sobota, 30 sierpnia 2014

Emulgatory, wszędzie emulgatory, czyli "Światło cieni" Dębskiego

Czytam sporo starej polskiej fantastyki. Karmię tym potwora nostalgii, jaki zagnieździł się we mnie i zmusza do sięgania po starocie, które swoją młodość przeżywały wtedy, gdy i ja dzieckiem byłem. Kusi mnie ta przaśność, umowność, kicz, wiara w istnienie lepszej przyszłości, gdy rozstrzygnięcia naukowe pchną człowieka na drogę ku lepszemu życiu…

Rozwiązania fabularne bywają wymuszone, bohaterowie noszą dziwaczne jednosylabowe imiona/nazwiska, technologia łamie wszelkie prawa fizyki, ale jest coś, co nie pozwala mi zgasić miłości do tych często kulawych tekstów. One są stare i dlatego drogie mojemu czytelniczemu sercu.

Czasami zastanawiałem się, jak wyglądałoby moje spotkanie z podobnym typem prozy, napisanym jednak dziś, tu i teraz. No i się dowiedziałem, niestety… Powieść „Światło cieni” Rafała Dębskiego to książka anachroniczna, źle skomponowana i stylistycznie płaska jak naleśnik. A zakręty fabularne i bohaterowie budzą słuszne skojarzenia z filmami klasy B i niżej…

Sam początek, a przecież nietrudno w s-f o miłą i intrygującą ekspozycję, razi  wtórnością, wygląda jak sponiewierany znoszony kombinezon roboczy. Na obcej planecie ląduje ziemska ekspedycja naukowa. Zaczynają się dziać dziwne rzeczy – wojskowi piloci widzą kłębiące się wokół ich pojazdów żywe cienie, których jednak obecności nie rejestrują żadne urządzenia. Oho, myślę sobie – czeka mnie spotkanie  ze starą dobrą historią o kontakcie z pozaziemską inteligencją.

Dobrze, czytamy dalej, by spotkać drętwego głównego bohatera, którego szczegóły z życia, wspomnienia, rozważania niby mają uplastycznić tę postać,  ale guzik z tego wychodzi, bo nijak nie pasują do proponowanej fabuły i zdają się na siłę rozpychać książkę. Czytamy o dziwacznych, niezrozumiałych zachowaniach bohaterów, których zmusza się do tego, by na siebie wrzeszczeli bez powodu lub uprawiali ze sobą seks, również bez powodu. (Omijałem te zawstydzające fragmenty, chociaż z reguły sceny erotyczne czytam po kilka razy…)

Nawet zagadka cieni, o której czytamy przez większość powieści i która powinna nas zaintrygować, jest tak rozczarowująca i tak karygodnie rozwiązana, że czytelnik może jedynie machnąć ręką: „E tam, takie coś?” – mruczy zdegustowany.

Chyba nic nie mogłoby uratować tej książki – jej słabość nie tkwi w jednej pojedynczej przypadłości. Ona cała jest skażona jakimś okrutnym grzechem pierworodnym. Sam pomysł – rzecz fundamentalna – nie wytrzymuje próby konfrontacji z czytelnikiem. Jest po prostu nieciekawy, a wszelkie próby uatrakcyjnienia fabuły (zabójstwa, szaleństwo, konflikty, tajemnicze zjawiska) nie dają się w żaden logiczny sposób uzasadnić, stają się więc jałowymi spulchniaczami opowieści. Emulgatorami…




Nie polecam, chyba że dałoby się „Światło cieni” zekranizować w latach 80, a jedynym kanałem dystrybucji byłyby wypożyczalnie kaset video. I jeszcze jedno – całość jako lektor musiałby czytać Tomasz Knapik.

wtorek, 26 sierpnia 2014

I niech rozdziobią nas kruki, wrony, czyli "Wieczne życie" Heinricha

Nie wiem, jak zareagowałbym, gdyby przyjaciel poprosił mnie, bym po jego śmierci zostawił jego ciało w lesie na pastwę dzikich zwierząt. Nie wiem… Z podobną niecodzienną rozterką musiał zmierzyć się Bernd Heinrich, wybitny amerykański biolog, który w swoich książkach łączy głęboką erudycję, naukową dyscyplinę i filozoficzną zadumę, autor „Wiecznego życia.”

To niezwykłe dzieło błyskawicznie ustawia perspektywę, z jakiej autor obserwuje i analizuje fenomen życia i śmierci. Zaproponowana optyka niemal całkowicie pomija metafizyczne odniesienia, duchowość, religię, w których kontekście zwykliśmy myśleć o sprawach ostatecznych. Heinrich w bardzo przekonujący sposób uświadamia czytelnikom, że życie jako takie nigdy się nie kończy, a śmierć jest tylko momentem przejścia pomiędzy jedną formą istnienia a drugą. Taka właśnie perspektywa niemal całkowicie anuluje tabu, jakim jest koniec fizycznej egzystencji.

Ba! Heinrich idzie dalej; bierze na swój biologiczny warsztat obyczaje pogrzebowe starożytnych Egipcjan i w brawurowy sposób tłumaczy je cyklem rozwojowym żuka gnojarza. A to nie jedyny fajerwerk, jaki eksploduje w tym fascynującym zbiorze esejów.

(Ciekawe,nawiasem mówiąc, jak Heinrich zinterpretowałby opowieść o zmartwychwstaniu Chrystusa...)



W następujących po sobie rozdziałach zapoznajemy się z kolejnymi obserwacjami, jakie poczynił autor będąc świadkiem przeróżnych „śmierci.” Heinrich znajduje wspólny mianownik dla myszy, jelenia, słonia, wieloryba, drzewa, by połączyć te wszystkie organizmy w majestatycznym dance macabre, w którym rolę wodzirejów przejmują  żerujące na zezwłokach organizmy. To właśnie ci pogardzani przez nas padlinożercy utrzymują świat w równowadze, oddając Matce Ziemi nieocenioną przysługę, oddając jej doczesne szczątki doniedawnych gości.

Jak na rasowego biologa przystało, Heinrich wypełnia swoją opowieść rzetelnymi, zdystansowanymi historiami – taksuje rozkładające się zezwłoki, kataloguje spostrzeżenia, szkicuje kształty owadów. Jednak tylko na pierwszy rzut oka „Wieczne życie”  można uznać za trudną naukową książkę, która wymaga czasu i cierpliwości. Jest zupełnie inaczej, gdyż autor każdorazowo wplata w naukowe eseje bezcenny pierwiastek osobisty. Mnoży konteksty, wspominając swoje dzieciństwo i pisząc o własnych dzieciach, piętnując niszczycielskie ślady człowieka na Ziemi, finalnie zastanawiając się nad własnym pochówkiem.


Zwieńczeniem całej książki jest rzadkiej urody filozoficzny fragment, dzięki któremu mamy szansę obcować ze szlachetnej próby myślą. Śmierć jest wpisana w naturę świata, więc wzorem starożytnych filozofów powinniśmy przyjąć ją za oczywistość. Nie ma w niej smutku, grozy ani straty. Ona po prostu jest. 

środa, 13 sierpnia 2014

Porządnie naoliwiona powieść, czyli "Apasiopesis" Sawickiego

Żyje w konsumentach kultury pewien obiegowy obraz belle epoque, który łączy w sobie elegancję, delikatny rys romantyzmu, dystyngowane gesty, odruchy serca skrępowane konwenansem lub skażone nutą dekadencji. I jeżeli w taki wszechświat wkleimy owoce „nowoczesnej” myśli technicznej – maszyny, często nie samą parą napędzane, wynalazki rodem z robotycznych pracowni – otrzymujemy piękny, pachnący oliwą i błyszczący jak świeżo naoliwione tłoki świat przedstawiony.
Steampunk jest ładny. Jeżeli nasza wyobraźnia nie ma problemu z przekładaniem słowa pisanego na sekwencje obrazów, wtedy rozkoszować się będziemy światem szeleszczących krynolin, sukien zamiatających posadzki, gorsetów ściskających osie talie niewiast, dżentelmenów paradujących we frakach i cylindrach.

Ciężko polskiemu czytelnikowi nie wpasować rodzimej wersji steampunka w ramy, jakie zakreśla sobą pozytywistyczna literatura realistyczna, stąd też „Aposiopesis” Andrzeja Sawickiego czyta się doskonale, gdy znamy choćby pobieżnie realia takich dzieł, jak przykładowo „Lalka” Prusa.
Autor tłem przygodowo-szpiegowskiej powieści kryminalnej uczynił Warszawę drugiej połowy XIX wieku. Miasto niepodzielnie rządzone przez Rosjan, którzy, dysponując najnowocześniejszymi zdobyczami techniki, wybili Polakom z głów wszelkie mrzonki o kolejnej próbie wybicia się na niepodległość. Sawicki, tworząc coś na kształt powieści panoramicznej, kieruję uwagę czytelnika raz na eleganckie wnętrza opery, gdzie zbiera się elita Warszawy, innym razem na targowisko, gdzie możemy niemal poczuć zaduch gnijących warzyw. Plastycznie odmalowana rzeczywistość to mocna strona tej książki.
Główni bohaterowie to też nielichy zestaw ciekawych postaci. Piękna, chłodna, choć tęskniąca za romansem Prusaczka, która jako żołnierka w stanie spoczynku z godnością nosi na czole dwie śruby regulujące płynące w jej ciele życiodajne fluidy. Podkochuje się w niej polski inżynier, w którego ciało wszczepiono onegdaj układ mechaniczny, rozwiązując tym samym problem nawracających chorób płuc. Służącym inżyniera jest autentyczny dżin, który nie dość, że pamięta czasy biblijnych patriarchów, to na zawołanie potrafi zamieniać się w kłąb dymu.
Cała ta menażeria uczestniczyć będzie w zwariowanej przygodzie kryminalnej. Jej osią jest próba odnalezienia demona-mordercy, który zabił wysoko postawionego dyplomatę. Wypróbowany chwyt fabularny, jakim jest śledztwo, to tylko jeden z elementów tej powieści, bowiem bardzo szybko Sawicki dorzuca do paleniska fabuły kolejne drwa i kolejne epizody wybuchają z całą gwałtownością. Pościgi, strzelaniny, bijatyki… Jest to atrakcyjne, ale po pewnym czasie może budzić w czytelniku mieszane uczucia – wydarzeń okazuje się być paradoksalnie aż dużo. 
„Apasiopesis” wydaje się stać w rozkroku pomiędzy tęsknotą za stworzeniem dobrze umocowanego i opisanego alternatywnego świata, a chęcią poprowadzenia szybkiej pełnej zwrotów akcji fabuły. Sawicki stworzył interesujące mechanizmy rządzące rzeczywistością w jego powieści. Narrację prowadzi bardzo dobrze. Dokładnie opisany świat, jego detale, mniejsze i większe popisy wyobraźni autora, poczucie humoru, ironia, i ładnie wplatana intertekstualność nie dociążają powieści, której lekki styl może porywać. Pozwolę sobie więc wyrazić nadzieję, że „Apasiopesis” będzie pierwszą częścią serii przygód Henrietty von K., która pod koniec powieści opuszcza Warszawę, by podjąć się kolejnej, zapewne ryzykownej misji. Szkoda byłoby porzucić w tym miejscu tak ładnie dojrzewający świat przedstawiony…

wtorek, 5 sierpnia 2014

Teoretycznie klasyk, czyli "Kwestia sumienia" Blisha

Niektóre książki przychodzą w porę. Chcą nie chcąc zaczynają płynąć kursem równoległym do naszego życia. Komentują je dużo lepiej niż my byśmy to kiedykolwiek zrobili. Pointują je celnie. Zapowiadają to, czego my jeszcze nie widzimy, nie uświadamiamy sobie. Nie śnimy w najgorszych lub najlepszych snach. 

Cóż… Życie oferuje nam przecież pewną skończoną liczbę wariacji, więc niczego dziwnego nie ma w tym, że w końcu spotkają się ze sobą – książka ze swoim czytelnikiem. To czysta matematyka, żadnej magii. 

Nic więc dziwnego, że obserwując własną skorodowaną wiarę trafiłem na „Kwestię sumienia” Jamesa Blisha. Klasyczną powieść science fiction zaliczaną do nurtu teologicznego. Jednak gdybym miał odwołać się do optymistycznego przecież obrazu spotkania z książką, to z przykrością muszę stwierdzić, że „Kwestia sumienia” nie zapewniła mi miłego towarzystwa. Jej czytanie przypominało podróż z mało interesującą osobą, która z minuty na minutę coraz bardziej potwierdza nasze najgłębsze obawy – nie uciekniemy z tego przedziału przed końcem podróży, a ta będzie trwała i trwała…



Punkt wyjścia powieści jest co najmniej intrygujący – planeta Lithia zamieszkiwana przez gadopodobnych istoty, pozbawiona jest wszelkich patologii, jakich mamy w bród tu, na Ziemi. Nie istnieją zazdrość, przemoc, chciwość, pożądanie. Zło nie ma swojego korzenia…System moralny mieszkańców planety zdaje się być wszczepiony w genotyp. Wiodą spokojne, pozbawione napięć i konfliktów życie. 

Na planetę przybywa ziemska ekspedycja badawcza, w skład której wchodzi między innymi jezuita. Duchowny po dłuższej obserwacji tubylców dochodzi do przewrotnego wniosku, że niemożliwym jest, aby istniało Dobro, którego źródłem nie byłby Bóg. Ergo, Lithianie jako z gruntu istoty areligijne muszą być dziećmi samego Szatana… 

To dość łopatologiczne wnioskowanie głównego bohatera powieści poprowadzić mogłoby Blisha w kierunku ciekawych i niejednoznacznych wniosków, chociaż amerykański autor i tak nachalnie wpisywałby się w dyskusję, której ton narzucali francuscy egzystencjaliści. Blish mógł zapytać o źródło moralności. Czy istnieje ona w oderwaniu od Sacrum? Czy uniwersalna moralność może obejmować sobą nie tylko istoty ludzkie ale również istniejące potencjalnie we wszechświecie rozumne życie? Blish mógł, ale nie każdy Albertem Camusem się rodzi…

Na domiar złego tytułowa kwestia zbyt szybko rozmywa się w beznamiętnym i bezbarwnym opisie Ziemi przyszłości, gdzie w oparach zimnowojennych obsesji ludzkość wiedzie swój nędzny żywot pod ziemią, w sieci schronów. Bohaterowie niemal bez wyjątku są niesympatyczni lub nie pozwalają się polubić na dłużej. Ich niepowodzenia, katastrofy życiowe, rozterki obchodzą nas tyle, co ateistę ogłoszenia parafialne w pobliskim kościele. Natomiast ostatnia scena (ok., zdradzam – egzorcyzmowanie całej planety) jest kuriozalna i zostawia czytelnika z dojmującym uczuciem: „Co ja właściwie przeczytałem?!”

Blish mógł wiele, ale potencjał jego książki pozostał karygodnie niewykorzystany. „Kwestia sumienia”, nie wiedzieć czemu uhonorowana Hugo Award w 1959 roku, to klasyk już tylko z definicji. Szkoda czasu. Serio…