piątek, 19 czerwca 2015

Pokażę Wam "Świat fizyczny" Jarosza

Nie napiszę tej recenzji w sposób zawodowy. I nie dlatego, że osobiście znam autora "Świata fizycznego", i nie dlatego, że nasze córki mają tak samo na imię. (Proszę przeczytać sobie w książce jak). Nie umiem zdobyć się na akademicki niemal, naszpikowany naukowymi określeniami i polonistycznym żargonem, tekst. 

Najprościej o wierszach Łukasza Jarosza napisać tak: w nich wszystko jest "na wierzchu." Zdania, obrazy, całe ich sekwencje układają się w doskonale rozpoznawalne, swojskie i bliskie pejzaże. Panoramę, którą znają czytelnicy żyjący gdzieś na uboczu wielkiego świata, obok głównych arterii współczesności. 

Wolę sobie pogadać o tych wierszach, być może z sobą i o sobie. Bo w tomiku Jarosza jest pełno mnie samego. Jest ogrom szczegółów, gestów, dźwięków, faktur, wspomnień, jakie w sobie znajduję i jakie widzę w mały miasteczku, którego powolne tempo, skromna przestrzeń i nieliczni lokatorzy wypełnia moją codzienność.

Nauczyłem się lubić ten świat – świat mój i świat poety, bo to chyba to samo miejsce. Powoli sobie wrastamy w podobną ziemię, wodę, powietrze. Na pamięć znamy znaki szczególne budujące nam życie. Obaj zdajemy niekończący się egzamin z uważności.

Podglądamy bliskich i dalekich, znajomych i nieznajomych. Czasem wzrok ugrzęźnie w banalnym szczególe, innym razem pamięć przerzuci w rejony, o których istnieniu dawno zapomnieliśmy. Obrazy dominują nad refleksją, ale tym lepiej dla tych pierwszych.

Jarosz umie to nazwać, zdefiniować, związać przy pomocy najprostszych zdań, na których tle z siłą błyskawicy rodzą się metafory. W tych wierszach jest dużo wolnego miejsca. Poeta najczęściej rezygnuje z tworzenia dłuższych, rozwijających się powoli sekwencji. Najczęściej wystarczy mu kilka sztychów, parę pociągnięć piórkiem, by zbudować obraz pełnowartościowy wiersz.



Krytyk literacki Marian Stala usiłuje na czwartej stronie okładki tomiku przekonać czytelników, że poezja Jarosza kryje w sobie jakieś pokłady (powiedzmy) metafizyczne, które ujawniają się dopiero przy kolejnych lekturach wierszy. Nazywa to uczucie zagadką. Wkurzyło mnie przekonanie, że ta doskonała poezja musi mieć jakąś duchową podpinkę, bo gdzieżby mogła istnieć tak sama z siebie, dla siebie, dla fizycznego, sensualnego istnienia. 

W życiu nigdy, panie Stala! Poezja Jarosza to hymn ku widzialności i doskonale obywa się bez takich wielkich żyrantów jak Sens lub przeczucie Konieczności Istnienia. Nie musi podpierać się żadnymi wyrafinowanymi teoriami lub aplikować do jakiejś konkretnej szkoły poetyckiej. Oscar Wilde napisał: „Prawdziwą tajemnicą świata jest widzialne, a nie niewidzialne”, a Jarosz fenomenalnie zilustrował ten pozorny paradoks.

Rewelacyjnie czyta się te proste świetne teksty. Takie nic, ktoś powie, ale właśnie zwrócenie uwagi na to „nic” być może pozwoli bardziej świadomie przejść przez życie.

Na świecie są dwa rodzaje poetów. Jedni powiedzą: „Chodź, pokażę Ci miejsce, gdzie dwa razy uderzył piorun”, ci drudzy powiedzą: „Pokażę Ci miejsce, gdzie piorun nie uderzył ani razu.”


Zdecydowanie wolę tych drugich…

czwartek, 11 czerwca 2015

"Poranek poematu", czyli Schuyler revisited

Już kiedyś miałem przyjemność obcowania z tekstem tego obszernego, rozlewnego jak dorzecze Amazonki, poematu autorstwa jednego z klasyków współczesnej poezji, do dobra, współczesnej amerykańskiej poezji, no jeszcze bardziej dobra - poezji nowojorskiej.

Przyznać muszę, że prześlizgnąłem się wówczas po powierzchni tekstu, łowiąc tylko najgłośniejsze sygnały, by zbudować z nich wiarygodnie brzmiącą recenzję. Ostatnio jednak drugi raz sięgnąłem po Schyulera. Porządkowałem półkę z poezją i przypadkowo chwyciłem "Poranek poematu", który przeczytałem od początku do końca, snując się z tym tekstem po świecie.

Zacząłem czytać tak, jak Schuyler zaczął pisać (do czego się przed nami przyznaje – w samych majtkach naprzeciwko maszyny do pisania) – w najzwyklejszych, banalnych okolicznościach: w poczekalni u lekarza. Rzecz jasna nie byłem w samych majtkach… Miałem na sobie bokserki z Supermanem. Pod spodniami, oczywiście.



Wróciłem do domu, by usmażyć dzieciom naleśniki, i znów towarzyszył mi Schuyler. Udało mi się nie spalić kuchni. Potem przeniosłem się na taras, gdzie oczy z trudem wytrzymywały przerażającą biel stron, na które padały promienie słońca. Poemat skończyłem następnego dnia, leżąc w łóżku, pod grubą pierzyną.

Jako czytelnik zatoczyłem więc pewne osobliwe koło. „Poranek poematu” zaczyna się właśnie rano. Bohater budzi się. Jego kochanek-malarz (tak, proszę państwa, mamy tutaj zaawansowany homoseksualizm) wstał wcześniej i wyszedł w poszukiwaniu inspiracji. I chociaż możemy w pewnym stopniu śledzić kolejnych czynności, jakim poświęcił się podmiot liryczny, pracując nad tekstem, nie będzie dla nas istotne, co stało się wcześnie a co później. Dlaczego? Dlatego że poemat Schuylera rodzi się z powolnego, ale żarłocznego marszu myśli, których pożywką może być absolutnie wszystko, co zarejestrują zmysły lub co na swoją powierzchnię wyrzuci pamięć.

Kształty, barwy, ruch, ludzie widziani przez okno, zapachy, dźwięki, cisza… W końcu epizody, drobinki życiorysu, mniej lub bardziej wstydliwe fragmenty wydarzenia układają się w wielowątkową spowiedź podporządkowaną zasadzie dygresji. Zaduma miesza się ze smutkiem, a ten chwilami rozświetlony jest subtelnym humorem.

I powiem Wam jedno – żadna książka należąca do tzw. literatury popularnej, głównonurtowej, nie da mi tego, co dać mi może taki Schuyler. Po kilkudziesięciu stronach wynurzeń poety, poczułem, że jest mi bardzo blisko do tego kogoś, kto opowiadał, jak na przykład poderwał marynarza lub jak walczył z chorobami wenerycznymi. (Oczywiście mnie do takich przygód absolutnie nie ciągnie…)

Miałem tak czytając „Szumy, zlepy, ciągi” Białoszewskiego. Po kilkunastu krótszych lub dłuższych „wypisach z rzeczywistości”, bardzo często anegdotach bez pointy, opanowało mnie przedziwne wzruszenie. To nie dające się wytłumaczyć przeświadczenie, że o wszystkim, co spotkało Mirona i jego znajomych, opowiadał on właśnie mnie. Nikomu innemu. Niestety pojawiła się również dojmująca samotność, uczucie opuszczenia, gdy wyszedłem poza teren tekstu.

To chyba siła wielkiej, nie zatrutej komercyjną stęchlizną, literatury, która jest w stanie złamać barierę pomiędzy piszącym a czytającym. Kto wie, czy nie obcując właśnie z poezją, nie doświadczamy prawdy o człowieku. Nie o bohaterze literackim (choćby był najlepiej skonstruowany), ale właśnie o człowieku, który w sposób totalnie otwarty, bezwstydny opowiada nam o swoich słabościach, kompleksach, obsesjach i fantazjach.

Być może ta odarta z wszelkich zasłon i filtrów literatura będzie razić ekshibicjonizmem, być może jest dowodem na bardzo amerykańską tendencję do „otwierania się” przed wszelkiej maści psychoanalitykami – przed ojcem, matką, przyjacielem, kochanką, więc dlaczego nie przed czytelnikiem? Ja jednak z ogromną przyjemnością przedzierałem się przez gęstą plątaninę tej poezji i po cichu fantazjowałem sobie, że ludzie w poczekalni u lekarza nie będą „Gali” czy innego „Twojego Imperium” czytać, tylko sięgną po coś, co naprawdę powie im coś istotnego o życiu…