sobota, 14 maja 2016

...mam w dupie promocje książek

Parę dni temu obiegła "książkową Sieć" informacja sformułowana zgodnie z współczesnymi kanonami relacjonowania o tego typu wydarzeniach. Otóż "Takiej promocji jeszcze nie było" - krzyczały nagłówki.

Cytuję: "W środę 11 maja niemal 500 kolejnych stron najnowszej powieści Jaume Cabrégo pojawiło się na billboardach w metrze, plakatach, kawiarnianych kubkach, sklepowych witrynach, podłogach bibliotek, magnesach na latarniach oraz na chodnikach. Aby przeczytać całą książkę, trzeba odbyć wycieczkę po kilkuset miejscach w Warszawie.

To pierwszy przypadek, kiedy premiera literacka odbywa się w przestrzeni całego miasta."

Pod tekstem wili się w ekstazie miłośnicy książek, którzy podziwiali kreatywność, zazdrościli stolicy takich kulturalnych atrakcji, życzyliby sobie przewodnika, który poprowadziłby ich śladem kolejnych rozrzuconych stron. 

Krótko mówiąc, bomba.

Ja natomiast poczułem pewien absmak. Pierwszą myślą było przeświadczenie graniczące z pewnością, że wrodzono przekora nie pozwoliłaby mi na zachwycanie się czymś, czym zachwycają się wszyscy. To po pierwsze. Choćby ten promowany tekst był powieścią niemal noblowską, ja broniłbym się przed jej lekturą, by być czystym w swoich oczach. Nie chcę się zachwycać w grupie, stadzie, kółku nawet. Nie bo nie.

Drugim powodem mojego dystansu jest bolesna świadomość tego, że do zakupu (no bo o to w tym wszystkim chodzi, jak byście jeszcze nie wiedzieli) książki „zmusza” mnie akcja promocyjna. I to nie promocja czytania jako takiego, ale promocja jednego tytułu. Na to nie ma mojej czytelniczej zgody. Być może to utopijne, idealistyczne, naiwne i niedzisiejsze, ale ja naprawdę traktuję książkę nie jako TOWAR, ale jako coś, co daleko wykracza poza prostą rynkową definicję CZEGOŚ, czym się handluje. I nie umiem inaczej. W moim rozumieniu książka nie mieści się w granicach „usług dla ludności”, „rzeczy”, którą się promuje, reklamuje, przecenia, finalnie niszczy.

Książka nie układa się na dnie kosza obok marchewki, majtek i zgrzewki piwa. Nie kupuje się jej na kilogramy. Książka nie jest bajerem dodawanym w promocji do telefonu, zakupów na stacji benzynowej. Książka nie jest też gadżetem, do którego dodamy bezpłatny bilet na tramwaj, by lepiej samą książkę sprzedać*.

To jest moja filozofia, na straży której stoi wewnętrzny Czytelnik, który woli kupić na dworcu kolejowym horror z lat 90 (całe 5 złotych, sprawdziłem), niż wydać 40 złotych na wypromowane wszędzie „współczesne arcydzieło”.

I zaręczam, że nie chodzi o pieniądze…

Gdy się przypatrzeć choćby tej jednej promocji, dojedziemy być może do wniosku, że ci, którzy promocją są zachwyceni, są najmniej istotną częścią „systemu literatury”, który opiera się o prawa rynku.

Pomyślcie, ile razy zostaliście oszukani przez wydawcę, który obiecywał Wam złote góry, a finalnie otrzymaliście jedynie tombakowe pagórki. Przypomnijcie sobie wszystkie orgazmiczne pienia, jakie na czwartych stronach okładek zamieścili redaktorzy – „Znakomite! Hipnotyzujące! Niezapomniane doświadczenie! Jedna z najważniejszych książek roku, a może i dekady! Oszałamiający debiut dwunastoletniego transseksualisty z Nowej Zelandii!”

Ile zapowiedzi potwierdziła lektura? Ile razy maszyna promocyjna zatrzasnęła za Wami paszczękę, a Wy już staliście z kupioną książką, a może już nawet przeczytaną i budziła się w Was świadomość, która jest bliska emerytowi, który zrozumiał swój błąd już po skończonej prezentacji „garnków nowej technologii.”

Było tak? Było?

Swoje za uszami mają również piszący o książkach. „Prawdziwa” krytyka literacka chyba na dobre zatrzasnęła się za spiżowymi bramami uniwersytetów i tworzy natchnione elaboraty, by mieć kilka publikacji w ramach zdobywania szlifów doktorskich lub profesorskich. Zresztą nikt nie czyta „profesorków” – nie ma poważnych nieniszowych pism literackich, a sieciowe przejawy akademickiej krytyki literackiej są ciężkie, nudne i w sumie potrzebne dziesięciu ludziom na krzyż. Być może zawyżam dane…

A blogerzy książkowi? Cóż, już dosyć łez wylano nad poziomem recenzenckiej blogerki. Nie o tym dziś mowa. Blogerzy książkowi też są elementem promocyjnym. Wydawnictwa albo podsyłają zaufanym ludziom kolejne tytuły, licząc na właściwe opinie, ale sami blogerzy chwytają za nowości książkowe i wzdychają lub przeklinają dane dzieło.

Gdzie jest problem? Ano w tym, że o randze książki decyduje zazwyczaj wypadkowa ocen iluś tam osób, które niekoniecznie mogą mieć rację, właściwe spojrzenie, zdrowy rozsądek lub chociażby przyzwoitość. Zawyżając, zaniżając, zakładając fałszywe konta na portalach czytelniczych (słyszałem o takich praktykach), by odpowiednio ocenić tekst, uniemożliwia się czytelnikowi dostęp do rzetelnej wiedzy o tekście.

Kiedyś jednak mieliśmy czystszą sytuację – gdy biorę do ręki książki wydane w latach 90 i wcześniej, na ich okładkach rzadko kiedy pojawiały się hasła wartościujące dzieło. Mieliśmy zarys fabuły, kilka słów o gatunku i pisarzu. Koniec. Żadnych tam obietnic na wyrost, żadnych czeków bez pokrycia.

Dziś szukając wiedzy o danej książce (oczywiście nowości wydawniczej, bo kto by tam czytał książki wydane w XX wieku?), wpadamy w mgławicę informacji, których rzetelności nie jesteśmy w stanie sprawdzić, dopóki sami po książkę nie sięgniemy. Toniemy w niemerytorycznych „ochach i achach”, grzęźniemy w „recenzjach patronackich”, które ze swej natury są takie a nie inne. Cóż, nie twierdzę, że każdy bloger jest sprzedajny, że każda nowość zasługuje na baty, ale…

…z narastającym zdumieniem obserwowałem fetyszyzację nowości wydawniczych. Teraz przestaję się dziwić. Żyjemy wszak w czasach, gdy nowe jest lepsze od starego, książki po trzech miesiącach od debiutu muszą ustąpić miejsca nowszym nowościom, a czytelnicy z wypiekami śledzą zapowiedzi – „Co mi dziś przyniesiesz, słoneczko?” Blogosfera nowościami wydawniczymi stoi, a czytelnik zaczyna żyć w przeświadczeniu, że istnieje tylko literatura teraźniejsza lub lektury szkolne.

Na deser dodajmy nagrody literackie. Książki z przepaską „Nagroda Nobla”, „Nominacja do Nike”, „Pulitzer” ponoć sprzedają się lepiej, ale czy znów czytelnik nie zostaje wpuszczony w maliny, gdy Wielki Pisarz okazuje się wydmuszką? Przykład Donny Tratt lub Modiano powinien dać nam do myślenia.

Nike, Gdynia, Silesius… Nie ufam jak obcym psom. I Wam też nie radzę ufać.

Cóż nam zostało, którzy już wszystko wiemy? Cóż Wam zostało, gdy już jesteście u kresu tych moich niesprawiedliwych, paranoicznych, chaotycznych, uogólniających rozważań, które mieszają z błotem i recenzentów (którym jestem), i blogerów (jak widać), i czytelników samych?

Nie wiem.

No przecież nie będę Was przekonywał, żebyście nowości książkowe czytali po kilku latach od premiery, żebyście ignorowali wszelkie akcje promocyjne, żebyście podejrzliwie i na przekór wszystkim i wszystkiemu czytali po swojemu, nie bacząc na zachwyty i nagrody…

Nie będę, chociaż sam tak robię.



* I stąd mój bardzo ciepły stosunek do mało „legalnych” e-booków krążących na gryzoniowatych portalach…