środa, 25 czerwca 2014

Literatura z magla, czyli "W szpilkach na tropie" Jane

Książka Rebeki Jane pt. „W szpilkach na tropie” stanowi doskonałą wakacyjną lekturę (głównie jednak dla kobiet) i jej pojawienie się u progu lata to znakomite posunięcie wydawnicze. Rebecca Jane opisuje w niej najciekawsze, najbardziej charakterystyczne sprawy, z jakimi musiała zmierzyć się jako szefowa Damskiej Agencji Detektywistycznej, na pomysł założenia której wpadła w wyjątkowo dramatycznym momencie życia – odkryła, że mąż ją zdradza, a praca zawodowa przestaje zaspokajać podstawowe potrzeby. W tok opowieści autorka wplata historie o swoim nieudanym małżeństwie, trudach oraz rozkoszach macierzyństwa, o nowym partnerze, który przywrócił jej wiarę w sens miłości, w jaką wcześniej zwątpiła.
Rdzeniem książki są rzecz jasna śledztwa, jakie z upodobaniem Jane opisuje. Sama praca prywatnego detektywa, której kuchnię obserwujemy, nie ma wiele wspólnego z mniej lub bardziej romantycznymi wyobrażeniami, jakie pielęgnujemy w sobie po lekturach przygód Sherlocka Holmesa lub Herculesa Poirot. Bohaterka z jednej strony zamienia się w powiernika, na którego ramieniu można się wypłakać, w psychologa, który stara się wyjaśnić postępowanie innych, z drugiej zaś strony jest nieustępliwą tropicielką niewiernych małżonków, opieszałych alimenciarzy, potencjalnie niewiernych partnerów. Raz zwietrzywszy trop, nie odpuszcza aż nie dopadnie ofiary.
Metody pracy też zmieniły się od czasów detektywa z Baker Street 221b. Dziś najpotężniejszą bronią w poszukiwaniu prawdy o człowieku stał się Internet, w którego przestrzeniach każdy przy odrobinie wysiłku może znaleźć niemal wszystko o wszystkich. Zdjęcia, statusy, komentarze lekkomyślnie zostawiane na najbardziej popularnych serwisach społecznościowych, stanowią doskonałe źródła dowodów lub chociażby poszlak, na których można oprzeć podejrzenia o zdradę.
Styl tej biograficznej opowieści jest żywy, bohaterowie plastyczni, nakreśleni kilkoma szybkimi zdaniami; autorka potrafi przemycić nieco humoru, zdarzają się więc sceny nawet zabawne. Całość czyta się szybko, kolejne rozdziały pojawiają się i znikają z zawrotną prędkością.
Jeśli wierzyć znalezionym w sieci informacjom, „W szpilkach na tropie” to bestseller, a jej autorka stała się postacią rozpoznawalną, chętnie zapraszaną do programów telewizyjnych kobietą sukcesu. Gdy jednak uważniej przyjrzeć się temu fenomenowi, okazałoby się, że ów literacki sukces zbudowany został na bardzo niejednoznacznych fundamentach. Rebecca Jane chcąc nie chcąc obnaża przed nami sekrety pożycia intymnego innych ludzi, podsyca w nas niezdrową fascynację prywatnością. Kiedyś o podobnych ekscesach naszych bliźnich z wypiekami na twarzy rozprawiano w przysłowiowym maglu. Dziś – okazuje się, że to pomysł na nieźle sprzedającą się książkę. 
A najbardziej mnie boli to, że tę popową jednorazową książczynę puściło w obieg wielce zasłużone Wydawnictwo Literackie. To jest dopiero zdrada (pewnych priorytetów i własnej zacnej historii).

wtorek, 17 czerwca 2014

Morze zdań wielokrotnie złożonych, czyli "Dokąd bądź" Siwczyka

Krzysztof Siwczyk zapracował sobie jak rzadko kto na miano klasyka współczesnej polskiej poezji. Debiutuje w roku 1995 mając zaledwie 17 lat. Tomik „Dzikie dzieci”, nagradzany, wyróżniany, doceniony zarówno przez krytykę, jak i przez czytelników, zamienił młodego autora w pierwszoplanową postać polskiej sceny poetyckiej. Debiutanckie wiersze, silnie zakorzenione w realiach zwykłego banalnego blokowiska, dokumentujące dojrzewanie, pożegnanie z dzieciństwem i mrowiące się przeczucia dorosłości, preferowały konkret, silnie ukorzeniały się w rzeczywistości, widzialnej i namacalnej.
Jednak kolejne tomy skutecznie mogły zniechęcić do siebie czytelników przyzwyczajonych do wychodzącej im naprzeciw obrazowej poezji. Zdawało się, że Siwczyk raz na zawsze wziął rozbrat z widzialną rzeczywistością, coraz szerszym łukiem omijał to, co jest owocem pracy naszych zmysłów, i zaprzągł wehikuły wierszy do filozoficznego dyskursu.
Myśl prowadziła myśl, ulotne i kapryśne stany ducha zamieniały poezję w wyrafinowany dyskurs poety z samym sobą. Wszystko to działo się jakby pod nieobecność czytelnika, gdyż poezja tak potężna, enigmatyczna, z czasem coraz bardziej ponura, niosąca za sobą metaliczny posmak „ostateczności”, musiała stawiać niewyobrażalne wręcz kłopoty interpretacyjne. Pejzaż wewnętrzny krzyżował się z krajobrazem zewnętrznym, którego chaotyczne elementy przypominały porzuconą scenografię postapokaliptycznego filmu.
Najnowsze dzieło Siwczyka, zbudowany z dziewięciu części poemat „Dokąd bądź”, zdaje się łagodzić majestatyczną, monochromatyczną lirykę i wprowadza do niej (nieliczne, przyznajmy) sygnały neutralizujące jej trudny charakter.
Zdania, bo właśnie one są nośnikami sensu tej poezji, rozwijają się powoli. Autor zamienia je w wielopiętrowe, wielokrotnie złożone konstrukcje, w których gubi się uwaga odbiorcy. Nie jest to jednak zarzut. Poezji tej sprzyja wyciszona wnikliwa kontemplacja, która niekoniecznie musi zakończyć się jakimikolwiek wiążącymi wnioskami. Rozumienie jej w znaczeniu odkrywania poszczególnych sensów składających się na Sens całości, może być zadaniem nie tyle niewykonalnym, co wręcz niepożądanym.


Wystarczająco satysfakcjonująca jest już sama obserwacja tego morza poezji. Spokojnie falujące frazy, których pozorne monotonne kołysanie raz po raz pozwala wyłowić konkretne elementy rzeczywistości. Wspomnienia z dzieciństwa i młodości. Nieprzyjazny industrialny krajobraz. Imiona dawnych bohaterów popkultury, które brzmią jak nazwy zatopionych statków. Wreszcie niezwykłej urody, przedziwne, jednocześnie surowe i czułe partie opisujące fenomen miłości.
Nie jest to poezja dla wszystkich. Nie dajmy się zwieść – awangardowy rys tej liryki odstraszyć może nieprzygotowanego, przypadkowego odbiorcę. „Dokąd bądź” to podróż, w jaką może ruszyć czytelnik poezji, który kondycję zdobył w czasie długich forsownych lektur. Zdumiewająca książka, która każdorazowo będzie mądrzejsza i większa od wszystkiego, co się na jej temat napisze.

PS

Recenzja pierwotnie ukazała się na łamach Lubimyczytać.pl

poniedziałek, 16 czerwca 2014

Są rzeczy na niebie i ziemi, i na niebie, czyli "Radio Wolne Albemuth" Dicka


Dla Philipa Dicka świat, jaki znał przez ponad 40 lat, skończył się na początku 1974 roku, gdy pisarz stał się świadkiem, ofiarą, uczestnikiem (proszę wybrać opcję)wydarzeń, które wymknęły się rozumieniu nawet kogoś takiego jak autor powieści fantastyczno-naukowych. Kogoś, kto miał zapewne kontakt z wszelkimi możliwymi substancjami stymulującymi – od tabaki po LSD. Kogoś, kto żył w tyglu mieszających się ideologii, religii i filozofii, jakim była/jest Kalifornia.

Nawet ktoś taki miał problemy ze zrozumieniem fenomenu „żywego różowego światła”, które nie dość, że nauczyło Dicka rozumieć grekę koine, objawiło prawdę o stanie zdrowia synka pisarza (niezdiagnozowana grożąca życiu wada, którą należało operacyjnie usunąć), to przede wszystkim uświadomiło mu, że cała rzeczywistość, wszystko, w co wierzył, jest złudą. Imperium Rzymskie nie upadło, żyjemy wciąż w jego łonie i przypominamy w naszej walce o wolność i prawdę pierwszych chrześcijan…

A skoro już o chrześcijaństwie mowa – nie można nie skojarzyć tej historii z losami świętego Pawła i tym, co spotkało go na drodze do Damaszku. Subtelną różnicę wyczujemy, gdy uświadomimy sobie, że Paweł z Tarsu wiedział, kto zrzucił go z konia, natomiast Dick pozostał z niczym. A raczej z setką teorii, narastającą paranoją i nieszczęśliwą duszą…



Skłonni do religijnych afektacji czytelnicy zobaczą w wydarzeniach z 1974 roku zagadkowe objawienia, a „Radio Wolne Albemuth” będzie kolejną próbą ubrania w garnitur narracji tego, co nienazwane. Podobnych prób mieliśmy zresztą więcej – najbardziej znany „Valis” to wstrząsająca na poły psychologiczna, na poły mistyczna podróż w poszukiwaniu prawdy oraz jej rozsianych w świecie depozytariuszy. „Bożej inwazji” z kolei najbliżej do klasycznej s-f (jeżeli Dick kiedykolwiek takie pisał…) „Radio Wolne Albemuth” zaś to popisowo rozpisana dystopijna wizja Ameryki, która wpadła w szpony totalitarnych rządów.

Prezydent Ferris F. Freemont (3 x szósta litera alfabetu, patrzcie!) za pomocą całej armii donosicieli, tajnych agentów i zwyczajnych sługusów podporządkowuje sobie kolejne sfery życia, ogranicza prawa obywatelskie. Czujemy tutaj zaduch prezydentury McCarthy’ego, Nixona z niejasnym przeczuciem atmosfery rządów Reagana. Kraj powoli zatapiają fale propagandy, która każe widzieć w każdym potencjalnego wroga kraju, ani chybi szpiegującego na rzecz śmiertelnego wroga Ameryki – Związku Radzieckiego.

W tym upiornym świecie jedynym sprzymierzeńcem wolności i prawdy jest… starożytny satelita krążący od tysiącleci ponad Ziemią i posyłający wybrańcom strumienie „żywych informacji.” Główny bohater, alter ego samego Dicka, stał się jednym z „wtajemniczonych”, któremu odsłonięto przerażający stan rzeczywistości.

Dick nie byłby sobą, gdyby nie splótł fabuły z iście gnostyckimi teoriami, elementami chrześcijańskiej teologii, echami przeróżnych podejmowanych już wcześniej przez pisarza rozważań. Nie byłby też sobą, gdyby nie stworzył znów zdumiewająco smutnej, zamykającej nadziei drzwi, powieści. Po jej przeczytaniu człowiek ma prawo czuć się jak uczeń Chrystusa przeżywający pierwsze godziny po Jego ukrzyżowaniu. (Nie za mocne porównanie?) Rozczarowany, ogłuszony niesprawiedliwością i bezradnością.

Gdyby spojrzeć na „Radio Wolne Albemuth” z racjonalistycznego punktu widzenia, nie ma wątpliwości, że dzieło to jest jedną z najlepszych znanych literaturze prób zamknięcia w fabularnej strukturze biograficznego doświadczenia. Dick dał nam doskonałe świadectwo rozpaczliwych prób rozerwania przezroczystego worka, w jakim się znalazł za sprawą epifanii z roku 1974. Niech o tej heroicznej walce świadczy choćby fakt, że rozszczepił samego siebie na „dwóch” bohaterów (jeden z nich jest pisarzem s-f i nazywa się Philip Dick) i kazał im zawzięcie dyskutować o naturze i sensie przesłania „z góry.”


Prób rzecz jasna nieudanych, gdyż autor nie znalazł języka ani kształtu, dzięki którym wytłumaczyłby swoje doświadczenie. Nie oznacza to oczywiście, że „Radio…” jest powieścią nieudaną – odwrotnie. Formalnie ciekawa, fabularnie zaskakująca stanowi jeden z ważniejszych utworów w dorobku „późnego” Dick i uświadamia dotkliwą stratę, jaką była śmierć pisarza, który domknąwszy kolejny rozdział swojego twórczego życia, rozpocząłby następną, zapewne fascynującą podróż.  

środa, 4 czerwca 2014

Na przeczekanie, czyli "Tajemna historia" Tartt

Od czasu do czasu zdarzy mi się obejrzeć taki mecz piłki nożnej, którego pierwsza połowa kipi od zdumiewających akcji, porywających ataków i kontrataków, szaleńczej gry napastników i pewnych interwencji obrońców. Sypią się gole, kibice wiwatują, sędzia odgwizduje przerwę. Po wznowieniu gry zawodnicy grają tak, jakby satysfakcjonował ich osiągnięty przed przerwą wynik. Poruszają się niemrawo, nie męczą się bieganiem, nie szukają gry. Chcą dowieźć wynik do końca, nie zwracając uwagi na zniecierpliwionych kibiców.

Donna Tartt wie, jak uwieść czytelnika. Pierwsza część powieści realizuje motyw, jakim często skutecznie posługuje się literatura masowa, nakierowana na skuteczny i bezlitosny podbój czytelniczych serc. Główny bohater trafia do collage’u, gdzie po krótkim czasie udaje mu się dostać do elitarnego grona kilkorga studentów prowadzonych przez ekscentrycznego profesora, fascynata kultury antycznej, wyrafinowanego i czarującego, hipnotyzującego swoją erudycją i koneksjami, nieomal geniusza. Jego studenci to też elita intelektualna uczelni, a przy okazji grupka ekstrawaganckich i zmanierowanych młodych ludzi, których łączy (jak się potem okaże) dużo więcej niż tylko biegła znajomość łaciny i greki. 

Czujecie już? Kłania nam się stary jak świat motyw „inicjacyjny” – główny bohater powoli zaskarbia sobie przyjaźń i zaufanie obcego wcześniej grona rówieśników, natomiast ci odwdzięczają mu się, wprowadzając go do swojego zepsutego mikrokosmosu, którym rządzą egoizm, hedonizm i emocjonalne okrucieństwo. Schemat inicjacyjny sprawdza się doskonale. Działa niemal zawsze, gdy przy odrobinie wysiłku wraz z bohaterem zaczniemy zdzierać kolejne warstwy rzeczywistości, by dotrzeć do prawdy o świecie.

Uczciwie muszę dodać, że doskonale się czyta pierwszą połowę książki. Bohaterowie są niebanalnie skrojeni i przypominają grupę intelektualnych superbohaterów. Poszczególne punkty węzłowe fabuły mogą wbić w fotel, bo w atrakcyjny sposób dotykają spraw ostatecznych – życia, śmierci, moralności, kultury… Krótko mówiąc – uczta. Lekkostrawna, ale bardzo intensywna lektura.

Dodajmy do tego śmierć. W sumie dwie ofiary. Doskonałe paliwo, na którym silnik każdej powieści może przejechać dodatkowy dystans. Okraśmy tajemnicą, mrocznymi opowieściami o pogańskich rytuałach, o zwierzęcej stronie natury człowieka, o krwawym dziedzictwie antyku, a zbudujemy fascynującą, porywającą historię o ludziach, którzy zapragnęli (w duchu „Zbrodni i kary” Dostojewskiego) sprawdzić, jak daleko można się posunąć i jakie mogą być tego konsekwencje. 



„Tajemna historia” miała więc szansę być ambitną próbą pożenienia schematów powieści popularnych z rozważaniami na daleko poważniejsze tematy. Coś jednak pękło, pokruszyło się mniej więcej w połowie książki. Akcja, do tej pory zwarta i pozbawiona balastu niepotrzebnych scen, nagle zaczęła deptać w miejscu. Rozgałęziająca się fabuła, zbędne epizody, szczegóły, partie pozbawione emocjonalnego żaru, ba! nawet pokojowej temperatury, skutecznie zaczynały leczyć mój ocierający się o patologię zachwyt pierwszą częścią „Tajemnej historii.” 

Cóż się stało? Chyba pisarka nie poradziła sobie z ciężarem problemu, z którym musiał zmagać się przywołany wcześniej Dostojewski. No bo jak długo można kazać bohaterom zalewać się w (nomen omen) trupa, by zilustrować kłębiące się w nich wyrzuty sumienia po dokonaniu Bardzo Złej Rzeczy? Po cóż kazać im dyskutować o niczym? Jeździć donikąd? Po cóż odsłaniać ich coraz bardziej i bardziej upiorne przyzwyczajenia i słabości, a jednocześnie nie mieć pomysłu, jak ugrać fabularnie te okropieństwa? Zawiesić wszystkich w jakimś na poły inferalnym cieniu poczucia winy, której nawet sobie zbyt dobrze nie uświadamiają? Mamy sobie sami dopowiedzieć, że wszyscy są aż tak zepsuci i wyzuci z moralności, skoro im "nie żal rozboju,/Ale tylko strach kary?" Same złe pomysły, moim skromnym zdaniem.

Pod koniec książki świat przedstawiony nagle zaczął tracić swoją trójwymiarowość, stał się płaski i pretekstowy jak Hogwart. Realia spłynęły jak niezaschnięta farba spłukana wodą z ogrodowego węża. Fabuła okroiła samą siebie do kilkunastu scen, które równie dobrze można odegrać w kameralnych warunkach pierwszego lepszego szkolnego teatru. 

Szkoda, pomyślałem sobie z żalem. „Tajemna historia” dała mi dużo satysfakcji. I nawet tam, gdzie tonęła jako spójna i skoncentrowana fabuła, potrafiła błysnąć od czasu do czasu jakąś drobnostką, okruchem, iskierką prawdziwej melancholijnej poezji… 

Chociażby zamykający powieść sen. No ale trzeba przeczytać ponad 500 stron, by uświadomić sobie jego piękno, niejednoznaczność i smutek.