wtorek, 27 października 2015

Macając egzotyczne towary, czyli "Kochając" Greena

Świat służących i świat arystokratycznych pracodawców był wielokrotnie portretowany przez literaturę. Z jednej strony opisywany los służby był ponurą ilustracją niesprawiedliwości stale obecnej w zhierarchizowanym społeczeństwie, był wołaniem o przywrócenie godności „ludziom spod schodów.” Na drugim biegunie znajdziemy historie zgoła inne – utrzymane w lekkim komediowym tonie opowieści o sprytnych rezolutnych podwładnych i dużo mniej rzutkich, choć wciąż sympatycznych, panach domów. Pomiędzy tymi dwoma skrajnymi punktami znajduje się cały wszechświat, w którym służący są zaledwie cieniami, postaciami epizodycznymi, marginalnymi. Z rzadka powiernikami tajemnic, częściej niemymi świadkami wydarzeń.

Przydałby mi się taki szwadron co sobotę, gdy trzeba chatę ogarnąć...


„Kochając” Henry’ego Greena wydało w Polsce Biuro Literackie kojarzące się z ambitną, wysublimowaną, adresowaną do wyrobionego odbiorcy poezją. I niech to będzie pierwszym sygnałem ostrzegawczym dla kogoś, kto będzie szukał w omawianej książce spokojnej, relaksującej i bezpretensjonalnej lektury. Powieść angielskiego prozaika będąca oryginalnym spojrzeniem na świat służących pracujących w wielkiej rezydencji gdzieś w Irlandii, gdzieś u progu II wojny światowej, stawia przed czytelnikiem nieliche wymagania.
Lwią część książki stanowią zapisy rozmów, jakie pod nieobecność właścicieli posiadłości, prowadzą ze sobą służący. Partii czysto narracyjnych znajdziemy w sumie niewiele i mają one zarysować niezbędne dla rozeznania się fabule fakty - umiera stary lokaj, nowy sposobi się, by zająć jego miejsce, pokojówki plotkują, kucharki gotują… Cała reszta rozgrywa się w dialogach, z których autor (a co za tym idzie, tłumacz) pousuwał większość przecinków, a także nakazał postaciom posługiwać się specyficzną gwarą sugerującą ich niższe pochodzenie. Celowość tego ciekawego zabiegu artystycznego nie może jednak zrekompensować wysiłku, jaki potencjalny czytelnik włoży w przedzieranie się przez nieoznakowany przyzwoicie teren powieści.
Ponadto powieść nie ma tradycyjnie rozumianej fabuły. Śledzimy montaż scen, okruchy zanotowanej codzienności, szkice czegoś większego, co być może prowadzi nas w znanym tylko autorowi kierunku. Oczywiście, obserwacje obyczajowe dotyczące egzotycznego przecież dla nas świata służących mogą być cenne i pouczające, o ile uda nam się zaakceptować warunki narzucone nam przez Greena.
Cóż więc dostanę w zamian za przedarcie się przez tę powieść? – zapyta czytelnik, trzymając w rękach dzieło angielskiego autora – co będzie w garncu na końcu tej tęczy? Na pewno odpychający i brzydki portret przedstawicieli niższych warstw społecznych, których los zanurzył w świecie arystokracji. Na pewno obraz drobnych złośliwości i cynizmu, niskich pobudek i żądz z trudem tłumionych przez namiastki ogłady. Żaden z bohaterów nie budzi sympatii. Odwrotnie, postacie książki mogą być ilustracją naturalistycznych teorii jakoby klasa społeczna, miejsce pochodzenia i środowisko determinowały człowieka i nie pozwalały mu aspirować do czegokolwiek wyższego.
Piszący te słowa zdaje sobie sprawę, że wciela się w rolę książkowego trybuna ludowego i występuje w obronie „zwykłych” czytelników przed dziełami skazującymi ich na „męki wyższego rzędu.” Walory powieści Greena są niezaprzeczalne, ale w pełni cieszyć się nimi mogą zaprawieni w bojach z trudną prozą cierpliwi odbiorcy. „Kochając”, powieść doceniana w kręgu literatury angielskiej, można traktować jako luksusowy i egzotyczny towar, jednak śmiem wątpić, czy może ona podbić serca rodzimych miłośników czytania.

czwartek, 8 października 2015

Co tam, panie, na Marsie, czyli "Dżungla" Sypenia

Już od dawna literatura fantastyczna (nie tylko polska) przypomina wcale nieskomplikowany labirynt luster, w których odbijają się rekwizyty, schematy, motywy w większości stworzone w heroicznych czasach kształtowania się gatunku. Rzecz jasna zdarzają się niekiedy dzieła, które potrafią wpuścić sporo świeżego powietrza do doskonale znanego i delikatnie zatęchłego wnętrza, ale dzieje się to rzadziej niż częściej. 
„Dżungla” Dariusza Sypenia jest dobrym przykładem tego, że bazując na doskonale znanych i lubianych pomysłach ze skarbnicy science fiction, można stworzyć przyjemną w odbiorze, składającą hołd Wielkim Cieniom, powieść. Bo w debiutanckiej powieści młodego autora znajdziemy i echa „marsjańskich” opowieści Philipa Dicka, i żarłoczną puszczę kojarzącą się z „Cieplarnią” Aldissa, i problematykę obecną w dziełach cyberpunkowych.

Scenerią swojej powieści Sypeń uczynił planetę Mars, która jak chyba żadna inna pozaziemska przestrzeń zadomowiła się w wyobraźni autorów fantastyki. Jest ona uniwersalnym i najłatwiej rozpoznawalnym synonimem inności, obcego człowiekowi miejsca. Autor „Dżungli” nie obiecuje nam przyjemnej i lekkiej marsjańskiej egzystencji. Osiedlonych na Czerwonej Planecie ludzi czeka trudne, pozbawiające nadziei, puste życie, które mogą rozjaśnić na chwilę narkotyki, swoboda obyczajowa, miałkie rozmowy o niczym; technologia pozwala zapomnieć o starzeniu się ciała i dostarcza niezbędnej dawki rozrywki, ale również uzależnia od siebie i ubezwłasnowolnia.
Planetą rządzą siły polityczne, na które zwykły obywatel nie ma najmniejszego wpływu. Wszelki sprzeciw wobec władz jest skutecznie tępiony. Opis napięć społecznych i apatii, w jakiej pogrążają się A na domiar złego tytułowa dżungla, tajemnicza strefa, przed której siłą musi cofać się cywilizacja, powoli pożera kolejne skolonizowane tereny Marsa.
W tym świecie żyją Daniel, zajmujący się zawodowo odtwarzaniem ludziom wspomnień, oraz Francesca, której praca naukowa koncentruje się wokół tajemniczego projektu związanego ze sztuczną inteligencją. Ta para bohaterów to nasi przewodnicy po świecie przedstawionym. Wywiązują się z tego zadania nieźle, ale czytelnik może mieć czasem wrażenie, że zostali oni potraktowani nieco po macoszemu. Zbyt często są tylko obserwatorami wydarzeń, procesów, krajobrazów. Jako ludzie są dużo mniej interesujący, nawet wtedy gdy autor za ich sprawą chce przemycić kilka własnych przemyśleń na temat świata
„Dżungla” jest bardziej niż poprawną wariacją na temat kolonizacji Marsa, patologii społecznych drążących odcięte od macierzystej planety ludzkie siedziby. Stopniowo wprowadzany wątek sensacyjny z łatwością przykuwa uwagę czytelników. Język powieści, wystarczająco komunikatywny, by nie zatrzymywać na sobie uwagi czytelnika, jest w rękach autora prostym i skutecznym narzędziem przekazywania treści.
Nic nowego pod słońcem, powtarzałem sobie, czytając „Dżunglę”, ale nigdy nie czyniłem z tego zarzutu pod adresem książki. Odwrotnie, odbiorcy literatury science fiction doskonale wiedzą, w jakiej grze będą brali udział i bardzo często lubią „piosenki, które już kiedyś słyszeli.”