czwartek, 10 listopada 2016

Będąc katolickim czytelnikiem, czyli "Gdzie leży granica?" Lodge'a

Na jednym z zagranicznych portali czytelniczych książka Davida Lodge’a doczekała się sporej ilości omówień. Pierwsze, na które trafiłem, kończyło się retorycznym pytaniem: „Jestem ciekawa, jak katoliccy czytelnicy odbiorą tę powieść? Uznają ją za zabawną? Obraźliwą? Prawdziwą?”

Odpowiedziałem tak: „Jestem katolickim czytelnikiem i książka ta jest dla mnie przede wszystkim przeraźliwie smutna. Nie tylko ze względu na opis upadającej tradycyjnej moralności, ale również z powodu obrazu starzejących się bohaterów, którzy z różnym powodzeniem przechodzą kryzys wieku średniego.”

(Tak odpowiedziałem, chociaż moja angielszczyzna w dość toporny sposób wyraziła powyższą błyskotliwą analizę.)

Do rzeczy jednak – książkę znalazłem przypadkiem w pobliskiej bibliotece. Nazwisko autora rzecz jasna kojarzyłem, a i dorobek umiałem zlokalizować jakoś, jednak dopiero teraz chwyciłem za konkretny tytuł.

„Gdzie leży granica?” to powieść mająca bardzo ambitny zamiar – Lodge podjął się próby sportretowania pewnej generacji wychowywanej w restrykcyjnym i opresyjnym świecie sztywnych moralnych gorsetów. Młodzi katolicy regularnie uczęszczają na poranne msze święte, śpią z rękami na kołdrach, podkochują się w sobie wzajemnie, zaręczają, z rzadka tylko dopuszczając do siebie sprośne myśli o sekretach, jakie kryją małżeńskie sypialnie. Małżeńskie, gdyż wszelkie igraszki w tym świecie zarezerwowane są oczywiście dla sakramentalnych związków.

Tu zaczynamy. Na porannej mszy w zadymionym i zamglonym Londynie. Bohaterowie, grupka znajomych, którym narrator przygląda się „z góry”, roszcząc sobie prawo do wszechobecności i wszechwiedzy, powoli jednak wycofują się z wpojonych wcześniej zasad. Wątpią, pytają, szukają… Podważają kolejne katolickie doktryny, znajdując oparcie dla swoich wątpliwości w wątpliwych osiągnięciach II Soboru Watykańskiego. Świat poszedł do przodu, kościół w bok, a oni zostali zostawieni samym sobie.

Granice, wydawać się mogło kiedyś nieprzekraczalne (nie tylko dla katolików zresztą), teraz za sprawą budzącej się rewolucji seksualnej, stają się czymś śmiesznym i archaicznym. Bóg być może nie umarł, ale na pewno został zastąpiony przez istotę z pobłażaniem patrzącą na poczynania ludzi.

Bohaterowie, których poznajemy jako przykładnych wierzących i praktykujących (no, przynajmniej za takich chcą uchodzić), z czasem łamią kolejne przykazania. Flirtują, romansują, zdradzają. Miotają się w oplatających ich coraz ciaśniej sieciach obowiązków dorosłości. Żenią się, wychodzą za mąż, płodzą kolejne dzieci. Żyją i uświadamiają sobie z rosnącym zdumieniem, jak łatwo przychodzi im sprzeniewierzać się zasadom, w które dawno dawno temu wierzyli.

Ujmuje mnie ta okładka

Podobał mi się dystans, z jakim Lodge opowiada o przemianach obyczajowych, które dotknęły (chciałem napisać „spadły na”) Zachód. Autor nie potępia pęczniejącego permisywizmu ani wyborów swoich pogubionych bohaterów. Nie obrywa się Kościołowi, któremu pośrednio można zarzucić przecież nieumiejętność przekonania wiernych do swoich racji. Nikt też nie oskarża o nic „czasów”, których duch wieje we wszystkich kierunkach jednocześnie.

Tak się stało, zdaje się mówić powieść, i nic na to nie poradzimy. Ale mnie jakoś tak przykro było, gdy pomyślałem sobie o martwym już świecie porządnych dziewczyn i porządnych chłopaków, z których nagle zdjęto obowiązek przyzwoitości i odpowiedzialności i otworzono przed nimi zbyt szeroko bramę do świata rozkoszy cielesnych.

Mój znajomy czytał kiedyś „Bruddenbrooków” Tomasza Manna i pod koniec lektury wyznał, że to przygnębiające, gdy czyta się na początku książki o młodości jakiegoś bohatera, a potem dochodzi się do momentu, gdy postać ta żegna się ze światem. Tak, mnie to też zawsze przygnębiało. Uświadamiało upływający czas o wiele silniej niż bezpośrednie doświadczenie przemijania. „Gdzie leży granica?” należy do tych powieści, które zmusiły mnie do stanięcia przed lustrem i liczenia kolejnych siwych włosów w rzednących włosach…

Lodge znany jest ponoć ze swojego poczucia humoru. Mniej najbardziej rozśmieszyła podróż jednego z bohaterów, który jadąc do lekarza-specjalisty wiózł próbkę stolca do analizy. Dużo za dużą próbkę…


Niech da to Wam pewne wyobrażenie na temat tego, co mnie bawi…