poniedziałek, 27 października 2014

Bądźcie płodni, czyli "Zamknięty świat" Silverberga

Ależ dziwacznymi ścieżkami błądzić mogą myśli czytającego… Siedzę sobie z „Zamkniętym światem” Silverberga i nagle kołują mi w głowie takie cuda: książka ukazała się w 1971 roku, jesteśmy tuż za progiem rewolucji obyczajowej, która uruchomiła lato miłości, dzieci-kwiaty, Woodstock, fale studenckich strajków, a także wprowadziła na rynek w 1966 roku pigułki antykoncepcyjne. Z drugiej strony swoje działa wytacza Watykan, publikując encyklikę Pawła VI „Humanea Vitae”, w której piętnuje się wszelkie nienaturalne metody regulacji poczęć, czym niejako powtarza biblijne wezwanie do bycia płodnym i rozmnażania się. Dodajmy do tego koktajlu docierające do nas z głębin XIX apokaliptyczne przepowiednie Malthusa, który wieszczył zagładę ludzkości, jeżeli ta nie poprzestanie na modelu rodziny „2+2.” I nie chodziło mu o mężczyznę, kobietę, kota i psa…

Wydaje się, że wszystkie te konteksty znalazły w powieści Silverberga wyjątkowo apetyczny wspólny mianownik. Autor zbudował klasyczny dystopijny porządek. Akcję umieścił w 2381 roku. Ziemię zaludnił 75 miliardami ludzi, których spakował w olbrzymich, wysokich na 3 kilometry budowlach zwanych monadami.

Ludzie kierowani świętym obowiązkiem mnożą się na potęgę, zawierają małżeństwa w wieku kilkunastu lat, by w ciągu kilku kolejnych zafundować sobie 5-6 dzieciaków. Ba! W ciasnych monadach zlikwidowano całkowicie „wyłączność cielesną” partnerów, więc noc w noc można pakować się do łóżek przypadkowym osobom i za obopólną zgodą (odmowy są źle widziane) współżyć bez najmniejszych konsekwencji.

Autor nieźle świntuszy. Opisy seksu, dość naturalistyczne, dodajmy, stanowią sporą część książki i gdyby jakiś ambitny filmowiec pokusił się o jej adaptację, mielibyśmy do czynienia z (bodajże) pierwszą poważną próbą połączenia filmu pornograficznego z fanatyczno-naukowym.

Filmowy (w duchu poetyki choćby Roberta Altmana) zdaje się być też sposób prowadzenia narracji. Nic nas nie pcha od punktu A do punktu Z. Odwrotnie – czytamy o kilku dniach z życia grupki bohaterów, których losy splatają się z sobą (sami bohaterowie splatają się również, gdyż prowadząc wybujałe seksualnie życie, prędzej czy później muszą natknąć się na siebie…) Poszczególne historie uzupełniają się wzajemnie, każdorazowo odsłaniając inny wymiar dystopijnego świata. Pokazując inne okaleczenia, inne rany, jakie zadaje człowiekowi życie w wyżej opisanym ekosystemie.

Z drugiej zaś strony spora część postaci kwitnie i owocuje pod sztucznym słońcem monady 116. W pełni akceptuje reguły, przyjmując je za oczywiste i naturalne. Nieliczni tylko nieszczęśnicy, wyalienowani, przygnieceni klaustrofobią mają dwa wyjścia: albo poddać się inwazyjnej psychoterapii, albo zginąć, kończąc w tak zwanej zsuwalni.

Nie łudźmy się – nic nie rozbije tego świata, nie będzie sabotażu, rewolucji, pierwszych jaskółek innego ładu społecznego. Ten świat jest dosłownie zamknięty.



Czym więc jest ta powieść Roberta Silverberga? Kwaśną satyrą? Groteską wycelowaną w wartość płodności? Krytyką rozpasania seksualnego lat 60? A może (co brzmi chyba najgroźniej) przypominać ma nam, że wolni jesteśmy i tak tylko w obrębie wyraźnie zarysowanych granic? Nie wiem i bardzo dobrze, że nie wiem, bo świetna książka nie powinna zamykać interpretacji zbyt wielu drzwi.


Na koniec perełka – każdy z poziomów monady mieszkalnej nosi nazwę pochodzącą od któregoś z nieistniejących w 2381 roku miast. Elita żyje bodajże w Louisville. A gdzie żyją robole, plebs, ciemna masa? Tak, w Warszawie…

wtorek, 14 października 2014

Niedyskretny urok odgrzewanych dań, czyli "Czerwone liście" Simons

Kiedy w piosence zespołu PULP „TV movie” padają słowa:

Without you my life has become a hangover without end.
A movie made for TV: bad dialogue,
bad acting, no interest.
Too long with no story & no sex.

nie mogę nie pomyśleć o nadesłanej mi do zrecenzowania powieści kryminalnej „Czerwone liście” Paulliny Simons. Stan, o którym śpiewa Jarvis Cocker, to bolesne i dojmujące poczucie porzucenia/tęsknoty zamieniające życie w parodię życia. Złe dialogi, złe aktorstwo, licha fabuła, dłużyzny, brak scen łóżkowych. Wszystko to jak ulał pasuje do tej nieszczęsnej książki. (Oprócz seksu, opisanego w sposób drętwy, nijaki, bezpłciowy…). Przeżyłem w życiu sporo rozstań i kac, jaki po nich miałem był podobny do tego, jaki pozostał po „Czerwonych liściach.”

Wielbicieli powieści kryminalnych ciężko zaskoczyć czymś nowym. Starzy wyjadacze spróbowali już zapewne każdej możliwej wariacji. Począwszy od klasycznych Sherlocków i Herculesów, skończywszy na wciąż penetrujących granice gatunku kryminałach skandynawskich. Liczba możliwych odmian jest przeogromna, co świadczy o uniwersalności formuły, a z drugiej strony grozić może zalewem dzieł w przedziwny sposób zniekształcających ramy kryminału, wtórnych, nieudanych, banalnych.

Ostatnia uwaga odnosi się niestety do powieści Paulliny Simons pt. „Czerwone liście” – książki nudnej i niewnoszącej niczego nowego do skarbnicy gatunku. Dzieła, które realizując wszelkie prawidła tworzenia kryminałów, rozczarowuje i na szczęście dość szybko ulatnia się z pamięci czytelnika.

Pierwszą część książki (bagatela, około 150 stron!) stanowi monotonna, pozbawiona tempa ekspozycja. Poznajemy bohaterów, którym szybko zaczynamy życzyć śmieci, gdyż są nieziemsko antypatyczni. Połączeni podejrzanymi związkami uczuciowo-miłosnymi prowadzą najczęściej miałkie rozmowy zbyt wolno posuwające akcję do przodu. Scena kawiarnianej rozmowy przyszłej ofiary mordercy z policjantem, który będzie mordercę śledził, jest tak upiornie „o niczym”, że mogłaby się z powodzeniem znaleźć we francuskim filmie nowofalowym. W kryminale, gdzie w sumie większość scen powinna nam coś sugerować lub ukrywać w sobie tropy, do których będziemy wracać odtwarzając okoliczności zbrodni, jest nie-do-pomyślenia. To takie żałosne obyczajowe ćwierkanie. 



Jeżeli ktoś w tym momencie nie odłoży książki, doczeka się na główne danie, którym będzie śmierć jednej z bohaterek. Wkrótce sympatyczny detektyw zabierze się za tropienie mordercy, a autorka zacznie przyrządza swoje dzieło wedle znanych i ponoć gwarantujących sukces receptur. Korzenie tajemnicy morderstwa tkwić będą głęboko w przeszłości, znajdzie się grono podejrzanych, wśród których każdy będzie miał powód, by uśmiercić nieszczęsną ofiarę. Śledzić będziemy mozolne śledztwo, w trakcie którego odsłonią się przed nami kolejne warstwy prawdy.

Nie spodziewajmy się jednak fajerwerków. Ta powieść jest co najwyżej przyzwoita i dziś, gdy od kryminału wymaga się nowatorstwa, nieszablonowych postaci, karkołomnych fabuł lub chociażby świetnie zarysowanego tła obyczajowego, razić może swoją poprawnością, stylistyczną nijakością, bezbarwnymi postaciami, scenami, które doskonale znamy z oglądanych jednym okiem telewizyjnych kryminałów. Drugim okiem przypatrujemy się bijącym się ze sobą dzieciom lub podziwiamy sprawność, z jaką sąsiadka wprowadza samochód do garażu…

Dodajmy, że „Czerwone liście” Paulliny Simons pierwotnie ukazały się w 1996 roku. W Polsce pierwszy raz znajdują swojego tłumacza, wydawcę i czytelnika w 2002, potem w 2014 roku. To dość zastanawiający fakt, który może potwierdzać moją małą spiskową teorię – mamy do czynienia z klasycznym przykładem odgrzewanego kotlet ze średniej jakości jadłodajni. Nie polecam.

czwartek, 2 października 2014

Na blogi recenzenckie

Kiedyś obiecałem sobie, że umieszczać na moim blogu będę tylko i wyłącznie omówienia książek, szkice, esejopodobne opowieści o lekturach, wreszcie recenzje, które spełniać będą wszelkie wymogi gatunku. Nie chciałem bawić się w teoretyzowanie na temat polskiej blogosfery książkowej, gdyż w innych miejscach dawałem upust pewnym przekonaniom. Teraz jednak zbieram do kupy swoje obserwacje z nadzieją, że nade wszystko samemu sobie jasno wytłumaczę, dlaczego nieziemsko irytuje mnie rodzime środowisko książkowych blogerów.

BLOGI NA PIASKU

Pięć lat polonistyki, setki przeczytanych książek, dziesiątki artykułów, setki haseł ze słowników, kurz z bibliotek, toner z ksero… Cała ta patologia, która zabija miłość do książek i nakazuje robić sekcje zwłok ukochanym istotom. Tak, tak kiedyś wyglądało. Stara dobra szkoła, której reżim zamieniał pasjonatów w chłodno analizujących teksty (mam nadzieję) zawodowców. Filologów.

Pod koniec studiów żonglowaliśmy pojęciami i terminami. Czytaliśmy na poziomie daleko wyższym i głębszym niż 5 lat wcześniej. (Mam przynajmniej nadzieję, że tak było.) Jeżeli coś nam się podobało, wiedzieliśmy dlaczego. Jeżeli coś odrzucało, również potrafiliśmy to nazwać, rozłożyć na elementy podstawowe. Mieliśmy narzędzia, którymi podważało się zamkniętą strukturę tekstu. Szło się na oślep. Często fałszywie interpretowało, rozumiało opacznie, jednak raz użyte narzędzia za każdym następnym razem spisywały się lepiej. Praktyka. Tak, na pewno.

Większość „recenzji” polskich blogerów książkowych nie zdradza najmniejszych nawet znamion znajomości teorii literatury. Ba! Kolejne i kolejne recenzje poszczególnych blogerów budowane są na tym samym grząskim piaszczystym gruncie, jakim jest satysfakcja lub brak satysfakcji czytelniczej. Próżno szukać choćby tak podstawowych kwestii jak świadomość gatunku opisywanej książki, rozumienie kontekstów okołoliterackich,  powoływanie się na tradycję… Sprawę załatwiają tzw. „misie” – „mi się podobało, polecam”, o wiele rzadziej „mi się nie podobało.” Prywatne gusta i guściki, pielęgnowane przeświadczenie o tym, że należy dać pierwszeństwo odczuciu, płynnym nastrojom, subiektywnym peanom lub zawodzeniom, zastępują obiektywny rzetelny ogląd sytuacji.

W sumie zignorować można ignorantów, co też robię za każdym razem, gdy czytam „recenzje” poskładane na poły ze streszczenia książki, na poły z przymiotników opisujących życie wewnętrzne „recenzenta” kwitnące za sprawą „urzekających historii”, pożądanej gramatury papieru i kolorowej okładki.

Zignorować nie można jednak cielęcego samozadowolenia ludzi, którzy pisząc o książkach nie mają zielonego pojęcia o czymś więcej niż to, jak połączyć przeczytane litery w sylaby, sylaby w wyrazy, wyrazy  w zdania i tak dalej…

FORMA? TAK, MAM KILKA W KUCHNI

Jedną z oznak szacunku dla czytelnika jest nie tylko kwestia tego, CO się pisze, ale również tego JAK się to robi. Forma, fundamentalny przecież element struktury każdej wypowiedzi, w przypadku absolutnej większości blogerów książkowych NIE ISTNIEJE. Przepraszam, istnieje, zamykając całą wypowiedź w jednym okrutnie nudnym, przewidywalnym i banalnym kształcie. Teksty są „kwadratowe”, wyprane z jakichkolwiek konceptów, pomysłów, zabiegów formalnych, zabójczo jednakowe. Brak indywidualnego piętna autora tekstu, nieistnienie jakichkolwiek ryzykownych dywagacji, dygresji przeróżnej natury, które pozwalałyby widzieć książkę w szerszej perspektywie, razi jak oglądanie zjeżdżających z taśmy fabrycznie nowych nocników. Choć w różnych kolorach, każdy jest identyczny.

W najlepszym razie o lenistwie intelektualnym świadczy ta dojmująca monotonia. Rozumiem, że komuś może się nie chcieć. Nie każda recenzja musi być wszak zaskakująca formalnie. Nie każda musi łączyć różne wszechświaty. Nie zawsze trzeba odbiorcę ująć, rozbawić, zaciekawić, porwać… Czasem trzeba napisać porządny wstęp, solidne rozwinięcie i silniejsze wnioski, bez bawienia się w cuda na kiju.

Jednak gdy wykluczymy lenistwo, pozostaje nam coś gorszego – brak predyspozycji intelektualnych, nazywając rzeczy po imieniu. Są ludzie, którzy choćby tydzień myśleli nad tytułem recenzji, nie wymyślą niczego. Tak to wygląda, moi drodzy.

NIE MA KSIĄŻEK BRZYDKICH, TYLKO…

Nie czarujmy się – światek blogów recenzenckich trawi ta sama choroba, co inne przestrzenie, w których jedni ludzie mówią drugim, co jest dobre a co złe. Patologicznych wymiarów wręcz nabiera przesadna ostrożność, z jaką blogerzy wyrażają swoje zdanie. Żyjąc (w Sieci) dzięki książkom, często nie ryzykują, by podcinać gałąź, na której chcą siedzieć i czerpać z tego siedzenia profity. Któż, mając podobne nastawienie, zrówna z ziemią książkę, którą za darmo otrzymał od wydawnictwa lub od portalu czytelniczego, z którym współpracuje? Pojawia się wtedy uroczy mechanizm samooszukiwania się lub oszukiwania odbiorców recenzji.

„Nie ma złych książek, są tylko nietrafieni czytelnicy” – mawia się na mieście. Nie ma książek źle napisanych, nudnych, banalnych, wtórnych, głupich, wulgarnych, anachronicznych. Krótko mówiąc, nie ma książek chujowych póki dostaje się je za darmo.

BO LUBIĘ I JUŻ

Motywacja zdaje się najlepiej i najszybciej rozgrzeszać każdego, kto pisze o książkach i robi to w sposób fatalny, mierny lub nijaki. „Kocham czytać i pisać, więc jakim prawem mnie oceniasz!” – taką kwestię często spotykałem, gdy pod czyjąś recenzją zdarzyło mi się umieścić negatywny komentarz. Przewrażliwienie środowiska domorosłych blogerów na swoim własnym punkcie jest ogromne. Wytknięcie (nawet życzliwe) komuś błędów, nieścisłości, nierzetelności zbyt często kończy się jatką. I niemal za każdym razem słychać oburzony ton kogoś, kto uważa, że pasja, z jaką oddaje się książkom, POWINNA usprawiedliwić KAŻDĄ niedoróbę recenzencką. 

Nie muszę chyba dodawać, że „lubienie czegoś” nie oznacza tego, że automatycznie zostajemy ekspertami w danej dziedzinie. To jest tylko pierwszy krok. Dla większości blogerów książkowych pierwszy i ostatni.

KOŃCZĄC,

piszący te słowa nie rości sobie żadnych pretensji do bycia jakimkolwiek arbitrem elegancji. Odwrotnie, piszę pielęgnując swój mały ogródek, robiąc swoje po prostu.

Być może nieliczni odbiorcy mojego bloga oskarżą mnie o bufonadę, o zrzędzenie, o niczym nieusprawiedliwione poczucie wyższości. Cóż, w czasach terroru subiektywizmu, w czasach, gdy „każdy swoją rację ma”, posiadanie poglądów może zakończyć się oskarżeniem o intelektualny faszyzm. Trudno, jakoś trzeba będzie sobie poradzić z tym odium.