niedziela, 19 lipca 2015

Mój wielki grecki poeta, czyli Ritsosa przybliżam nieco

Poezję Yannisa Ritsosa poznałem w sumie przypadkiem - sięgnąłem kiedyś po stojącą na półce niewielką antologię poezji greckiej, gdzie Ritsos ukrywał się wśród bardziej utytułowanych i znanych autorów - Kawafisa, Seferisa i Elitisa. Ci dwa ostatni to Nobliści, dodajmy dla ścisłości...

Ritsos tak nieśmiało reprezentowany dotarł do mnie jednym krótkim szarpnięciem - tak jakby ktoś złapał mnie za rękaw i wciągnął w głąb podwórka, o którym nie miałem pojęcia. Pokazał miejsce, które natychmiast uznałem za swoją drugą ojczyznę, i opowiedział o nim językiem, który stał się bliski jak polszczyzna. 

Mógłbym o Ritsosie pisać długo. Pokazać jego polityczne zaangażowanie - poeta był wielokrotnie więziony przez reżimy rządzące Grecją. Jako gorący komunista, a na pewno autentyczny socjalista, był solą w oku tych, którzy zwalczali wszelkie robotnicze ruchy i solidaryzm społeczny. Urodził się 1 maja, a to przecież zobowiązuje...

Wiem, w Polsce to skrajnie niepopularna postawa, ale serce Ritsosa zawsze było po lewej stronie, a jednym z największych dramatów jego życia było obserwowanie, jak pod koniec lat 80 wali się konstrukcja tzw. Bloku Wschodniego. 



Cóż, być może po prostu poeta był naiwny i wierzył, że ZSRR i jego satelity to idylliczne krainy mlekiem, miodem i benzyną płynące. Wolę tak to widzieć. Być może Ritos po prostu zapadł na ten rodzaj ślepoty, który nie pozwalał zachodnim intelektualistom dostrzec prawdy o "naszym obozie." Nie wiem...

Grecki poeta był tytanem pracy - w ciągu długiego życia napisał około 120 tomów wierszy, esejów, dramatów. Pisał bez przerwy - w czasie wojny i pokoju, na wygnaniu i ciesząc się wolnością w ojczyźnie, pisał, przepisywał, poprawiał... Potrafił machnąć długi wysublimowany poemat mieniący się od mitologicznych nawiązań, by po chwili naszkicować kilkoma zdaniami scenkę z życia ulicy, portu, wsi... Był poetą kompletnym. Pisał do końca. Umarł we śnie. Napracował się...

W Polsce znamy go przede wszystkim za sprawą tłumaczeń Michała Sprusińskiego zebranych w tomie "Sonata księżycowa.Poematy i wiersze." Jeszcze w paru miejscach się gdzieś tam pokazał, ale tak naprawdę mamy spolszczony tylko procent tego, co oferuje nam ta niezrównana poezja. Mam jednak szczęście, że anglojęzyczne wydania Ritsosa są o wiele bardziej reprezentatywne i na ich podstawie buduje sobie obraz tej twórczości.

No dobra, ale do czego zmierzam, możecie zapytać. Ano zmierzam w kierunku ostatniego zbioru wierszy poety pt. "Late into the night." 


Ta niewielkich rozmiarów książeczka zbiera teksty napisane przez schodzącego już z tego świata poetę. Osiemdziesięcioletni Ritsos nie przestaje zadziwiać precyzją spojrzenia - zamyka w nim wszystko: pustkę nocnych ulic i gwar zatłoczonych turystami greckich plaż, samotność starego mającego kłopoty ze snem człowieka, na oczach którego odchodzą kolejni bliscy, znajomi, sąsiedzi. 

Obudziliście się kiedyś w środku nocy, by tarzać się w łóżku, przeklinając własną bezsenność? Paliliście kiedyś papierosa, tak mocno nie myśląc o niczym, aż w końcu przypełzały do Was dawno zapomniane wydarzenia, osoby, krajobrazy? Widzieliście jak osuwa się w niebyt Wasza mała ojczyzna, którą powoli pochłaniają koszmary brzydkiej nowoczesności? 

Ritsos to czuje całym sobą - widzi, jak jego "stara dobra Grecja", kraj w sumie zacofany, prowincjonalny, staje się ofiarą ataku okrutnej zimnej współczesności. Stada turystów zapełniły miasta, ryczące silniki przepłoszyły konie ciągnące wozy z arbuzami, poławiacze gąbek ustąpili miejsca płetwonurkom uzbrojonym w akwalungi. Stare domy wyburza się. Starzy ludzie machinalnie powtarzają wyuczone odruchy. Młodym zdarza się umrzeć, a ich śmierć sprzęga się z dojmującym uczuciem przemijania.

To wiersze pełne ciemności, ciszy, bezruchu, milczenia. 

Taki przykład/przekład: 

"Gwoździe"

Kto potrzebuje tego, tamtego czy tamtego?
Najpierw zdechł pies, potem koń.
Pod schodami puste wiadro.
Rybacy niosą dzisiejszy połów.
Dom podzwania nieobecnością.
W lustrze blady ukrzyżowany Chrystus
chciwie ściska dwa gwoździe. 

Język Ritsosa jest boleśnie oszczędny. Okrojony do najprostszych sformułowań. Nazywa. Nie maskuje. Z rzadka trafia się jakaś metafora, wybujałe porównanie. Najczęściej czytamy spokojną wyciszoną medytację. 

Na przykład taka "Równowaga" w moim tłumaczeniu:

Dwa martwe ptaki w siatce myśliwego.
Widziałem krew na kamieniach.
Widziałem smutek łodzi znikającej za horyzontem.
Poczekałem aż do siódmej wieczorem. 
Wtedy przyszła ulewa i zaczęło wiać. 
Muzycy zaczęli się rozchodzić, jeden po drugim,
trzymając na głowami rozłożone gazety.
Zostawili instrumenty na stołach.
W końcu byłem wolny, mogłem spać lub latać.
Zamiast tego założyłem jedną skarpetkę.
Teraz wszystko jest na swoim miejscu.


Wiersze te są mi niesamowicie bliskie. Za każdym razem, gdy wracam na parę dni, tydzień lub dwa, do mojego rodzinnego Kalisza, teksty te we mnie pracują. Budzą się. Nazywają po swojemu takie na przykład miejsca jak to:


Te wiersze opisują mi starych ludzi (w tym moich rodziców), opustoszałe boiska, ciche podwórka, płaty tynku sypiące się ze ścian zaniedbanych kamienic... Taka moja starzejąca się Grecja ten mój Kalisz.

Chcecie jeszcze mocniej? Pod koniec jednego z najlepszych wierszy w całym tomie padają takie słowa dotyczące podmiotu lirycznego: 

Wstaje. Otwiera okno i patrzy na ulicę.
Nikogo. Ani ludzi, ani samochodów.
Tylko martwe zimne miasto pobłyskuje z oddali.

To miasto to martwa Grecja nowych czasów (wiemy dobrze, jak teraz wygląda), które to czasy w jakimś przerażającym prorockim niemal przebłysku widzi Ritsos na progu śmierci. Poeta odszedł wraz z epoką starych rybaków, rzemieślników, rolników. Zanurzonych w tradycyjnym spokojnym życiu Greków. Na szczęście nie doczekał epoki, która rozdarła na strzępy wszelkie marzenia o wolności i braterstwie ludzi. 

Pozostały wiersze. Świadectwa starości, ciszy i bezsenności...

poniedziałek, 13 lipca 2015

Gdy tata to Szatan, czyli "Dziecko Rosemary" Levina

To bardzo niepokojąca książka. Bez wątpienia kryje się w niej coś więcej niż skłonni bylibyśmy dostrzec przy pobieżnej, szybkiej lekturze. Niepokojąca nie tylko ze względu na mgłę tajemnicy, jaką "Dziecko Rosemary" wokół siebie roztacza.

Przypomnijmy, że Roman Polański zekranizował tę powieść, czym potwierdził reżyserską renomę. Film jest fantastyczny. Do tego stopnia fantastyczny, że być może zobaczył go Charles Manson, który jakiś czas potem wraz ze swoimi podopiecznymi zamordował żonę polskiego reżysera, Sharon Tate. Sharon była w bodajże ósmym miesiącu ciąży...

Manson być może słyszał również piosenkę Beatlesów pt. "Helter skelter" - słowa te według mordercy oznaczały apokaliptyczną wojnę, która pochłonąć ma sporą część ludzkości. Nie zapominajmy również, że Manson uważał Czwórkę z Liverpoolu za czterech aniołów opisanych w Apokalipsie. A skoro już przy Beatlesach jesteśmy - John Lennon został zastrzelony przez jakiegoś nierównoważnego nieszczęśnika przed domem, w którym "Dziecko Rosemary" właśnie kręcono...

Ładnie nam się splatają te wielkie przestrzenie - film, muzyka, literatura, życie... Nieco mroczniej się robi, gdy wbrew racjonalizmowi wyobrazimy sobie, że wszystkie te wydarzenia łączą jakieś podziemne, szemrzące cichutko strumienie i wtedy, w oparach paranoi, dostrzeżemy, że z "Dzieckiem Rosemary" jest coś naprawdę nie-halo. (Proszę poszukać sobie w innych źródłach jeszcze bardziej tajemniczych okoliczności przyrody...)

Nielubiany przeze mnie Stefan King mniej więcej tak napisał o Ira Levinie: "Jest on jak szwajcarski producent zegarków, przy którym my, inni autorzy horrorów, wyglądamy na handlarzy tandetą." 

King tym razem trafił w punkt. "Dziecko Rosemary" jest arcydziełem precyzji. Nie tylko nie znajdziemy w nim niepotrzebnych z punktu widzenia fabuły zdań, opisów, dialogów. Nie. Wszystko ułożone jest "na zero." Nic nie wystaje poza krawędź opowieści. Język jest przezroczysty, nie zatrzymuje na sobie uwagi.

Ważniejsze jednak są te wszystkie detale, drobinki, które rozrzuca autor. Początkowo niemal pogubione na przestrzeni tekstu, z biegiem czasu, bliżej finału, układają się w przerażający, bo prawdopodobny przebieg wydarzeń. 

Fantastycznym zabiegiem było przerzucenie ciężaru narracji na główną bohaterkę, która nie wie, czy jest ofiarą okrutnego spisku okultystów, czy też jej psychika po prostu nie udźwignęła wizji przyszłego macierzyństwa i płata jej dość dziwne figle. Ta rozedrgana świadomość utrudnia Rosemary jakiekolwiek rzetelne odnalezienie się w rzeczywistości - mąż, lekarz, sąsiedzi są jednocześnie bliscy i dalecy. Są przyjaciółmi i wrogami. Jednocześnie. I tak też ich widzimy przez większość lektury. 

"Dziecko Rosemary" nie jest zatem typową powieścią grozy. Jest zbyt inteligenta, przewrotna, niejednoznaczna. 

(Uwaga! Spoilery!)



Książka Levina zadała mi kilka dziwnych pytań, na które nie umiem odpowiedzieć. Na przykład: dlaczego wszyscy nowojorscy czciciele szatana to podstarzali, dobrze sytuowani, ale pozbawieni gustu przedstawiciele klasy średniej? Dlaczego w tle rytuału zapłodnienia Rosemary czytamy o wizycie papieża w Nowym Jorku? Dlaczego na początku powieści pojawia się tytuł artykułu prasowego pt. "Czy Bóg umarł" (autentyczna tekst z magazynu "Time") i te same słowa pojawiają się pod koniec powieści? 

I cóż, u licha, znaczy to przerażające wyciszone zakończenie, które niczego nie rozstrzyga, nie pointuje? Czyżbyśmy mieli do czynienia z tryumfem zła? Jak to tak? Nie ma happy endu? Nie wraca równowaga zakłócona przez ciemność? (Proszę zwrócić mi pieniądze za bilet!)

I to jest właśnie najbardziej przerażające w "Dziecku Rosemary" - bezradność bohaterki (i nasza również) w obliczu Zła, które mimo starań, szarpaniny, drobnych sukcesów, uparcie ukorzenia się w świecie, by rosnąć, kwitnąć i finalnie wydać owoce.

Levin deklaruje brak wiary w Szatana. Ale cóż z tego, skoro takie "Dziecko Rosemary" mogło wyjść spod pióra rasowego satanisty, który z ochotą podsycałby w nas przeświadczenie, że wobec zła człowiek bezbronny jest i słaby jak kobieta w połogu...