niedziela, 23 października 2016

Normalny w nienormalnym świecie, czyli "Dzień tryfidów" Wyndhama

Bodajże od Chestertona wziąłem przekonanie, że książki generalnie dzielą się na dwa rodzaje. W jednych nienormalny bohater stara się przeżyć w normalnym świecie, w drugich normalny bohater trafia do nienormalnego świata. Nie trzeba oczywiście dodawać, że angielski klasyk faworyzował drugi rodzaj opowieści.

(Nie trzeba chyba również dodawać, że współczesna literatura chyba zbyt często pokazuje nam przygody świrusa w porąbanym świecie. I nie trzeba również dodawać, że jako czytelnik gardzę podobnymi patologiami i nie namówicie mnie, bym rozkoszował się męczącą komiksowo-filmową obecnością takiej Harley Quinn na przykład…)

Do rzeczy – wróciłem do czytania klasyków fantastyki i wzrok mój padł na czytnik, gdzie trzymam przynajmniej sto tytułów wymagających natychmiastowej lektury. Chwyciłem „Dzień tryfidów” Johna Wyndhama. Powieść, a przynajmniej jej zarys, znałem dużo wcześniej z ekranizacji, którą gdzieś tam u zarania młodości widziałem w telewizji. Nie czytałem więc w ciemno, co czasami bywa nawet zaskakująco przyjemne.



Jesteśmy w Anglii. Przez kilkanaście godzin nocne niebo rozświetlają przedziwne iluminacje. Wszyscy patrzą z rozdziawionymi gębami na ten pokaz kosmicznych fajerwerków. Niestety, nie ma nic za darmo –  nazajutrz amatorzy świetlnych pokazów budzą się ślepi. Główny bohater powieści miał jednak farta. Kilka dni wcześniej doznawszy urazu oczu, wylądował w bandażach w szpitalu, gdzie nikt nie pozwolił mu nawet wstać z łóżka. Przegapił więc to, co przyczyniło się do nieszczęścia 99,9999999% populacji.

(Widzicie tutaj pewne podobieństwa? Fajny horror pt „28 dni później” zaczyna się identyczną sceną. Niczego nieświadomy pacjent budzi się do walki o przetrwanie w opanowanym przez „zombie” świecie. Taki już los klasyków, że ktoś wciąż do nich nawiązuje…

Inna kwestia, że identyczną symulację – świat ludzi ślepych – przeprowadza noblista portugalski Saramago. Nie wiem, czy dochodzi do mądrzejszych wniosków, ale fakt jest taki, że jego „Miasto ślepców” to nieco wyższa półka.)

Ślepota to jednak nie jedyna atrakcja tego świata. Hodowane przez człowieka chodzące rośliny, tytułowe tryfidy, śmiertelnie niebezpieczne, gdy spuści się je z oka, wyrywają się spod kurateli i zaczynają polować na bezbronnych ludzi. Rośliny te dysponując odrobiną „rozumu”, powoli uczą się na własnych błędach i wykorzystują zdobyte doświadczenia do skuteczniejszego poszukiwania bogatego w białko pokarmu.

Najbardziej ujął mnie w tej powieści główny bohater – zwykły człowiek, który nabywszy w życiu odpowiednie kompetencje moralne, nie jest w stanie w żadnych okolicznościach wykorzystać swojej przewagi nad światem, w którym jako widzący mógłby wszystko. Bohater jest ujmująco staroświecki, po hollywoodzku męski i wychowany tak, by poradzić sobie i z piórem, i z mieczem. No, z karabinem…

Akcja, jakby wbrew potężnemu zapleczu, bo to i postapokalipsa, i walka z „obcymi”, nie gna do przodu. Powoli, dostojnie, rozwija się powieściowy wachlarz. Przygody, zwroty akcji, dramatyczne sytuacje sąsiadują na równych prawach z długimi partiami, w których diagnozuje się albo stan duszy osamotnionego bohatera, albo stan świata, który właśnie przewraca się na drugi bok.

„Dzień tryfidów”, kiedyś być może furtka, by wejść do świata fantastyki, dziś jest powieścią niedzisiejszą. I nie jest to w żadnej mierze zarzut. To w moim prywatnym słowniku określenie zarezerwowane dla zjawisk wyjątkowych, szlachetny, nie goniących za uwagą czytelnika, a cierpliwie czekających na (jednak) dojrzałego odbiorcę. 

wtorek, 18 października 2016

Cicha siła, czyli "Wiersze zebrane" Kornhausera

Juliana Kornhausera wymienia się jednym tchem z takimi autorami jak Adam Zagajewski, Stanisław Barańczak, Ewa Lipska i Ryszard Krynicki. Ta konstelacja poetyckich gwiazd była głosem pokolenia Nowej Fali. Twórcy, których celem działania była kontestacja zastanej rzeczywistości literackiej i próby uchwycenia mroków PRL-u przy pomocy języka literackiego skrzyżowanego z narzeczami charakterystycznymi dla gazet, przemówień, ankiet, wypracowali łatwo rozpoznawalny poetycki ton, chociaż każdy oddzielnie starał się udeptywać własną poetycką ścieżkę.

Julian Kornhauser był chyba „najcichszym” z wymienionych powyżej twórców. Zawsze gdzieś obok, na drugim planie, zawsze ciszej, nie narzucając się. Autora „Stanu wyjątkowego” chyba zbyt szybko „rozpoznano” i na wieki wieków zaszufladkowany jako nowofalowca, którego ocenia się jedynie poprzez pryzmat znakomitych tomików wydawanych w latach 70. Nie muszę chyba dodawać, że dopiero monumentalne „Wiersze zebrane” są w stanie pokazać pełnię możliwości krakowskiego poety.


Debiutancki tom z roku 1972 („Nastanie święto i dla leniuchów”) zapowiadał narodziny surrealisty. Wiersze tworzą przedziwne mozaikowe skupiska obrazów, poszczególne wersy nie korespondują ze sobą, zaskakują kontrastowymi zestawieniami. Teksty wydają się być wyrwane z czasu i przestrzeni, nie da się ich zakotwiczyć w żadnej konkretnej rzeczywistości. Niespodziewanie jednak kolejne książki z lat 70 przynoszą zmianę – poeta zaczyna przyglądać się społeczeństwu, mechanizmom regulującym jego istnienie, językowym procesom, które za sprawą komunistycznych środków masowego przekazu wynaturzają sam język, a tym samym relacje międzyludzkie. To klasyczny, chciałoby się rzec szkolny, Kornhauser. Wirtuoz.

Lata 80 warto zapamiętać dzięki wspaniałemu zbiorowi „Hurrraaa!”, w którym poeta oddaje głos tym, których oficjalnie nie można było usłyszeć. Bohaterami wierszy stają się zwykli ludzie żyjący gdzieś na marginesach i peryferiach, tam gdzie nie dociera oko kamery, mikrofon redaktora prowadzącego w radiu interwencyjną audycję. Gorzkie, pełne cichej rezygnacji lub niczym nieuzasadnionej nadziei teksty przynoszą obraz obywateli drugiej kategorii, którzy nijak nie umieli znaleźć szczęścia w socjalistycznym raju i informują o tym na swój niezgrabny sposób.

Nieliczne tomy wydane w wolnej już Polsce znów przynoszą zmianę poetyki. Wiersze najczęściej skupiają się wokół jednego obrazu, jednej myśli, którą poeta najczęściej rozwija na niewielkiej przestrzeni kilku zdań. Skromne obserwacje, wyszeptana raczej niż wykrzyczana niezgoda na świat lub potwierdzona skinieniem głowy afirmacja, to cechy charakteryzujące ostatnie dokonania Kornhausera. Delikatne, subtelne, jeżeli nawet nie są odkrywcze, to z pewnością są w stanie dać miłośnikom poezji sporo satysfakcji.

Ta mająca ponad 700 stron książka nadaje się do powolnego smakowania, kontemplacji, namysłu. Nie czytałem jej od deski do deski, od pierwszego do ostatniego tekstu, pozwalałem sobie na swobodną wędrówkę, niespieszny spacer po wszechświecie Kornhausera. Wybierając przypadkowe utwory, co i rusz dziwiłem się, wzruszałem lub podnosiłem ze zdziwienia brwi, gdy zdawałem sobie sprawę, jak wiele wspaniałej i mądrej poezji pozostawało do tej pory poza moim horyzontem poznawczym.