piątek, 18 kwietnia 2014

Najlepsze wciąż za nami, czyli "Fazy grawitacji" Simmonsa

Pokarało mnie. Nie pierwszy już raz moja granicząca z obłędem skłonność do nieczytania tego, co czytają inni, lub do czytania tego, co inni oceniają nisko, wyprowadziła mnie na manowce. Manowce nudy, narastającego zniecierpliwienia i irytacji. O czym mowa? O „Fazach grawitacji” Dana Simmonsa.

Tak, chciałem spróbować czegoś, co zaproponował fanom fantastyki ten amerykański klasyk gatunku, ale jakoś mierziła mnie myśl, że jak wszyscy mam zachwycać się na przykład kanonicznym już „Hyperionem.” Znalazłem więc powieść, którą czytelnicy zachwycali się raczej rzadko. Oczywiście, „Fazy grawitacji” znajdowały swoich obrońców, chociaż ich głosy brzmiały słabo i często zagłuszane były przez żale tych, którzy spodziewali się czegoś innego, bardziej „kosmicznego” i „niesamowitego”, a mniej „obyczajowego.”

W sumie sam nie wiem, czego miałem się spodziewać po książce, którą opisałbym jako melancholijną medytację o kryzysie wieku średniego. „Wiek męski, wiek klęski”, chciałoby się klasykiem pojechać i tym samym ostrzec przed tą lekturą wszystkich, którym tego typu rozważania (jeszcze) są obce. Natomiast ciekawą fabularną wariacją na ten zadany temat jest pomysł, by w swoją smugę cienia zanurza się były astronauta, który jako jeden z pierwszy ludzi w historii stanął na powierzchni Księżyca.

Moja biedacka wersja okładki


Czy można w życiu osiągnąć coś więcej, gdy w młodości wyrwało się z objęć grawitacji i spacerowało po Srebrnym Globie? To intrygujące pytanie, ale Simmons nie daje jednoznacznej odpowiedzi, co w przypadku tej książki jest raczej wadą niż zaletą.

Na dodatek autor zmusza bohatera do tego, by ten bez przerwy przekonywał się, że ów wiekopomny lot w stronę gwiazd był JEDYNĄ rzeczą, jaka mu się w życiu udała. Rozwiedziony z żoną, skłócony z synem, zmęczony mało ambitną pracą, rusza w podróż. W międzyczasie spotyka tajemniczą dziewczynę (miła scena erotyczna w namiocie) i dwóch dawnych kumpli, z którymi tworzył kiedyś załogę wystrzeloną w kosmos.  Jeden zamienił się w gorącego chrześcijanina i angażuje w dzieło ewangelizacji, drugi popełnia samobójstwo(?), roztrzaskując się samolotem o potężną górę.

Sam pomysł wyjściowy i linia fabularna zasługuje na sporego kalibru pióro. Problem powolnego schodzenia z pierwszej linii frontu życia jest jednym z bardziej nośnych motywów literackich i mobilizuje autora do zarysowania subtelnych i wiarygodnych analiz stanu ducha bohaterów. Jednak Simmonsowi czegoś zabrakło. Być może jest to ta legendarna „magia”, której ubywa, gdy dzieło trafia w ręce tłumacza? Nie wiem…

Wynudziłem się niemożliwie, obojętniałem ze strony na stronę, a nasz emerytowany astronauta i Indie odwiedził, i po Stanach sobie pojeździł, ale nigdzie nawet przez moment temperatura emocjonalna tekstu nie przekroczyła bezpiecznych dla naszych nerwów wartości. To rzadki przykład książki, która o nudzie egzystencjalnej (między innymi) traktując, sama jest boleśnie monotonna i nudna.