych czytelników, często pogrążonych w alkoholowym stuporze znajomych z okolicznych osad…
Dodatkowym piętrem „Domu włóczęgi” okazuje się niezwykły język. Okraszony rusycyzmami, raz pełen metafor, innym razem skrupulatny i konkretny. Zawsze żywy.
Porzućmy jednak metafory i przejdźmy do konkretów – „Dom włóczęgi” Mariusza Wilka przypomina, ileż wolności twórczej oferuje pisarzom prowadzenie dziennika. To właśnie dziennik jest przestrzenią, w której panują zasady ustalane tylko i wyłącznie przez piszącego, bowiem nie ogranicza go i nie zamyka w swoich ramach żaden, nawet najbardziej liberalny gatunek literacki. Żaden inny sposób pisania o sobie, o innych i świecie nie pozwoli na tak płynne mieszanie wrażeń lekturowych, spokojnych medytacji, scenek niemal rodzajowych, głębokich portretów psychologicznych, konkretnych notatek z rzeczywistości lub graniczących z poezją opisów przyrody. Mariusz Wilk z godną pozazdroszczenia zręcznością łączy wydawać by się mogło sprzeczne ze sobą żywioły – pijaństwo i mistycyzm, rozważania o architekturze z fascynacją szamanizmem, wspomnianych Gombrowicza z Miłoszem.
Jasne, w pakiecie dostajemy sporą dawkę autokreacji - wszak dziennik do tego własnie pisarzom służy. Wilk ma jawić się jako oczytany obieżyświat, który i drewno z lasu przyniesie, i po wodę z zamarzniętego jeziora pójdzie... Cóż, taka uroda.
Kończąc lekturę „Domu włóczęgi”, można sobie wyobrazić, że za kilkadziesiąt lat córka autora sięgnie po tę książkę, zapewne nie pierwszy i nie ostatni raz, i być może pomyśli o niej jak o najcenniejszej części spadku, jaki otrzymała po ojcu – gospodarzu domu, z którego w końcu musiał się wyprowadzić…