piątek, 23 maja 2014

Homo o hetero, czyli "Portret trumienny" Wojtaszczyka

Przyznam szczerze – nie mogę jednoznacznie ocenić debiutu prozatorskiego Kuby Wojtaszczyka pt. „Portret trumienny.” Gdy już już wydaje się, że chwyciłem zamysł autorski i nie będę miał problemu z trafnym rozczytaniem całości, jakiś diabeł nakazuje mi zrewidować wszystko, na co do tej pory wpadłem. Najuczciwiej więc będzie przedstawić dwie ścieżki, jakimi szła moja recenzencka uwaga.

Wariant pierwszy.

Powieść ta odczytana dosłownie (bo może tak właśnie trzeba z „Portretem trumiennym” uczynić?) jest złośliwym i tendencyjnym atakiem na najważniejsze, najświętsze dla konserwatywnych Polaków wartości. Tradycja, Rodzina, Religia zrośnięte na stałe z pewnym stereotypowym obrazem polskości zostają sportretowane w duchu wybitnie ostrego paszkwilu, któremu jednak daleko do intelektualnej głębi patrona tego typu dzieł, czyli Witolda Gombrowicza.

Główny pozytywny bohater i jednocześnie narrator tekstu, młody homoseksualny pracownik galerii sztuki, zmuszony jest odwiedzić rodzinę, która świętuje kolejne urodziny matki naszego bohatera. Prowincja, z której niegdyś się wyrwał, jest obrzydliwa estetycznie. Rodzina (bliższa) prowokuje do wymiotów (dosłownie), a dalsza do szukania homoseksualnego romansu. Czas wlecze się niemiłosiernie, gdy trzeba rozmawiać z kolejnymi nudnymi krewnymi, odpowiadać na konwencjonalne pytania, samemu nie będąc ani przez chwilę zainteresowanym tym, co inni mają do powiedzenia.

Portret Polaków-cebulaków jest złośliwy, ale brakuje mu wdzięku. Cóż z tego, że autor deklaruje „wiarę w Woody Allena”, skoro żarty, relacje z piekiełka rozmów przy suto zastawionym stole, obrazki z prowincjonalnej wystawki są ciężkie, przewidywalne i zaspokoić mogą jedynie tych, którzy gustują w siekierą ciosanej satyrze obyczajowej. Banalnie łatwo obśmiać tradycyjną rodzinę składającą się z ciężko pracującego tępawego męża, żony-katechetki, której brzuch opuściło już kilkoro dzieci, zidiociałe ciotki…

Wszystko, co polskie, sarmackie, nasze jest rzecz jasna skrytykowane, wyszydzone, podważone. Narrator nie proponuje niczego w zamian. Snuje się obrażony, pogrąża się w erotycznych fantazjach. A co najgorsze – bije od niego paskudne poczucie wyższości. Nie polecam.



Wariant drugi.

Może rzeczywiście trzeba „Portret trumienny” potraktować jako (mało zabawną) satyrę? Tłumaczyłoby to wszelkie uproszczenia, stereotypizacje, dychotomiczną wizję świata. Wtedy historia opowiedziana przez autora broniłaby się, gdyż widzielibyśmy w niej kpinę z wszystkich (podkreślam to słowo) możliwych ról społecznych, jakie odgrywają Polacy. Autor tym samym śmiałby się zarówno z heteronormatywności, jak i ze środowisk homoseksualnych, które chcą ową heretonormatywność zanegować.

Taka interpretacja całości sprawia, że tekst Wojtaszczyka nie ma pozytywnego bohatera. Egzotyczna na tle tradycyjnej polskiej rodziny figura homoseksualisty jest równie śmieszna i żałosna, co owa rodzina, której nieobce są prostactwo, głupota, dulszczyzna…


Chciałbym, żeby przesłanie tej książki brzmiało: „Wszyscy jesteśmy siebie warci”, ale naprawdę dużo wysiłku i wiary kosztuje mnie przekonanie samego siebie, że tak właśnie sam autor podsumowałby swoją książkę.

piątek, 16 maja 2014

Baw się, aż się porzygasz, czyli "Przenośne drzwi" Holta

Autor powieści „Przenośne drzwi” Tom Holt przypomina gospodarza lunaparku, który z szelmowskim uśmiechem oprowadza nas po swoim królestwie. Uruchamia całą fantastyczną maszynerię. Czeka, aż zabraknie nam tchu w piersiach na widok tych wszystkich labiryntów, w których niechybnie zabłądzimy. Ustawia krzywe lustra, w których głębi dopatrzymy się groteskowych postaci. Może nadepniemy na  przygotowaną na naszą cześć zapadnię lub rozbijemy sobie nosy, trafiając na ceglasty mur, jaki znajdziemy tam, gdzie po otwarciu drzwi powinien być przytulny pokój.

Brzmi atrakcyjnie? Tak, ale do czasu. Można kota zagłaskać na śmierć, można również kręcić się na karuzeli tak długo aż się człowiek nie porzyga z rozkoszy.

Tak właśnie sprawy mają się z tą książką. Zabawną, zaskakującą, pomysłową, ale niestety zbyt często grzęznącą na mieliznach dłużyzn; fabuła drętwieje, zaczynamy się nudzić lub, co gorsza, całość błyskawicznie obojętnieje czytelnikowi potraktowanemu zbyt dużą ilością bodźców.



Gdzie Holt popełnił błąd? Teoretycznie wszystko jest na swoim miejscu. Główny bohater, Paul Carpenter, nieudacznik, oferma, ignorant, nijaki jak krupnik, bezbarwny chudzielec, zostaje wbrew wszelkim nadziejom zatrudniony w pewnej tajemniczej firmie. Jego obowiązki sprowadzają się do przekładania papierów z miejsca na miejsce, odkurzania starych akt, katalogowania dziwacznych eksponatów z piwnic firmy.

Dodajmy, że pokój dzieli z wyjątkowo antypatyczną dziewczyną, w której zdążył zakochać się od pierwszego wejrzenia.   

Ekspozycję Holt przygotował rzetelną. Nie chcę powiedzieć, że czytając „Przenośne drzwi” gryziemy z nerwów paznokcie i nie możemy uspokoić szalonego tętna, ale przyjemnie się robi, gdy niespodziewanie zaczynają pojawiać się dziwne zbiegi okoliczności, magiczne przedmioty, sugestywne sny...

I gdyby autor pozwolił założyć wędzidła swojemu gadulstwu i wyobraźni, książka byłaby doskonała. A taka nie jest z dwóch powodów: po pierwsze Holt z irytującą regularnością informuje nas o wszelkich subtelnych rozterkach, jakie przeżywa główny bohater.

Całe strony spekulacji i dyskusji z samym sobą są po prostu nużące, niewiele wnoszą do fabuły, można by je było po prostu opuścić bez najmniejszego uszczerbku dla całości. 

Drugi zarzut jest jeszcze poważniejszy – „Przenośne drzwi” z czasem zaczynają zwyczajnie drażnić nadmiarem niesamowitości.

Proszę sobie wyobrazić, że tytuł należy traktować wybitnie dosłownie. A to dopiero początek atrakcji – zagłębiając się w lekturę, trafimy na wędrówki w czasie, miecz króla Artura, armię goblinów, alternatywną rzeczywistość, zaklęcia zmieniające ludzi w przedmioty… Cała ta menażeria spada nam na głowy i powoduje usprawiedliwione poczucie zamętu i chaosu.

Nie można  odmówić Holtowi dobrych intencji. Chciał dać nam przyzwoitą i bezpretensjonalną rozrywkę. Zresztą język powieści iskrzy od malowniczych wysublimowanych porównań, klasyczny angielski humor zapewni komfortową jazdę, jednak sama trasa może zacząć nas nużyć.

Cóż, jeżeli mamy duuużo wolnego czasu i lubimy, gdy wyobraźni autora nie krępują żadne granice, zapraszam. W pakiecie happy end i obietnica kontynuacji opowieści w postaci drugiej części cyklu.


Ja jednak pozwolę sobie wysiąść na tym przystanku.

wtorek, 6 maja 2014

Z mojej ukochanej półki, czyli "Obóz koncentracji" Discha

Jest taka półka w mojej wewnętrznej biblioteczce, którą roboczo nazwałem:

Gdyby (tu wstawić nazwisko Wielkiego, Klasycznego i Rozpoznawalnego Pisarza) porządnie się nawalił, to napisałby coś takiego.

Dziś na tej półeczce stawiamy powieść Thomasa Discha pt. "Obóz koncentracji" - książka, którą zwykło się traktować jako jeden z kamieni milowych tzw. Nowej Fali (cokolwiek to znaczy...), stawia przed czytelnikiem nieprawdopodobne wręcz wymagania. Nikt, kto na bierzmowaniu nie otrzymał od Ducha Świętego daru cierpliwości, nie dotrze do końca powieści i nie rzuci nią wcześniej o ścianę z głośnym okrzykiem rozpaczy...

Sam pomysł wyjściowy jest intrygujący (Disch od początku konsekwentnie buduje klaustrofobiczną, dławiącą atmosferę) - bohater z racji swoich pacyfistycznych przekonań trafia do więzienia(?), gdzie jego literacki talent zostaje wykorzystywany do prowadzenia obserwacji zachowań innych osadzonych. Dzień po dniu stara się wywiązywać ze swoich w sumie nieco donosicielskich powinności, starannie wypełnia karty dziennika, a my czytamy te zapiski, poniekąd wcielając się w kogoś, kto stoi na wyższym szczeblu hierarchii obozowej. 

Duszna, mroczna aura miejsc przymusowego odosobnienia zostaje dodatkowo zagęszczona, gdy pojawia się motyw substancji, której działanie zamienia więźniów w geniuszy. Kilka miesięcy pracującej pełną parą mózgownicy zamyka agonia delikwenta, którego ciało nie wytrzymuje przeciążeń związanych z przekraczaniem ludzkich możliwości. Naszemu bohaterowi, dodajmy dla uczciwości, też zaaplikowano rzeczony specyfik. 

Tutaj jednak zaczyna się jazda, której komfortu nie zapewnią nawet najlepsze resory. Disch, będąc wiernym przyjętej metodzie twórczej, z punktu widzenia zarażonego geniuszem śmiertelnika pokazuje nam proces budowania się nie-ludzkiego intelektu. A my, biedni czytelnicy, zmuszeni jesteśmy do przedzierania się przez coraz bardziej i bardziej enigmatyczne, chaotyczne, bełkotliwe, niezorganizowane partie tekstu. Jasne, być może żyjących języku nie ma na to głosu, i inaczej nie dałoby się opisać materii, z którą mierzy się autor. No bo jak zdać relację z życia wewnętrznego turbointeligentnej bestii, gdy ma się do dyspozycji pierwszoosobową prozę?

Ja jednak nie dałem Dischowi taryfy ulgowej, bowiem wydawało mi się, że ktoś mnie tu wodzi za nos. Sprzedaje mi towar niepełnowartościowy, którego wszelkie mankamenty tłumaczy celowym zabiegiem artystycznym. Nie, za stary chyba jestem na to, by fałszujący śpiewak potrafił mnie przekonać, że beczy i gnie skalę, by uzyskać zaskakujący efekt. 

W tej rozedrganej opowieści uda nam się wypatrzeć i nawiązania do "Fausta", któremu również zdarzyło się posiąść olbrzymią, niemal nadczłowieczą wiedzę, i jakieś dalekie echo Kafkowskich ocierających się o groteskę onirycznych wizji, a nawet grobową klaustrofobiczną atmosferę dzieł Becketta. Jednak Disch nie radzi sobie z tak bogatym zapleczem - "Obóz koncentracji" jest typowym postmodernistycznym dziełem, zlepionym z odwołań, ech, sygnałów, które przyklejone do pomazanej klejem linii fabularnej mają tworzyć w założeniu powieść nietuzinkową, wielowymiarową i rewolucyjną.

PS

W drugiej linijce recenzji proszę sobie wstawić nazwisko Goethe, Kafka lub Beckett. Będzie jak znalazł!

sobota, 3 maja 2014

Ekskluzywność wykluczająca, czyli "W podziękowaniu za siedlisko" Audena

Rzadko zdarza się, by na polskim rynku czytelniczym zaistniała książka będąca tłumaczeniem jednego, zamkniętego w sobie, tomu poetyckiego. Jeżeli proponuje się rodzimym miłośnikom mowy wiązanej próbkę twórczości mniej lub bardziej klasycznego zagranicznego autora, jest to na ogół wybór wierszy, który ma za zadanie zaprezentować ewoluującą na przestrzeni życia twórczość poety oraz jej najjaśniejsze momenty. Niestety, sam autor bywa tym samym „uśredniony”, a fakt wyboru takich a nie innych utworów bywa swoistą narzucaną odbiorcom interpretacją twórczości.
Cieszyć się zatem należy, że za sprawą wybornego tłumaczenia Dariusza Sośnickiego do rąk dostajemy tom W. H. Audena pt. „W podziękowaniu za siedlisko.” Książka ta spłodzona u schyłku życia poety zdaje się odróżniać od wcześniejszych i rozpoznanych jako wybitnych propozycji. Zresztą sama sytuacja, w jakiej znalazł się autor, być może nie skłaniała do tworzenia zaangażowanych, wizjonerskich utworów. Auden za sprawą potężnego zastrzyku finansowego (nagroda literacka Feltrinelli przyznana mu w 1957 roku opiewała na niebagatelną kwotę dwudziestu milionów lirów) kupuje dom w Austrii. Skromną, niemal wiejską posiadłość w miasteczku Kirchstetten.
Tom jest przewodnikiem po tej posiadłości, którą poeta opisuje drobiazgowo, od piwnicy po strych, nie opuszczając nawet tak prozaicznych pomieszczeń jak wychodek. Rzecz jasna cały urok tej poezji polega na tym, że po domu nie oprowadza nas agent nieruchomości lub, w najlepszym razie, znajomy, który czuje się zobowiązany do zafundowania nam wymuszonej faktem odwiedzin wycieczki. Auden jest raczej elokwentnym gospodarzem, który otwierając kolejne i kolejne drzwi zaprasza nas do wnętrz umeblowanych kulturowymi odniesieniami, mnożącymi się nawiązania do różnych dziedzin wiedzy; o wszystkim opowiada ze swadą, błyszczy najwyższej próby ironią, żongluje żargonem naukowym, archaizmami, słownikowymi precjozami.
Nie da się ukryć, że to trudna książka, a jej (chcąc, nie chcąc) wykluczający charakter jest poważnym mankamentem. Nieprzygotowany czytelnik, przypadkowy amator lżejszych odmian poezji, być może przestraszy się erudycyjnych Audenowskich wywodów. Być może zrazi go przesadna ekskluzywność tego projektu i poczuje się nieproszonym (za głupim?) gościem w domu przy Hinterholz nr 6. 

Ja, nawet gdyby mnie zapraszano, czułbym się obco. Nie wiem, czy znalazłbym wspólny język z tymi, którzy z akademicką swadą przerzucają się aluzjami i w małych palach mają kompendia wiedzy wszelakiej. Nie, chyba poczekam na zewnątrz...

Najlepszy, acz złośliwy komentarz

Dlatego nieco bardziej doświadczonym czytelnikom „W podziękowaniu za siedlisko” objawi zdumiewające przestrzenie. Ta w najlepszym tego słowa rozumieniu ekskluzywna liryka przypomina nam o mariażach intelektu i wyobraźni, dyscypliny poetyckiej i wolnej myśli, które nawet pozbawione wzniosłości tematy są w stanie opisać przy pomocy wymyślnego szlachetnego dyskursu.

piątek, 2 maja 2014

I cóż z tego, że "Nadjeżdża" Słomczyńskiego

Jako obserwator współczesnej polskiej poezji poczułem drobną satysfakcję w chwili, gdy uświadomiłem sobie, że być może trafnie wyłowiłem spośród autorów zaprezentowanych w antologii „Połów. Poetyckie debiuty 2012” nazwisko Szymona Słomczyńskiego.
Wiersze, które pokazał on wtedy światu, brzmiały spójnie, miały charakter, wyróżniały się czystym tonem i niezbędną dawką realizmu, która potrafiła na dłużej przykuć uwagę czytelnika. Z radością więc przywitałem debiutancki pełnowymiarowy zbiór autora pt. „Nadjeżdża.”
Mój pozytywny odbiór nie osłabł nawet wtedy, gdy zamknąwszy książkę, zacząłem się zastanawiać, czy polubiłbym jej autora tak samo jak polubiłem jego utwory. Skąd ta w sumie mało profesjonalna wątpliwość? Cóż, przyznałem sobie do niej prawo w chwili, gdy w jednym z tekstów przeczytałem zdanie: Jestem podmiotem własnego wiersza, zawsze. I nawet jeżeli potraktujemy tę deklarację jako stały element gry, zwód, przykład typowego dla naszej najnowsze poezji dryblingu, jakim popisuje się poeta próbując "okiwać" podmiot liryczny, ja akurat obok tych słów obojętnie nie przeszedłem.
Od samego początku założyłem, że mówi do mnie ktoś z krwi i kości, a nie wcielenie, kolejna maska, kostium czy rekwizyt. Ten ktoś nie ukrywa się (za bardzo) za wyrafinowanymi pozami, nie mnoży niedomówień, opowiada o swoim życiu, w którym obowiązkowo łączą się w jedną całość czułość z nihilizmem, delikatność z agresją, a precyzyjne i wiarygodne raporty z teraźniejszości mieszają się z niemal onirycznymi wspomnieniami. Dzisiejsze dramaty i rozterki przesłaniają wczorajsze.
Bohater tekstów dzielnie maszeruje przez życie, prezentując swoje kolejne oblicza – niegrzecznego kochanka, agresywnego komentatora rzeczywistości, niezdyscyplinowanego członka większości wspólnot, których kontekst byłby naturalny dla młodego mężczyzny. Z jednej strony debiutancki tom wierszy Słomczyńskiego odsłania przed nami szeroką skalę poruszanych tematów, a drugiej dzięki powtarzaniu (i przetwarzaniu) ulubionych mamy wrażenie, że „Nadjeżdża” to całkiem nieźle przemyślana całość.
Język tych wierszy jest szybki. Ich tętno galopujące. Słomczyński pełnymi garściami chwyta obrazy, słowa, całe zdania i wiąże je w ciasno splecione partie. Niewiele się rozłazi w szwach. Młody poeta jest uważny, ma niezłe ucho, którym z powodzeniem łowi język nakrapiany nazwami własnymi, informatycznym dialektem, wulgaryzmami i potocyzmami różnego kalibru.
Są to więc teksty uszyte na miarę wyobrażeń o współczesnej liryce. Jednak autora broni uwaga, jaką poświęca on samemu sobie. Rzadko pozwala, by podmiot liryczny rozlał się, rozpuścił w opisywanej sytuacji. Nadawcą komunikatu zazdrośnie strzeże swojej pozycji i nie pozwala, by zbyt często ingerowano w jego sposób prowadzenia dialogu ze światem.
Bardzo dobry to debiut. Jeden z lepszych, jakie miałem ostatnio okazję czytać. I niech zabrzmi to nieprofesjonalnie, ale dobrze sobie wyobrazić samego autora, który być może przeżył wszystkie opisywane eskapady. Może ktoś wtedy polubi tego bezczelnego młodzieńca, bo ja sam z tym pewne problemy…


PS (ważniejsza część recenzji)




Problemy miałem też w przypadku pisania powyższej recenzji. Jasne, 20 lat czytam już polską (i nie tylko polską) poezję, 20 lat śledzę wynurzenia, monologi, zapiski, notatki z rzeczywistości, jakimi MUSZĄ się ze mną podzielić natchnieni, wyobcowani, mniej lub bardziej zakochani w samych sobie autorzy. I wiecie, co Wam powiem? Coraz mniej mnie to wszystko obchodzi. 

Nie byłem w stanie, mimo sprawnego warsztatu autora, zainteresować się jego światem. Guzik mnie obchodziły dylematy młodego zdolnego i niegrzecznego chłopaka. W nosie miałem (żeby nie powiedzieć dosadniej) to, co myśli o sobie, swojej rodzinie, bliskich i dalszych. 

Przypomniało mi się, jak rok po skończeniu studiów musiałem dzielić wynajmowane mieszkanie z grupką świeżo upieczonych studenciaków. Koszmarne doświadczenie braku łączności na każdym poziomie. Słuchali innej muzyki, oglądali inne seriale, uwolnieni spod nadzoru rodziców i szkoły zachłystywali się wolnością, alkoholem i papierosami. Ja męczyłem się w pierwszej beznadziejnej pracy. Nic nas nie łączyło. Nie mogło. 

Podobnie jest z tym tomikiem poetyckim...