poniedziałek, 29 sierpnia 2016

Koszarowo, czyli "Orzeł biały" Przybyłka

Myśląc o recenzji "Orła białego" Przybyłka, musiałem stoczyć iście homerycki bój z samym sobą, gdyż rzadko zdarza się sytuacja, bym trafił na tak dobrze napisaną książkę, która byłaby jednocześnie tak odległa od tego, czego w fantastyce szukam. Trudno nie podzielić czytelniczych zachwytów nad bogactwem wizji i dynamiką akcji, a jednak zagłębiając się w świat przedstawiony powieści, miałem wrażenie, że znalazłem się na przyjęciu, na którym wszyscy już się doskonale znają, a ja na dodatek pomyliłem i miejsce, i datę spotkania.

Zacznijmy jednak od początku. Przybyłek otwiera powieść w klasyczny dla science fiction sposób – ekspozycja stylizowana na kronikę historyczną przyszłości informuje nas o tajemniczym cudownym specyfiku, który obiecuje namiastkę nieśmiertelności, hamując procesy starzenia. Jednak skutki zażywania tego środka są przerażające – ludzie zamieniają się w zielonoskóre sadystyczne potwory, które gwałcą, zabijają i czasem zjadają tych, którzy jeszcze owej przerażającej metamorfozy nie przeszli. Cały świat pogrąża się w krwawym chaosie. Cały świat oprócz Polski, która tradycyjnie pławiąc się w nieustannych kłótniach, nie pozwoliła swoim obywatelom na legalną kurację N-Genem.

I w taki oto sposób nasz kraj stał się ostatnim bastionem cywilizacji i kultury. Został Twierdzą, która musi teraz bronić się przed hordami nacierających zewsząd zmutowanych i coraz groźniejszych bestii.



Paliwem polskiej literatury nie od dziś jest podobna wizja. Już w "Nie-Boskiej" komedii Krasińskiego Okopy Świętej Trójcy stoczą (przegrany) bój z naporem rewolucjonistów, których nadejście zwiastuje śmierć starego świata i początek nowego, bezbożnego. Mit przedmurza (nie tylko chrześcijaństwa, ale wszystkiego, co dobre) uskrzydla nie tylko pisarzy, ale pcha do na pozór straceńczych misji wszystkich młodych zapaleńców, których ofiarę przypominamy sobie wraz z obchodami kolejnych rocznic powstań i zrywów.

Przybyłkowi z pewnością najbliżej do świata wykreowanego przez Tomasza Kołodziejczaka, który zbudował rzeczywistość „Ostatniej Rzeczpospolitej”. Na kartach takich książek jak "Czerwona mgła" czy "Czarny horyzont" czytamy o Polsce, którą również osaczają odmęty chaosu i armie żądnych krwi bestii. Kołodziejczak potraktował swoją opowieść jak najbardziej poważnie. Można nawet zaryzykować teorię, że jego cykl ilustruje tezę ukutą przez Jana Pawła II o świecie, w którym toczy się zażarta walka pomiędzy cywilizacją życia/miłości a cywilizacją śmierci. Kołodziejczak, mieszając elementy science fiction i fantasy, opowiedział o Polakach stojących na straży tradycyjnych wartości (wiary, tradycji, kultury), dających odpór nawałnicom mroku i barbarzyństwa. Wypisz wymaluj jest to narracja, w którą z łatwością uwierzą widzący Polskę jako kraj wybrany, mający wyjątkową misję do wykonania.

"Orłu białemu" pozornie po drodze z podobnymi wizjami, a jednak Przybyłek zupełnie inaczej rozmieszcza akcenty i od samego początku nie ukrywa, że jego książkę należy czytać z pewnym przymrużeniem oka, mając dystans zarówno do samej historii, jak i jej bohaterów. Galeria postaci jest naprawdę imponująca. Każdej z nich autor buduje mniej lub bardziej malowniczy życiorys. Znamy ich upodobania, fobie, nadzieje i słabości. Zresztą ta kwestia zasługuje na dodatkowe omówienie – przed napisaniem powieści autor zaproponował potencjalnym czytelnikom możliwość wystąpienia w książce pod własnym nazwiskiem. Tak więc przyjaciele pisarza, koledzy po piórze, znajomi z portali społecznościowych zaludnili karty "Orła białego"; jednym przypadła rola dzielnych polskich żołnierzy, innych uszczęśliwiło bycie krwiożerczym orkiem. Bohaterowie są do tego stopnia dobrze „zrobieni”, że szybko przestało mi zależeć na obserwowaniu rozwoju akcji, a bardziej ciekawiły mnie kolejne, coraz oryginalniejsze i intrygujące postaci.

Powieść ta ma przede wszystkim bawić i z tego zadania wywiązuje się doskonale. Militarna odmiana fantastyki błyszczy tutaj olśniewającym światłem, a opisy pojedynków, bitew, starć szczelnie wypełniają strony książki. Pierwsi czytelnicy zwracali uwagę nie tylko na niezwykle dynamiczną akcję, ale zachwycali się również eksplozjami poczucia humoru, które to najwyraźniej objawiało się w dialogach, szermierkach słownych pomiędzy kłócącymi się lub walczącymi żołnierzami. Cóż, być może to prawda, że każdego śmieszy coś innego, gdyż zaledwie kilka razy zdarzyło mi się podnieść kąciki ust. Najwyraźniej tak zwany humor koszarowy (w dosłownym i przenośnym znaczeniu tego określenia) nie znajduje we mnie właściwego odbiorcy.

Zastanawiałem się, co może być tak zwanym „filozoficznym fundamentem” tej powieści. Co oprócz walki o fizyczne przetrwanie zmusza Polaków do oporu? W imię czego gotowi są poświęcić życie, zdrowie, prywatne szczęście? To odziedziczona po przodkach przekora? Gen niezgody na wszystko, co chce się nam narzucić? Przybyłek każe swoim bohaterom odepchnąć to, co łączy się z dziedzictwem chrześcijaństwa; nie brakuje w  powieści żartów z katolicyzmu, pojawiają się też poważniejsze partie, na przestrzeni których autor (ustami bohaterów) udowadnia, że w wyidealizowanej pogańszczyźnie należy szukać źródeł męstwa, odwagi i honoru. Pojazdy opancerzone, samoloty, broń – to wszystko ochrzczono imionami słowiańskich bóstw. Czyżby autor więc chciał dokonać swoistej rehabilitacji naszych pogańskich korzeni i starał się udowodnić, że w chwilach największej opresji przetrwać możemy jedynie wtedy, gdy wyrzekniemy się osłabiających ducha bojowego ideologii? Chrześcijaństwa?

Powieść już dość silnie rezonuje w środowisku czytelników fantastyki, a dzieje się to z kilku powodów. "Orzeł biały" to doskonała rozrywkowa lektura. Nie rozczarują się nią miłośnicy mocnej, chwytającej za trzewia literatury. Gdyby nie fakt, że zachwycają się nią również czytelniczki, napisałbym, że to prawdziwie męska fantastyka, która jeńców nie bierze. Powtórzę jednak wyraźnie – nie wszystkim tego typu pisanie będzie odpowiadało.

Mimo wszystkich swoich atutów książka zbyt często przypominała mi zbeletryzowany „zapis” gry komputerowej, coś w rodzaju „Warhammera” – mamy świetną grafikę, płynne ruchy postaci na ekranie, masę gadżetów do wyboru dla naszych wojowników, mamy kumpli, którzy wiedzą, co i jak, by zabawa się udała. Ale ja niestety nigdy nie byłem i chyba już nie będę „gamerem”…

Recenzja pierwotnie ukazała się na łamach portalu Fantasta.pl. Tutaj.

niedziela, 28 sierpnia 2016

Raczej nudny "Żywot człeka zmałpionego" Chmielewskiego

Tytus, Romek i A'Tomek zbudowali mu dzieciństwo. 

Jasne, czytałem przygody Kajka i Kokosza, Jonki, Jonka i Kleksa, ale to kolejne księgi Tytusa właśnie, które poznawałem w przypadkowej kolejności, potrafiły mnie porwać, rozbawić, zainspirować. 

Czułem związek, rodzaj bliskości w stosunku do trójki moich rysunkowych rówieśników, którzy nie chcieli dorosnąć, tkwili w niekończącym się dzieciństwie i w pełni korzystali z jego praw. Byli niewinni, nieco naiwni, pielęgnowali pewne niedzisiejsze teraz już wartości. 

A na dodatek poczucie humoru, którym skrzyła się każda książeczka (przynajmniej ta wydawana w PRL-u), było tak fantastyczne, że powiedzonkami, grepsami, rymowankami można było popisywać się na podwórku. 

Słowem - pycha, banany w czekoladzie!

Tak więc, gdy znalazłem w księgarni wspomnienia Papcia Chmiela opisujące historię powstania Tytusa oraz perypetie związane z wydawaniem komiksów w epoce słusznie minionej, nie zastanawiałem się ani sekundy. "Żywot człeka zmałpionego" znalazł się na półce "Przeczytać natychmiast!"



Zacząłem i ... cóż... To tyle dobrych wiadomości.

Książka ta potwierdziła dwie reguły, które obowiązują we wszechświecie. 

Po pierwsze, za każdym razem, gdy ktoś, kogo znam z niesamowitego poczucia humoru, bierze się za spisywanie swoich losów lub spowiada się komuś ze swojego życia (co nazywamy dziś wywiadem-rzeką), wtedy dzieje się rzecz dziwna. Humor ulatuje, śmiać się w sumie nie ma z czego, a całość zamienia się w jakąś smętną, przygnębiającą, snującą się ospale opowieść. 

Być może to prawda, że najlepsi komicy, rasowi komedianci i humoryści najlepiej realizują się na polu uprawianej przez siebie sztuki, a to, co nazywamy zwykłym życiem, zamienia ich w szaroburych, nudnych i przewidywalnych osobników. 

Druga reguła jest taka - jeżeli podziwiam czyjąś pracę artystyczną, niech mnie ręka boska broni przez sięgnięciem po biografię danego twórcy. Ja tak bardzo nie lubię poznawać losów artystów, których życiorysy często psują mi odbiór dzieł wcześniej lubianych. I niby nie powinienem łączyć biografii ze sztuką, ale nie potrafię. Nie umiem i już!

Taki pisarz niech mi zostanie nazwiskiem, dźwiękiem, a nie człowiekiem z krwi i kości, który zbyt często upadał, miał trudny charakter, słabą wolę i popaprane upodobania. Wolę nie psuć sobie tymi historiami różnych nazwisk. 

(Chociaż erotyczne upodobania takiego Żeromskiego pasują mi do mąk, jakie jego dzieła zadają czytelnikom...)

Czytając wspomnienia twórcy Tytusa czułem narastające znużenie, irytację i rozczarowanie. Jak to możliwe - pytam sam siebie - że mój heros z młodości może tak nijako (to najlepsze słowo) opowiadać? Tak bez werwy, bez bigla. Powiedzmy, że się stara, ale nie wychodzi, no nie wychodzi.

Jest ciężko. Jakoś nieruchawo. Niby Papcio Chmiel ma fantastyczny materiał do zaprezentowania. Czasy, w których tworzył swoje najlepsze komiksy, były przecież komiczne, absurdalne, niemal surrealistyczne same w sobie, a jednak nie udało się autorowi zamknąć tego wszystkiego w ramy opowieści, która powinna mieć swoją dramaturgię, napięcie.

Jasne, my, fanatycy Tytusa, dostajemy najbogatszą i podaną z pierwszej ręki opowieść o narodzinach, rozwoju i perypetiach uczowieczającej się małpy, ale urodzaj wszelkiej maści szczegółów nie przekłada się na satysfakcję czytelniczą. 

Autor nie przeprowadza żadnej selekcji wśród wspomnień i tak obok naprawdę fascynujących historii, zabawnych dykteryjek znajdziemy pozbawione energii, nudne, zwalniające tempo relacje z podróży po krajach Bloku Wschodniego (i nie tylko), detale dotyczące pracy wydawniczej etc. Cenne i wzruszające są cytowane listy młodych wielbicieli Papciowego komiksu, ale już mniej obchodziły mnie poglądy Chmiela na małżeństwo i rodzicielstwo. Wzmianki o własnych dzieciach, dalszej rodzinie, rozwodzie...

Fakty, anegdoty, opinie, wspomnienia, mnóstwo ilustracji - wszystko to zmieszało się w niestety nieśmieszną całość. Nie jestem ponury jak kierowca Hitlera (to błyskotliwe porównanie świadczy o tym najlepiej), łatwo mnie rozśmieszyć lub wprawić w dobry nastrój, ale Papciowi niestety się to nie udało.

Być może wiekowemu już twórcy zacięło się poczucie humoru? Być może nie wszystko złoto, co podpisano inicjałami taty Tytusa? Wszak ortodoksyjni fani, do których i ja należę, prychają pogardliwie, gdy mają sięgnąć po księgi wydane już w wolnej Polsce, co może być dowodem na powoli ale stale obniżające możliwości twórcze. 

Nie chcę za bardzo glanować tej książki. Nie w czasach, gdy bohaterowie masowej wyobraźni, celebryci, artyści, sportowcy chętnie własne biografie wydają. Papcio ich deklasuje. Dlaczego? Dlatego że podjął się trudu własnoręcznego "spisania" życia, gdy inni podpierają się dziennikarzem, który moderuje rozmowę i nadaje całości ostateczny kształt. 

Podsumowując, "Żywot człeka zmałpionego" można przeczytać, gdy się jest miłośnikiem Tytusa, Romka i A'Tomka. To dla nich ta książka. I chyba tylko dla nich...