wtorek, 27 stycznia 2015

Klęska urodzaju, czyli "Chór zapomnianych głosów" Mroza

Jako powieść, Chór zapomnianych głosów Remigiusza Mroza zbudowana jest z najłatwiej i  najszybciej rozpoznawalnych schematów literatury science fiction i idealnie wpasowuje się w główny nurt literatury popularnej. Na kartach książki znajdziemy między innymi szeroki oddech typowy dla przyzwoitej space opery, niewielką dawkę horroru, rozważania na temat miejsca człowieka w, na pierwszy rzut oka, pustej kosmicznej przestrzeni. I choć w przypadku literatury środka żonglerka klasycznymi motywami niekoniecznie musi być powodem krytyki, to jednak powieść Mroza zdaje się być zbyt szczelnie wypełniona mieszającymi się ze sobą pomysłami, pochodzącymi ze skarbnicy gatunku. Sama zaś fabuła podporządkowana jest ich kolejnym emanacjom do tego stopnia, że szybko zapominamy, od czego się książka zaczęła. Musimy, chcąc nie chcąc, bez ustanku trzymać rękę na pulsie galopującej akcji, by nie zgubić się w jej otchłaniach.


Całość zaczyna się mocno i krwawo. Na pokładzie mknącego na podbój nowych światów statku kosmicznego budzą się dwaj astronauci poddani wcześniejszej hibernacji. Pobudka ta nie była jednak przewidziana w rozkładzie lotu, a korytarze statku usłane są zmasakrowanymi ciałami towarzyszy podróży…


Szybko okazuje się, że za masakrą na pokładzie ISS Accipitera stoi mroczna, obca siła, która dopiero zaczęła popisywać się swoimi morderczymi skłonnościami. Inne statki, które stara poczciwa Ziemia wysłała w celu odnalezienia innych form życia, również zdają się być ofiarami podobnej kosmicznej rzezi. Cała ta dość krwawa ekspozycja to tylko początek, który nie zapowiada innych atrakcji, jakie przygotował dla czytelników Remigiusz Mróz.





Chór zapomnianych głosów to wyjątkowo męska proza. Dwóch głównych bohaterów, astrofizyka Håkona Lindberga i nawigatora Diję Udina Alhassana, łączy szorstka przyjaźń, stąd też najczęściej zwracają się do siebie, używając wiązanek malowniczych przekleństw. Dość szybko zaczynamy kibicować im na drodze do poznania prawdy o tym, co stało się naprawdę na pokładzie macierzystego statku. Zdolni jesteśmy nawet polubić tych dogadujących sobie na każdym kroku mężczyzn, którzy, poddani presji przeróżnych zadziwiających zdarzeń, rzadko tracą rezon w ich obliczu. Dodajmy też, że ten pierwszy to skupiony i racjonalnie myślący Skandynaw, drugi – choleryczny muzułmanin.


Oni oraz pozostali bohaterowie tworzą typowy dla fantastyki naukowej kolektyw ludzi twardych, zaprawionych w bojach, dysponujących niezbędnym sprzętem, intuicją i wyobraźnią. A fakt, że przyjdzie im się zmierzyć z siłami, których potęgi wyobrazić sobie nie sposób, zapowiada niezłą zabawę. Gdy do tego wszystkiego dodamy przewijający się nieśmiertelny motyw obcych cywilizacji oraz podróży w czasie, które stają się okazją do rozważań na temat możliwości, jakie oferują komuś, kto chce zmienić przeznaczenie zapisane w przyszłości, otrzymamy wyjątkowo bogatą prozę.


Jednak fabuła tej obszernej książki bierze ostre zakręty i wyjątkowo często meandruje. Pomysł goni pomysł. W pewnym momencie wydawać się może, że kolejne zwroty akcji są zaledwie trampolinami, przy pomocy których powieść wjeżdża na nowe tory. Z czasem ta pogoń za utrzymaniem uwagi odbiorcy paradoksalnie może znużyć. Mróz nie zatrzymuje się na dłużej, by czytelnik mógł nacieszyć się serwowanymi mu po drodze rozwiązaniami. Nie pogłębia perspektywy, ale uparcie podrzuca kolejne pomysły, które zostają szybko przesłonięte następnymi. Z  jednej strony cieszyć może fakt, że Chór zapomnianych głosów stanowi przenośną skarbnicę elementarnych dla gatunku szablonów, a z drugiej powieść można skwitować oskarżeniem o klęskę urodzaju.


Książki takie jak ta nie mają zbyt wielkich ambicji, co rzecz jasna nie oznacza, że nie ma ich sam autor. Język dzieła jest czysty, pozbawiony zbędnych ozdobników stylistycznych, nie zatrzymuje na sobie uwagi czytelnika, tylko pozwala w jak najkrótszym czasie zorientować się w przestrzeni opowieści. Razić mogą mnożące się wulgaryzmy; zdaje się, że Mróz nie wierzy, by mężczyźni mogli rozmawiać ze sobą, nie używając kilku mniej lub bardziej wyszukanych przekleństw.


Cała powieść może zadowolić wielbicieli gatunku – jest w niej wszystko, za co kocha się fantastykę naukową. Zapewne odbiorcy, którzy już z niejednego pieca chleb jedli, mogą zżymać się, odnajdując znane już im od dawien dawna pomysły. Jednak sprawność wykonania rekompensuje wszelkie wątpliwości i wynagradza w dużym stopniu przyjemny trud lektury. Być może, przerzuciwszy ostatnią kartkę książki, pokusimy się o refleksję na temat kondycji samej literatury fantastycznej. Czy faktycznie trzeba na siłę szukać nowych, bardzo często zbyt wydumanych i karkołomnych pomysłów? A może wystarczy przyzwoicie odrobić lekcję i dać czytelnikom to, czego się spodziewają, wyciągając rękę w kierunku półki z napisem „science fiction”?


Recenzja pierwotnie ukazała się na łamach Fantasta.pl

czwartek, 1 stycznia 2015

Etap wysokogórski, czyli "Droga serca" Harrisona

Truizmem jest pisać, że książki M. Johna Harrisona należą do trudnych. Proza tego angielskiego autora czytelnikom się nie kłania. Uchodzi za dziwną, enigmatyczną, manieryczną, wymagającą nadprzeciętnego skupienia. Pozorny chaos i częsta nieobecność klasycznych rozwiązań fabularnych bywają przeszkodami trudnymi do pokonania. Pisarz nie stara się przypodobać masowym gustom, nie ma zamiaru niczego ułatwiać i uparcie kroczy swoją ścieżką, ignorując utyskiwania przyzwyczajonych do „normalnej” fantastyki fanów.

Droga serca, powieść wydana w 1992 roku, zdaje się doskonale potwierdzać wszystko, co o  Harrisonie do tej pory wiemy. Trzonem fabuły (jeśli można posłużyć się tak nieprecyzyjnym terminem) są zmagania trójki bohaterów, którzy przez większość dorosłego życia muszą uciekać przed zgubnymi skutkami pewnego rytuału, w jaki onegdaj zaangażowali się za sprawą parającego się magią ezoteryka. Pełznące za postaciami Zło, cień przeszłości, który kładzie się na każdym elemencie teraźniejszości, to motyw często występujący w klasycznych powieściach grozy, w horrorach wszelkiej maści. Jednak Droga serca horrorem z pewnością nie jest. Jest czymś dużo większym, głębszym i poważniejszym.



Czytając tę pozycję, nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że autor podejmuje wyzwanie rzucone fantastyce przez naczelnego paranoika science fiction – Philipa Dicka. Takie powieści jak Valis, w literacki sposób tłumaczące mistyczne doświadczenia i epifanie, jakie obserwował amerykański pisarz, miały potwierdzać przeświadczenie, że świat jest systemem znaków, które odczytać mogą jedynie wtajemniczeni. Znaki te rozsiane są wszędzie. Dick szukał ich, spacerując zaśmieconymi ulicach San Francisco lub oglądając reklamy telewizyjne. Drogę serca można uznać za równie dobre studium paranoi. Różni się jednak ono od owoców zmagań Dicka. Autor Valisa przelał na papier bardzo osobiste doświadczenia, które (ponoć) naprawdę miały miejsce. Paranoja u Harrisona ma charakter konceptu fabularnego, jest przemyślaną strukturą, pod dyktando której rozwija się cała powieść.

Bohaterowie Harrisona szukają tajemniczej Pleromy – mistycznej, wywodzącej się z gnostycznych rozważań Pełni – przeczesując tonące w mroku przeszłości odnogi historii Europy, dłubiąc w genealogiach królewskich rodów, po omacku chwytając strzępy rozrzuconych informacji. Jednak podróż do źródeł prawdy, jak to często w tego typu opowieściach bywa, może być okupiona klęską na każdej z możliwych płaszczyzn. Bohaterów prześladują więc nie tylko halucynacje, niemal mistyczne wizje, są również miażdżeni chorobami, wegetują w źle rokujących związkach. Nie od dziś literatura przekonuje nas, że wyprawa po złote runo wiedzy kończy się źle.

Dzieło Harrisona nie ma klasycznej, linearnej struktury. Serie epizodów raz łączą się ze sobą, innym razem tworzą osobliwy collage, w którym mieszają się odległa przeszłość z teraźniejszością, partie o charakterze czysto sprawozdawczym z miejscami przesyconymi poetyckim, odrealnionym klimatem. Powieść więc co i rusz zmienia tempo, szarpie do przodu i zwalnia. Delektujemy się spokojnymi, rozlewnymi opisami przyrody, mając świeżo w pamięci sceny, w których brutalny, perwersyjny seks łączył się z magią i bogowie wiedzą z czym tam jeszcze.

Kilka drobnych scen, opisów, na pierwszy rzut oka przypadkowo obecnych na powierzchni tekstu, znajduje swoje niepokojące odbicie w kolejnych partiach książki. Mistrzostwo Harrisona polega więc również na tym, że paranoja, która stoi u fundamentów świata przedstawionego tej powieści, przenosi się z czasem na sam proces lektury Drogi serca. Od pewnego momentu zaczniemy sami siebie pytać, czy dany epizod, obraz mają jakiekolwiek związek z poszukiwaniami prowadzonymi przez bohaterów, czy poprowadzą nas dalej na ścieżce interpretacji, czy są jednak ślepymi zaułkami, w których ugrzęźnie nasza uwaga?

Powieść angielskiego autora nie należy do łatwych. Trzeba przedzierać się przez prawdziwy gąszcz szczegółów, w jakie obfituje narracja, zmusić się do przeczytania kilku naprawdę mocnych drastycznych scen, wydobyć z plątaniny informacji te, dzięki którym zrozumiemy intencje bohaterów, przyzwyczaić się do nagłych, niezapowiedzianych niczym zakrętów fabuły. Gdy przygotujemy się na to wszystko, wtedy u kresu lektury być może pojawi się przyjemna świadomość tego, że obcowało się z dziełem niezwykłym, unikatowym i trudnym.

Recenzja pierwotnie ukazała się na łamach Fantasta.pl.