czwartek, 26 marca 2015

Uprawa zasobów ludzkich, czyli "Hodowanie troglodytów" Nowaka

Gdyby Immanuel Kant miał dziś na swoje nieszczęście pracować naukowo na jednym z polskich uniwersytetów, najprawdopodobniej jego słynna „Krytyka czystego rozumu” nie ujrzałaby światła dziennego. W najlepszym razie zawarte w niej idee zostałyby rozmienione na drobne, być może spieniężone, a już na pewno nie dotarłyby do nikogo poza wąskim gronem recenzentów naukowych. Ta wizja nie przypadkowo pojawia się na pierwszych stronach książki Piotra Nowaka pt. „Hodowanie troglodytów.” Pozycji mocnej, momentami drapieżnej, dającej wyraz raz gniewowi, raz bezradności wobec mechanizmów, jakie obowiązują w świecie.
Profesor filozofii białostockiego uniwersytetu nie przebiera w słowa wyliczając przeciwników, z jakimi musi ścierać się (i niestety finalnie im ulec) klasycznie rozumiany Uniwersytet. Całe zło, jakie dotyka polskie szkolnictwo wyższe, a jemu poświęcona jest lwia część tych rozważań, zrodziło się w 1999 roku, gdy wszedł w życie tzw. proces boloński. Na jego mocy wyższe wykształcenie stało się dostępne niemal dla każdego, a uczelnie zamieniły się w przedsiębiorstwa mające konkurować na wolnym rynku i działać na zasadach nieomal biznesowych.
O ile placówki kształcące specjalistów z dziedzin „ścisłych”, przyszłych inżynierów, architektów, ekonomistów przy odrobinie wysiłku odnalazły się w nowej rzeczywistości, to uczelnie kształcące humanistów wciąż nie mogą znaleźć swojego miejsca w nastawionym na utylitarność nowym wspaniałym świecie. Jak bowiem wolny rynek może zagospodarować potencjał filozofów, filologów klasycznych, historyków sztuki? Komu można sprzedać teorie na temat Formy, Chaosu, Bytu i Sensu?

Złe drzewo musi rodzić złe owoce – ogólny spadek jakości nauczania jest wynikiem bylejakości, jaka panuje na polskich uniwersytetach, które zamiast pielęgnować odwieczne święte wręcz przestrzenie wolności myśli, skupiają się na walce o pieniądze z grantów. Naukowcy zamiast spokojnej płodnej intelektualnie pracy zmuszeni są do kalkulowania, gdzie i w jakim języku najbardziej opłaci im się publikować. Paradoksalnie, jak udowadnia „Hodowanie troglodytów”, większa swoboda naukowa panowała w czasach PRL-u niż dzisiaj, 25 lat po odzyskaniu wolności…
Liczba opisanych przez autora patologii, ich rozmiar, a także niewesołe perspektywy, jakie rysują się przed kulturą oraz nauką, są przerażające. Okazuje się, że na naszych oczach rwą się nici łączące nas z poprzednimi pokoleniami. Stajemy się głusi i ślepi na to, co dostaliśmy w spadku. Nie umiemy odnieść się do dorobku tych, którzy przed nami powoli, żmudnie stawiali budowlę ludzkiej kultury. Żyjemy powierzchownie, konsumujemy, głupiejemy, co jest na rękę tym, którzy starają się kontrolować społeczeństwa.
Tego typu ponure rozważania wypełniają większą część książki, ale Nowak podejmuje również inne tematy. Ironizuje na przykład ze współczesnej tendencji do pogoni za nowościami wydawniczymi, kpi z „bulimii czytelniczej”, która objawia się fotografowaniem „stosików książek” i publikowaniem tychże zdjęć w Internecie. Forsuje, nie bez pewnej przekory jednak, niepopularną tezę mówiącą o tym, że istnieją pewne teksty kultury, które trzeba znać, ponieważ nie można bez nich pojąć pełni naszego dorobku cywilizacyjnego.
„Hodowanie troglodytów” to ważna książka analizująca przyczyny upadku pewnego sposobu istnienia w świecie. Zanika pogłębiona spokojna refleksja nad życiem. Nie do zasypania przepaść pojawiła się pomiędzy współczesnym człowiekiem a olbrzymią skarbnicą dorobku poprzednich pokoleń. Wyrwa, którą rozpaczliwie próbujemy zasypać substytutami prawdziwej kultury – czytadłami, serialami… Po lekturze tej książki nie będziemy mieli wątpliwości, że opisywanych w niej zjawisk nijak odwrócić się nie da. Można walczyć jedynie o to, by samemu nie stać się tytułowym troglodytą.

czwartek, 19 marca 2015

Co zrobiły Ci książki?

Nie ma chyba większego sensu kolejny raz opisywać stan, w jakim znajduje się nasza polska blogosfera książkowa. Mądrzejsi ode mnie się wypowiadali, głupsi też. Jedni i drudzy wskazywali podobne plusy i podobne minusy. Jedni krzyczeli, rozpaczając nad upadkiem etosu "krytyki literackiej", inni opłakiwali własną mikrą siłę rażenia, którą to siłę ponoć skutecznie osłabiają setki blogów prowadzonych przez pryszczate nastolatki... Każdy jakieś tam swoje żale wylał, ja też. Następnie każdy wrócił na swoje podwórko i na nowo zaczął uprawiać własny ogródek. 

Nic się nie zmieniło. Albo przynajmniej niewiele.

Wolę skupić się więc na tym, czego nie ma, nie zaś na tym, co jest. I chociaż pewnie pielęgnuję prywatne obsesje i potrzeby, to niech to pielęgnowanie zostanie tutaj zamknięte w słowach.

Gombrowicz kiedyś nieco buńczucznie stwierdził, co następuje: Opisuj tylko swoje reakcje. Nigdy nie pisz o autorze ani o dziele - tylko o sobie w konfrontacji z dziełem albo autorem. O sobie wolno ci pisać. I gdybyśmy nawet osłabili ogólny wydźwięk tych słów i sprowadzili je do pewnego dającego się zrealizować postulatu, to i tak stwierdzimy, że polskim internetowym recenzentom kosmicznie daleko do tego, o czym autor "Ferdydurke" mówi.

Recenzje internetowe (czyli  pewnie 99% recenzji pisanych dziś w języku polskim) stały się zakładnikami utylitarności. One mają czemuś służyć. Mają być pomocne, mają informować, doradzać, przestrzegać, kierować. Recenzja jest dziś niewolnikiem skostniałej formy, w której chrzęszczą, ocierając się o siebie pobieżne informacje o autorze i gatunku, kilka zdań o samej treści, wyliczone plusy i minusy tekstu. I jest naprawdę dobrze, gdy wymienione elementy ułożone są w określonych proporcjach i jeden nie przesłania drugiego. Wtedy jest idealnie, ale nudno, poprawnie i sztampowo.

Jakiś "rasowy" bloger napisał kiedyś, że guzik go obchodzi, pod jakim kocem czytana była książka, z jakiego kubka i jakiego koloru herbatę pił piszący recenzję, jaka była pora roku i jakiej muzyki akurat słuchał. Tak się pienił, tak warczał właśnie "zawodowy" recenzent w dyskusji na temat pleniących się jak chwasty blogów książkowych.

Natomiast właśnie ci "rasowi", oprócz (oby, oby) pewnego warsztatu i arsenału pojęciowego, są w stanie zaproponować mi niewiele więcej. Dają kanciasty konkret. Przedmiot przydatny, ale mający tyle wdzięku co krzesło z Ikei.

Mnie o wiele bardziej interesuje to, "co zrobiły komuś książki." Jakie myśli uruchomiły? Jak współgrają z zewnętrzną i wewnętrzną biografią? Jak korespondują ze światem czytającego? Czy poruszają się równolegle czy w poprzek tego, czym akurat się żyje? Kim byłem a kim może się stałem za sprawą tego czy innego utworu?

Pisać tyle samo o sobie, co o książce, która stała się na chwilę naszym gościem, znaczy stanąć do równej walki z tekstem. Nie sztuką jest poświęcić dziesięć akapitów jakiejkolwiek powieści lub zbiorowi wierszy. Sztuką jest przeczytać ją cierpliwie, wolno, nie czując oddechu innych książek czekających już "w stosiku z miesiąca stycznia, lutego, marca..." 

Przyjrzeć się trzeba, jak koresponduje z tym, kim jesteśmy, co myślimy. Proces czytania jest jednocześnie procesem odnajdywania w sobie (i wokół siebie) czegoś, czego być może nie dane nam było wcześniej zauważyć. 

Mój punkt widzenia rzecz jasna zakropiony jest idealizmem, ponieważ zakłada, że pisać o książkach powinni przede wszystkim ci, którzy mają coś do powiedzenia, coś przeżyli, przemyśleli i czegoś doświadczyli. Mają tak zwane "wewnętrzne zasoby" (jakby to nazwał amerykański poeta John Berryman). Tak, tak właśnie uważam. Chyba...

Innym problemem jest fakt, że nie zawsze dana książka jest na tyle istotna, że pobudzić nas może do pogłębionych medytacji i z tym również się trzeba pogodzić.

Żeby zamknąć te nieco pompatyczne rozważania nieco lżejszym akcentem, przytoczę pasującą idealnie do tematu historyjkę. Na trzecim roku polonistyki prowadzący "Teorię literatury" zaproponował nam napisanie eseju pt. "O sposobach kontaktu z książką."


Głowiliśmy się tydzień. Cała grupa przeżywała katusze, gdyż pewnym było, że parę osób będzie musiało na zajęciach swoje eseje przeczytać. Zaszczyt ten spotkał między innymi mojego kumpla, który dość swobodnie traktował wszelkie prace pisemne.


Praca kolegi kończyła się takim oto stwierdzeniem: "Podsumowując zebrane przeze mnie przykłady, można śmiało stwierdzić, że możemy z książką mieć różnego rodzaju doświadczenia. Od siebie mogę dodać, że najsilniejszy kontakt z książką miałem wtedy, gdy w bibliotece uniwersyteckiej spadł mi na głowę Słownik rymów Adama Mickiewicza."


Czego i Wam życzę...

wtorek, 17 marca 2015

Jak przygoda to tylko, czyli "Mroczne materie" Pullmana

To był jak zwykle przypadek. Nic innego nie kierowało moim kolejnym czytelniczym wyborem. Leżałem w szpitalu, trzymałem czytnik wypchany wszystkim, co tylko możliwe – od poezji, przez episode guide’y „Star Treka” i twarde science fiction, do „Rodziny Połanieckich.” Kolejno eliminowałem co cięższe teksty, nie chcąc pogrążać się w odmętach skomplikowanych, wieloznacznych i enigmatycznych utworów. Chciałem rozrywki, akcji, emocji, napięcia i przygody… I nie celując, trafiłem w punkt.

Pierwsza część trylogii Philipa Pullmana „Mroczne materie” dostarczyła mi starej dobrej czytelniczej przyjemności, z którą już dawno do czynienia nie miałem. Coś pierwotnego i przesyconego duchem opowieści zagnieździło się na kartkach tej książki, nie pozwalając na dłużej się od niej oderwać.

Kiedy się budzą emocje? – zapytałem sam siebie po kilkudziesięciu stronach powieści i dość szybko sam sobie odpowiedziałem – kiedy wyłączymy intelekt i damy się porwać strumieniowi wypadków, energii obrazów, plastyczności wizji i galopadzie pomysłów. Pullman otworzył śluzy wyobraźni i spowodował, że jego dzieło błyszczy tym niezwykłym światłem, które odnajdujemy w szerokich baśniowych narracjach.

Na każdej niemal płaszczyźnie jesteśmy w stanie zostać odurzonymi potężną dawką „inności” – świat przedstawiony najlepiej ułożyć sobie gdzieś w okolicach dwudziestolecia międzywojennego, następnie dodajmy do tego odmienną geografię, historię, prawa fizyki, strukturę społeczną… Okraśmy to wszystko obecnością magicznych rekwizytów, pancernych niedźwiedzi, czarownic.

To wszystko Pullman kreśli jakby przy okazji, dając pierwszeństwo fabule – opowieści o przygodach Lary, niezwykłej dziewczynki wychowywanej w Oksfordzie w otoczeniu ekscentrycznych naukowców. Nasza bohaterka jednak częściej niż nauce oddaje się typowym dziecięcym rozrywkom – wspina się po dachach, penetruje katakumby uczelni, wiedzie typowo chuligański żywot. Sielanka trawa do czasu, gdy okazuje się, że w okolicznych miastach (a potem w samym Oksfordzie) zaczynają znikać dzieci… Wybitnie niebezpieczna przygoda stoi już u bram i zatoczy ona naprawdę szerokie koło.



Pullman bez wysiłku i zadyszki pcha akcję do przodu, meandruje, skręca w nieoczekiwanych miejscach, dla swojej bohaterki znajduje wyjście z każdej sytuacji, chociaż ani razu nie mamy wrażenia, że autor korzysta z jakiegoś topornego deus ex machina. Jak w każdej baśni (a książka ta chyba kryteria baśniowości spełnia) na bohatera czekają zagrożenia, którym z pozoru sprostać nie może. Jednak za sprawą bądź to sprytu, bądź to zaprzyjaźnionych sił udaje mu się wygrzebać z najgorszych nawet tarapatów. Nie będziemy mieli wątpliwości, że wszystko zmierza do (powiedzmy) szczęśliwego zakończenia, chociaż czystość intencji poszczególnych postaci będzie dla nas sprawą enigmatyczną.

Pierwszy tom „Mrocznych materii” potwierdza starą prawdę – nic tak nie przykuwa uwagi czytelnika jak niebezpieczeństwo grożące dziecku, magiczne artefakty i odrobina heretyckiego filozofowania (dostaje się Kościołowi, ale to Kościół z alternatywnej rzeczywistości, więc wielkiego bólu dupy u ortodoksów nie powinno być…).


Koniec.

niedziela, 15 marca 2015

Tylko raz w życiu byłem w cyrku, czyli "Syreny z Tytana" Vonneguta

Mam taki problem.

Mam taki problem z Pratchettem i Vonnegutem...

Ja naprawdę lubię się pośmiać, czytając książki. Może nie wyglądam, ale to prawda. Lubię ironię, sarkazm, nawet czarny cynizm zakrapiany nihilizmem. Bawi mnie nawet prosty szwejkowski koszarowy humor; ktoś w odpowiednim momencie użyje słowa DUPA i już jest weselej.

Jednak nie lubię, gdy całokształt świata przedstawionego - od fundamentów po strych tekstu - zbudowany jest na nieustającej zgrywie, na satyrze rugującej jakiekolwiek ślady powagi i realizmu. No nie lubię...

Dlatego wszem i wobec chwalona powieść "Syreny z Tytana" tylko częściowo odpowiadała moim gustom czytelniczym. Atmosfera nielitościwie rozciągniętego w czasie i przestrzeni skeczu rodem ze stajni Monty Pythona zaczęła mnie męczyć mniej więcej w połowie książki, chociaż z drugiej strony musiałem docenić to, co Vonnegut  czytelnikom zaoferował - gejzer kreatywności, misterną, pozornie chaotyczną narrację, drapieżną ironię. Pomysłami Vonneguta można by obdzielić tuzin innych książek, przedziwnej groteskowej atmosfery pozazdrościć mógłby Gombrowicz, jednak coś obcego mojej wrażliwości legło u podstaw "Syren z Tytana"...



Cała historia od początku zrywa się ze smyczy wszelkiego realizmu, a streścić jej niepodobna. Niewtajemniczonym wystarczy, że rzucę kilkoma mieszającymi się z sobą elementami:

- wędrujący przez czas i przestrzeń kosmiczną, materializujący się (i na odwrót) razem z psem tajemniczy Ziemianin,
- milioner, który trafia na Marsa, gdzie odbiera mu się pamięć, wciela do marsjańskiej armii zbierającej siły do inwazji na Ziemię,
- nowa religia, która opanowała naszą planetę - kult Boga Doskonale Obojętnego,
- społeczeństwo samobiczujące się w imię powszechnej równości wszystkich i każdego...

Nie zrozumcie mnie źle. Ja doskonale ten cały cynizm, antyhumanizm, mroczne przeczucie bezsensu istnienia odczytuję. Ja widzę kpinę z konsumpcjonizmu, amerykańskich (czy tylko?) ciągot imperialnych i fiksacji na punkcie religii. Chwytam też grę z konwencjami starej dobrej fantastyki naukowej.

Niestety moja ukształtowana przez realizm wrażliwość, przyzwyczajenie do "świata na serio", w którym wszelkie możliwe brewerie są dozwolone, wzięło górę. Irytacja narastała wraz z kolejnymi rozdziałami, bowiem uświadamiałem sobie, że ktoś tu sobie ze mnie jaja robi. Nie traktuje mnie poważnie, choć być może tylko ja tak odbieram tę absurdalną z gruntu opowieść.

Podejrzewam więc, że przygoda z kpiarskim pisarstwem Vonneguta zostanie odłożona na później, i gdyby nawet autor ten miał mi do powiedzenia masę oszałamiająco mądrych rzeczy, wolę, by o marnym losie człowieczym wykładał mi poeta lub filozof, nie klaun.

wtorek, 10 marca 2015

Wszędzie dobrze, ale w domu..., czyli "Spóźniony owoc radiofonizacji" Sośnickiego

Dariusza Sośnickiego nie trzeba chyba przedstawiać tym, którzy uważniej przyglądają się polskiej scenie poetyckiej. Można jednak dojść do smutnego wniosku, że ten znakomity autor chyba zawsze będzie tkwił w drugim rzędzie, za plecami bardziej utytułowanych wszelkimi nagrodami kolegów. Dzieje się tak dlatego, że poeta ten kroczyć zwykł raczej w poprzek niż równolegle do tego, co aktualnie promuje polska liryka. Omija go chwała, splendor i popularność, gdyż jego poetyka, sposób prowadzenia wierszy, nieoczywiste pointy i delikatna ironia doceniane są głównie przez wyrobionego odbiorcę.
W odróżnieniu od poprzedniego regularnego tomu wydanego w 2009 roku (znakomite „Państwo P.”), gdzie Sośnicki brawurowo analizuje polską współczesność i się z nią rozprawia, najnowszy zbiór wyjątkowo często pozwala nam spojrzeć wstecz, w otchłanie przeszłości, gdzie swoich korzeni poszukuje podmiot liryczny tych wierszy.
Od pierwszego do niemal ostatniego tekstu „Spóźniony owoc radiofonizacji” eksploruje motyw domu. Figura ta, fundamentalna przecież na wielu poziomach znaczeniowych, została podświetlona z różnych punktów. Dom staje się nie tylko oczywistym symbolem zakorzenienia we własnej, prywatnej historii, miejscem, gdzie wykluwały się rodzinne mity wiążące mówiącego z bliskimi. Dom to również zatrzymane w przestrzeni świadectwo kolejnych przemian zachodzących w świecie. Sośnicki sięga naprawdę głęboko – zrekonstruowane losy, w których zapewne odbijają się dzieje niejednej polskiej rodziny, zaczynają się wraz z powojennymi porządkami. Obserwujemy, jak następujące po sobie dekady definiują rozumienie domu, jakie problemy pojawiają się z jego dosłowną i symboliczną warstwą.
A to mój rodzinny dom.
W odróżnieniu od genialnego poety Josifa Brodskiego, który w architekturze widział zamrożony i po części odporny na upływ czasu owoc ludzkiego geniuszu, Sośnicki przygląda się budynkom, przyjmując inną perspektywę. Sama bryła staje się często smutnym (lecz ironicznym, rzadko cynicznym lub budzącym czarny humor) symbolem nietrwałości ludzkich starań, by związać swój los z konkretnym miejscem. Co więcej, domy Sośnickiego rozpadają się, wymagają stałej konserwacji, a ich losy związane są z procesami dziedziczenia. Natomiast otrzymuje się tu w spadku nie tylko fizycznie istniejące konstrukcje, ale także cały ciężar losów ich mieszkańców.
Sośnickiego od zawsze podziwiałem za elegancką linię wiersza – w poezji tej nikt nie krzyczy, nie zawodzi, nie rozdziera szat i nie przybiera wystudiowanych póz na potrzeby zilustrowania egzystencjalnych ekstremów. Poeta pisze w sposób czysty, buduje swoje teksty tak, by czytelnik poczuł się zaproszony do wędrówki śladami odkryć podmiotu lirycznego. Świeże, ożywcze metafory, doskonała technika, subtelna, nienegująca świata ironia, mądrość i żywa inteligencja – to niezaprzeczalne atuty tego bardzo dobrego zbioru wierszy.

sobota, 7 marca 2015

Nie otrzymał promocji, czyli "Osobliwość" Domagalskiego

Gdy kilka lat temu wpadła w moje ręce powieść Dariusza Domagalskiego Silentium Universi, nie wywarła ona na mnie największego wrażenia. Fabuła łączyła nieprzystające do siebie elementy – do klasycznych (stereotypowych, prawdę mówiąc) chwytów rodem z arsenału literatury science fiction w niezgrabny sposób dodano dziwaczne metafizyczne rozważania, których nie powstydziłby się wystrzelony w kosmos Dan Brown. Dostaliśmy kilka iście groteskowych wizji, takich jak na przykład pomysł, by Szatan w całej swojej przerażającej osobie zamieszkiwał obcą planetę i tam sobie katedrę gotycką postawił. Książka była nieudana i trudno znaleźć w niej coś, co chwyciłoby za serce bardziej wymagającego miłośnika gatunku.
W 2015 roku Domagalski znów próbuje zmierzyć się z podobną materią, publikując Osobliwość, i znów niestety ponosi klęskę, choć jest może ona nieco mniej spektakularna niż w przypadku wspomnianej wyżej powieści.
Zacznijmy więc od początku. W odległej przyszłości dzięki zakrzywieniom czasoprzestrzeni ludzie mogą dowolnie eksplorować i zasiedlać wszechświat, a Federacja Solarna (twór o totalitarnych rysach) żąda absolutnego posłuszeństwa od każdej z rozrzuconych w przestrzeni kolonii. Osią fabuły autor uczynił wyprawę statku zwiadowczo-badawczego Selene do gromady kulistej 47 Tucanae, bowiem to zgrupowanie gwiazd zadziwia pewnymi odstępstwami od reguł panujących w kosmosie. Jednak załoga Selene ma przede wszystkim ocenić, czy opłaca się wydobywać znajdujące się tam zasoby naturalne, nie zaś bawić się w astrofizyków.
Pierwszoosobową narrację poprowadzono z perspektywy jednego z członków załogi, który dość szybko orientuje się, że na pokładzie statku kosmicznego, mającego pomknąć w kierunku peryferii wszechświata, coś jest nie w porządku. W ostatniej chwili do całkowicie męskiej załogi dołącza seksowna młoda kobieta, co burzy porządek rutynowego lotu. (Czytelnik od samego początku czuje, że za kilkadziesiąt stron przeczyta scenę erotyczną z ową panią w roli głównej…) Pojawiają się pierwsze sygnały, że każdy z bohaterów ma coś do ukrycia.
Atmosfera szybko gęstnieje, gdy okazuje się, że docelowe miejsce w przestrzeni, które teoretycznie powinno być dziewiczym terytorium, nagle ujawnia swoją ponurą tajemnicę. Załoga dzielnych kosmicznych zwiadowców staje w obliczu olbrzymiej niewiadomej, która wkrótce przekroczy możliwości ich rozumienia procesów zachodzących w przestrzeni. 
Domagalski znów posługuje się znaną z Silentium Universi strukturą powieści, którą nazwijmy roboczo „zagrożenie wewnątrz, zagrożenie na zewnątrz.” Na naszych bohaterów czeka niebezpieczeństwo związane z eksploracją rubieży kosmosu. Niedające się zidentyfikować potężne siły dybią na życie postaci, stopniowo odsłaniając przed czytelnikiem swoje upiorne oblicza. Cienkie ściany Selene nie gwarantują choćby cienia bezpieczeństwa, a powierzchnia badanej planety za nic ma wysiłki przedstawicieli homo sapiens, którzy chcą wydrzeć jej skromne surowce naturalne. Słono płaci się tu za odkrywanie tajemnic wszechświata.
To, co w science fiction jest typowe, zostało wzbogacone o klasyczny dla literatury sensacyjnej (a dokładniej mówiąc kryminalnej) model „zamkniętego pokoju.” Członkowie załogi giną w tajemniczych okolicznościach. Każdy z bohaterów mógł mieć motyw i okazję, by pozbawić kogoś życia. Narrator co i rusz przygląda się swoim kompanom i drążą go wciąż te same wątpliwości – który z nich mógł zabić, skoro wszyscy mogą udawać kogoś, kim nie są? Niestety, rozterki te są podawane w sposób zbyt mechaniczny, wysilony, by nie budzić w czytelniku lekkiej irytacji.
Ponadto kolejne śmiertelne zejścia nie wywołują większych emocji, skoro na naszych bohaterów czyhają siły kosmicznych rozmiarów. Ten błąd położył „sensacyjną” warstwę Osobliwości, gdyż Domagalskiemu trudno utrzymać uwagę czytelnika na obu frontach. Powieść rozjeżdża się na zbyt szeroko rozstawionych torach i finalnie wykoleja się.





Co jednak najgorsze, to fakt, że Domagalski próbuje przemycić rozważania „wyższego rzędu”, ale robi to mało subtelnie. Problemy materii zyskującej samoświadomość, sztucznej inteligencji, procesów zachodzących w kosmosie, ba! nawet wykorzystany motyw teatru świata przybierają w Osobliwości zadziwiające kształty – albo bohaterowie (z głównym na czele) w mniej lub bardziej pompatyczny sposób rekapitulują nam to, co wiemy o świecie, streszczają po prostu pewien stan badań wycinka danej rzeczywistości, albo wymienione problemy służą domknięciu fabuły i wygląda na to, że użyte są w sposób pretekstowy.
Mroczny finał powieści Domagalskiego może przynieść niejaką satysfakcję odbiorcom, ale poprzedzony jest on niespodziewanym metafizycznym wtrętem. Autor wykłada wszystkie karty na stół, a czytelnik zadaje sobie pytanie, skąd pisarz wziął takie a nie inne rozwiązanie, które nijak nie wynika z całości utworu, a zaledwie z pewnej jego części. 
Piszący te słowa doskonale zdaje sobie sprawę, że literatura science fiction jest już od dawna składana z istniejących od dziesięcioleci podzespołów. Trzeba cudu, żeby w obrębie fantastyki naukowej znaleźć całkowicie świeży, odkrywczy motyw fabularny. Na co liczą więc czytelnicy, szukając kolejnej pozycji SF? Tego, czego oczekujemy od dobrej literatury – intrygującego pomysłu, przynajmniej jednego bohatera, któremu będziemy kibicować, poczucia humoru, rozpoznawalnego stylu, ryzyka, które podejmie autor, chcąc poprowadzić odbiorcę tam, gdzie on się tego nie spodziewa…
Tego wszystkiego niestety w Osobliwości zabrakło lub wystąpiło w ilościach śladowych.


Recenzja ukazała się pierwotnie na łamach Fantasta.pl

wtorek, 3 marca 2015

Dlaczego mam czytać nudne książki, czyli "Zwodne światło" Kiplinga

Danina literackim bóstwom złożona. Sięgnąłem w otchłań czasu i posłużyłem się potrójnym kluczem wyboru książki: chwyciłem pozycję starą (rok pierwszego wydania 1890), klasycznego autora (Noblista Kipling) i niemającą w polskiej blogosferze żadnego chyba dłuższego omówienia.

Nie powiem, bym czytając „Zwodne światło”, debiutancką powieść autora „Księgi dżungli”, przeżył wielkie czytelnicze święto. Miałem wciąż pod górkę i pod wiatr – para głównych bohaterów była wielce irytująca, melodramatyczny ładunek był upiornie ciężki, choć być może kiedyś ściskał czyjeś serce. Rozwiązania fabularne, wybory postaci, gesty, dialogi były mi całkowicie obce. Jeżeli Kipling wiernie sportretował pewien stan świadomości Anglików epoki Imperium Brytyjskiego, to powiem szczerze, że nie chciałbym mieć z nimi za dużo do czynienia. Czułem się, jakbym czytał o zupełnie obcej rasie kierującej się irracjonalnymi pobudkami, dziwacznymi imperatywami, które zatruwają życie wszystkim naokoło.

Fabuła? Proszę: poznali się w młodości, potem on wyjechał na wojnę i wrócił do kraju opromieniony sławą „wojennego reportera” (nasz mistrz po prostu wysyłał do angielskich gazet rysunki z okropnościami). Przez moment rozkoszuje się sławą, ale w jego życiu pojawia się poznana w młodości dziewczyna, utalentowana plastycznie, ale w stopniu ciężkim… Niby się w sobie zakochują, ale ich rozmowy o uczuciach brzmią tak, że zęby bolą. Tyle chłodu, dystansu i certolenia się dawno nie uświadczyłem… Jeżeli takie są/były Angielki, to nic dziwnego, że Sherlock Holmes był starym kawalerem.



Punktem zwrotnym opowieści staje się wyzwanie, jakie podejmują nasi bohaterowie. Kto z nas lepiej namaluje Melancholię? Pretensjonalnie brzmi, prawda? On zaczyna malować, ale nagle dostrzega, że pojawiają się u niego kłopoty z oczami. Widzi coraz gorzej na skutek odniesionej onegdaj rany. Jedynym ratunkiem jest (uwaga, uwaga) wódka, która przywraca mu na chwilę ostrość widzenia.

Nawet tego nie komentuję, bo czerstwe dowcipasy to ponoć moja specjalność…

Malarz kończy dzieło, definitywnie ślepnąc. Natomiast jego narzeczona (czy Bóg wie, kim ona tam dla niego jest…) sprowadzona specjalnie z Paryża z tej okazji, nie decyduje się zaopiekować niewidomym malarzem. Ten zaś usłyszawszy o wybuchu kolejnego konfliktu w Afryce, pakuje się na statek, potem na wielbłąda, z którego zsiada, by zostać trafionym kulą na pierwszej linii frontu.

Proszę. To prawie całość.

Ciężko mieć sentyment do tych zamrożonych w czasie wiktoriańskich typów. To, co wbiła nam do głowy kultura na temat eleganckich i honorowych dżentelmenów oraz pięknych i inteligentnych dam, nijak ma się do tego, czym częstuje nas Kipling. „Zwodne światło” to pompatyczna, pozbawiona pozytywnych bohaterów opowieść. Żadnej nauki z tej historii wyciągnąć nie umiem. Najchętniej kijem rozgoniłbym to całe towarzystwo, dzięki któremu zmarnowałem kilka godzin życia.

A z drugiej strony pomyślałem sobie, że czasem warto spędzić czas z książką, o której wiemy, że niczego nie zaoferuje nam w zamian za nasze zainteresowanie. Zmęczy nas, znudzi, nauczy szukać sobie innych interesujących zajęć takich jak na przykład pastowanie podłogi. Z ludźmi będziemy mieli podobnie, wpadło mi do głowy – przyjdzie nam spędzać czas z (teoretycznie) przedstawicielami tego samego gatunku, ale ich problemy, ambicje, historie, przyjemności obchodzić nas będą tyle co nic. 

Mając na czytelniczym koncie takie dzieła jak „Zwodne światło” być może będziemy  w pewnym stopniu uodpornienia na ich trudne towarzystwo.


Powiedziałem.