środa, 30 grudnia 2015

Losować i powtarzać, czyli "Kardonia i Faber" Jarosza

Ja się tak naprawdę na poezji nie znam. 

Traktuję ją jak muzykę, której słucham z przyjemnością i nawet umiem zwrócić uwagę na takie kwestię jak "podziały" czy "strukturę", modląc się, by nikt mnie nie zapytał, czy owe podziały w muzyce są. Cieszę się melodią, rytmem, słowami, nastrojem... Nie analizuję, nie wnikam, nie zaglądam pod powierzchnię. Nie potrzebuję sobie teoretyzować, dlaczego coś się podoba. Naturszczyk jestem. I tyle. 

I rzadko się zdarza, bym przesłuchał daną płytę od pierwszego do ostatniego utworu. Nie umiem utrzymać uwagi. Skupić się. Gdzieś mnie pcha do przodu. Do czegoś innego, do kogoś nowego. 

Ja wiem, że autorzy tomików poezji całymi godzinami zastanawiają się nad układem tekstów. Uświęcają ten porządek przy pomocy słów-kluczy, motywów, narastającego napięcia, rytmu pewnej opowieści etc. Ja wiem, jak się męczą autorzy wszelkich antologii, którzy oglądają teksty pod milionem kątów, przez pryzmat miliona szkół interpretacyjnych. 

Ja wiem, a i tak robię swoje. W czasie lektury włączam przycisk "Shuffle" i skaczę sobie po tekstach jak pasikonik. Jeden z początku, dwa ze środka, potem ostatni. Potem cofam się, by wziąć rozpęd i wylądować gdzieś pod koniec tomiku. 



Tak czytałem też ostatni tomik Łukasza Jarosza "Kardonia i Faber". Piszę o tym dość późno, więc dotarły do mnie odgłosy recepcji tej książki. Recenzje bardzo pozytywne, przychylne, nawet entuzjastyczne. Nie dziwię się. To bardzo dobra, solidna i przewidywalna poezja eksplorująca fenomen widzialnego życia. Życia jako ciągu zdarzeń, obrazów, myśli i uczuć, które istnieją niejako na tej samej "płaszczyźnie istotności." 

U Jarosza równie istotne jest wspomnienie o dawno nieżyjącym koledze, co obraz ujrzany kątem oka w czasie jazdy samochodem. (Chyba) niczego ta poezja nie faworyzuje, nie wyciąga na plan pierwszy, niczego nie używa jako dekoracji, scenografii. Nic nie jest tylko i wyłącznie rekwizytem. Na tych samych zasadach istnieją obok siebie ludzie, przedmioty, zwierzęta, przyroda. I właśnie ta demokratyzacja w (przynajmniej w dwóch ostatnich tomach Jarosza) wybitnie mi odpowiada. 

Część mądrzejszych ode mnie recenzentów zwracała uwagę na przewijający się w najnowszym tomiku motyw śmierci. Zgodnie z przyjętą metodą, znalazło się słowo-klucz, motyw-wytrych i podporządkowało się jemu rozważania obejmujące cały tekst książki. Recenzenci chcą widzieć w najnowszym tomie przede wszystkim opowieść o śmierci wkraczającej coraz szerszymi krokami do świata tej poezji. I pewnie tak jest. Jednak ja nie przykładam większej wagi do tych odkryć. Być może i słusznych.


Materią, jaką Jarosz wykorzystuje do budowy wierszy, jest rzeczywistość. Ta, w której autor fizycznie istnieje i każdorazowo daje jej pierwszeństwo. Od początku ścieżki twórczej Jarosza możemy towarzyszyć bohaterowi tych wierszy i widzieć w nich samego autora. To on jeździ po Polsce i to on zajmuje się swoją córką, to on odwiedza rodziców i to on zagląda ukradkiem do kościoła. Wchodzenie w kolejne dekady życia, daty graniczne, rytuały związane z cyklem pór roku, celebrowanie kolejnych świąt – to wszystko spotyka zarówno Jarosza, jak i bohatera tych tekstów.

Nic więc dziwnego, że ktoś powoli zbliżający się do czterdziestego roku życia zaczyna zauważać śmierć, która sięga po bliższych i dalszych, znajomych i nieznajomych. W przypadku tego autora dziwne by było, gdyby funeralne tony (delikatne, przyznajmy) kiedyś się nie pojawiły. Pojawiły się, bo w życiu się pojawiły. Jaśniej nie wyjaśnię.

Lubię te wiersze z powodu ich szczerości – nie mam wątpliwości, że czytam o czymś, co zaiskrzyło w rzeczywistości i stało się na tyle cenne, by zamienić to coś w zdanie, czasem pół wersu, czasem opasać delikatną metaforą. „Kardonia i Faber” jak każdy kolejny tomik dokumentuje pewien etap życia. Czytamy więc intymny, choć w najmniejszym nawet stopniu nie ekshibicjonistyczny dziennik. Z takiej perspektywy śmierć nie jest żadnym ważnym motywem poezji Jarosza. Jest po prostu jeszcze jednym elementem. Kolejnym żywiołem, w którym zanurza się bohater tych wierszy.

A ja? Skaczę dalej. Czytam sobie niedzielę, potem środę, potem sobotę, wracam do czwartku, a potem kolejna niedziela…

Losuję i powtarzam tę czynność z największą przyjemnością.