piątek, 26 lutego 2016

Ssący dołek, czyli "Trzęsawisko II" Smitha

Wbrew trendom obowiązującym w książkowej blogosferze, nie czytam ani nowości wydawniczych (no chyba że mnie ktoś o to zmolestuje), ani książek kultowych, ani klasyków, ani niczego, co by mnie odepchnęło po kilku pierwszych stronach, choćby wszystkie Noble, Pulitzery i Nike zdobyło.

Czytam sobie znienawidzonego, a przynajmniej pogardzanego przez oświeconych odbiorców, Guya N. Smitha, klasyka pulpowego taniego horroru. Książki Smitha można z łatwością dostać na każdym portalu aukcyjnym, swoich kilka egzemplarzy kupiłem za około minus 5 złotych. To znaczy sprzedający zapłacił mi, bym je od niego zabrał...

No więc wziąłem drugą część "Trzęsawiska", znajomość pierwszego tomu tej wstrząsającej opowieści nie okazała się wymagana. Wszystko zrozumiałem, chociaż Smith ukrył cały sens opowieści w potokach krwi, bebechów, płynów ustrojowych i innych tego typu ciekawostek.

Tytułowe trzęsawisko to tak naprawdę spore oczko wodne ukryte na terenie żwirowiska będącego terenem przygotowywanym pod budowę osiedla mieszkaniowego. Legenda głosi, że na terenie wykupionym przez pazernego dewelopera żyła banda ponurych Cyganów, którzy jakieś nieludzkie brewerie wyczyniali.

Echa tych wydarzeń odnajdujemy w omawianej książce. Piekielne bajoro w samym środku teren przeznaczonego pod zabudowę przyciąga przeróżnych osobników i nawet nudnego jak flaki z olejem księgowego jest w stanie przeistoczyć w zboczeńca i psychopatycznego mordercę. Stary dobry Smith powtarza więc swój popisowy numer - niewinnych, banalnych, szarych obywateli zaraża złem, a to zatacza coraz szersze kręgi zmuszając ludzi do tego, by okaleczali siebie i bliźnich, gwałcili, wypruwali wnętrzności...

W sumie niewiele więcej znajdziemy w "Trzęsawisku" - czekają nas orgie sadyzmu, niedającego się niczym uzasadnić erotyzmu opisanego zgodnie z regułami pulpowej literatury (komuś coś tam pulsuje w okolicach krocza i tak dalej...), dziwaczne rozwiązania, do których Smith zatrudnia duchy, demony i bogowie wiedzą co tam jeszcze.

Całą książeczkę można przeczytać w czasie oczekiwania na zabieg dentystyczny (czekając na wizytę u specjalisty "na NFZ" uda nam się spokojnie "Wojnę i pokój" zaliczyć...), a potem wyrzucić lub podesłać "znanemu blogerowi książkowemu" w ramach niewinnego sabotażu.

Najlepszą rzeczą, jaką można powiedzieć o tej książce, jest niewątpliwie tłumaczenie tytułu. Oryginał brzmi "The sucking pit", czyli "Ssący dołek". Przyznacie, że brzmi to intrygująco i niemal zajeżdża perwersyjną erotyką, ale mniejsza o moje prywatne obsesje...

Popatrzcie jeszcze na okładkę zachodniego wydania. To rzadka okazja, bym znalazł na jednym obrazku wszystko, co mnie w literaturze pociąga: