piątek, 30 grudnia 2016

Koniecznie, czyli "Rybak znad Morza Wewnętrznego" Le Guin


Na czwartej stronie okładki "Rybaka znad Morza Wewnętrznego" przeczytamy krótki biogram Ursuli K. Le Guin podsumowany informacją o tym, że Amerykańska Biblioteka Kongresu nazwała pisarkę Żyjącą Legendą. Może brzmi to pompatycznie, ale nie jestem w stanie sobie wyobrazić innego żyjącego twórcy szeroko rozumianej fantastyki, który by bardziej na to miano zasługiwał. Le Guin to postać pomnikowa i punkt odniesienia dla całych zastępów pisarzy i wielbicieli fantastyki, autorka zarówno kanonicznych tekstów fantasy, jak i klasycznych powieści science fiction.


"Rybak znad Morza Wewnętrznego" to monumentalny zbiór opowiadań, w którym znajdziemy krótsze teksty, które weszły w skład wydanych wcześniej zbiorów – tytułowego oraz "Wszystkich stron świata", "Czterech dróg ku przebaczeniu" i "Urodzin świata". Całą książkę wieńczy krótka powieść "Opowiadanie świata".


Fantastyczna okładka, jak zawsze przy zbiorówkach Le Guin. 

"Wszystkie strony świata" zawierają najstarsze teksty Le Guin. Autorka zbiera doświadczenie i choć w części opowiadań w dość konwencjonalny sposób traktuje problemy podejmowane przez literaturę fantastyczną, nie brak tu utworów, które mogą sprawić przyjemną niespodziankę. Taki "Kwiecień w Paryżu" to urocza opowiastka o podróżach w czasie, "Mistrzowie" podejmują problem miejsca nauki w postapokaliptycznym świecie, a "Dziewięć śmierci" to przejmująca wariacja na temat konsekwencji klonowania ludzi.


Część z najwcześniejszych tekstów już „pachnie” tym, co stanie się znakiem rozpoznawczym Le Guin – światy, które buduje, mają niezwykłą, trudną do zdefiniowania aurę. Z jednej strony tworzą ją bliżej nieokreślona dawność, umowna odległa przeszłość i „baśniowość”, która jest typową scenografią większości utworów fantasy. Z drugiej zaś strony czytelnik widzi, że pisarce nie chodzi o odtwarzanie wieków średnich – Le Guin kreuje alternatywną rzeczywistość będącą wynikiem namysłu nad potencjalnymi drogami, którymi mogłaby pójść cywilizacja. Rzecz jasna, pisarka pochyla się przede wszystkim nad konsekwencjami i sposobami życia w takim a nie innym świecie; z biegiem lat namysł ten przerodzi się we wnikliwą refleksję o niemal filozoficznym zabarwieniu, antropologiczną zadumę.



Dodajmy, że w pierwszym ze zbiorów pojawiają się już zapowiedzi najistotniejszych dla Le Guin światów przedstawionych – akcja kilku utworów dzieje się w Ziemiomorzu i w Ekumenie, dwóch przestrzeniach, w których pisarka w przyszłości umieści najważniejsze dla swojej twórczości teksty.



Tytułowy zbiór rozpoczyna się od bardzo istotnego z punktu widzenia rozważań o fantastyce wprowadzenia pióra samej autorki. Le Guin opowiada nie tylko o swoim sposobie pisania, ale przede wszystkim dzielnie odpiera wszelkie zarzuty stawiane literaturze fantastycznej; obala argumenty mówiące o jej eskapizmie, elitaryzmie lub przesadnym czarnowidztwie.



Drugi tom opowiadań również przynosi kilka niezwykłych, zapadających w pamięć opowieści. Krótki "Pierwszy kontakt z Gorgonidami" to satyra, której ostrze skierowane jest przeciwko pysze cywilizacji Zachodu konfrontującej się z innymi kulturami, zaś zaskakujące "Wejście północną ścianą" brzmi niemal jak zaginiony tekst… Terry’ego Pratchetta. "Sen Newtona" to z kolei rasowe science fiction, historia nieudanej ucieczki z pogrążonej w wojennym chaosie Ziemi, opowieść zadająca bardzo mądre pytania o prawdziwą wartość człowieka i miejsce każdego z nas w systemie społecznym. "Kerastion" to opowiadanie z drugiego bieguna twórczości Le Guin – krótka rozprawa o instrumencie muzycznym, którego nie słychać. Ten dość absurdalny punkt wyjścia prowadzi czytelnika w kierunku poważnej antropologicznej refleksji.



Niezaprzeczalnym arcydziełem są "Cztery drogi ku przebaczeniu" – zbiór czterech dłuższych opowiadań, których akcja rozgrywa się w kosmicznej rzeczywistości Ekumeny. Czytamy o niewolniczym społeczeństwie planety Werel i jej kolonii na Yeowe, o buncie i miłości, o płynności prawd i względności wszelkich racji. Le Guin, skupiając się na konkretnych rodzajach relacji (niewolnik i pan, kolonizatorzy i kolonie, kobiety i mężczyźni), tak naprawdę opowiada o starej, dobrej Ziemi, która w drugiej połowie XX wieku cierpi z powodu niezliczonych przypadłości – imperializmu światowych mocarstw, apartheidu, nierówności płci, nietolerancji. Wystrzelone w kosmos ziemskie problemy nabierają wyrazistości, a pisarka przyglądając im się z punktu widzenia odkryć antropologii, zdaje się potwierdzać smutną prawdę – gdziekolwiek we wszechświecie znajdą się istoty podobne do człowieka, tam prędzej czy później ukażą one sobie własne ponure oblicza. Na szczęście autorka od czasu do czasu rozprasza mrok przygnębiających konstatacji i pozwala swoim bohaterom na cieszenie się miłością, intymnością, bliskością.



"Urodziny świata", czwarty zbiór ujęty w "Rybaku…", znów zawiera typowe dla Le Guin problemy. Krążymy wokół takich zagadnień jak seksualność człowieka, pytań dotyczących jego kulturowych i społecznych uwarunkowań oraz ograniczeń, wiary i racjonalizmu. W "Niechcianej miłości" czytamy o czteroosobowych małżeństwach, które zawiera się na planecie O. Wynika z niego, że natura (ludzka) pozostaje taka sama niezależnie od praktykowanych norm kulturowych. „Dawna Muzyka i niewolnica” jest przejmującą historią o zniewoleniu, dumie i odwadze. W tytułowym opowiadaniu zbioru autorka oddaje głos starej kobiecie. Odtwarzając najważniejsze wydarzenia z młodości, wspomina królewską rodzinę, która uwierzyła we własną boskość.



Gdybym musiał komuś udowadniać, że fantastyka nie jest wyłącznie rozrywką dla dużych chłopców marzących o laserowych pistoletach i gwiezdnych potyczkach, podsunąłbym takiej osobie ten właśnie zbiór opowiadań Le Guin. Dzieło to przekonuje, że literatura jako taka ma nie tylko niemal nieskończony potencjał, może tworzyć wyrafinowane i wiarygodne konstrukcje intelektualne, ale również potrafi powiedzieć człowiekowi więcej o prawdziwym świecie niż niejedna „prawdziwa” (realistyczna) książka.



Stendhal napisał kiedyś słynne słowa: „Powieść jest to zwierciadło, które obnosi się po gościńcu”. Pisząc, Le Guin wysyła w przestrzeń kosmiczną dziesiątki zwierciadeł, ale to, co się w nich odbija, zrazu obce i egzotyczne, okazuje się zdumiewająco bliskie i aktualne.

Tekst ten pierwotnie ukazał się na łamach portalu Fantasta.pl, o TU

niedziela, 25 grudnia 2016

Nie mówcie, że nie ostrzegałem, czyli "Dom z liści" Danielewskiego

Wielbicielom filmowego horroru nieobca jest konwencja „found footage”. Widz ogląda materiał stylizowany na znalezione amatorskie nagranie prezentujące wydarzenia z perspektywy kamery, którą operuje jeden z bohaterów filmu. Przedstawiana historia jest upiorna, przerażająca i z reguły bardzo źle się kończy dla obserwowanych przez nas postaci.

Tego typu filmy wystawiają odbiorców na prawdziwą próbę cierpliwości – aby zbudować wrażenie „autentyczności” znalezionej taśmy, obraz musi się trząść i być nieostry, dźwięk nieobrobiony, rozmowy często zagłuszane odgłosami otoczenia (ewentualnie krzykami ofiar), montaż chaotyczny. Całość ma przekonać o swojej „prawdziwości”, ma być reportażem z nieszczęścia, dokumentem grozy.

Twórcy posługujący się omawianą konwencją chcą zatrzeć granice pomiędzy rzeczywistością i fikcją prezentowaną przez film, a przecież wykorzystując typowo filmowe środki wyrazu, tworzą dzieła „sztuczne” do potęgi. Udając prawdę w filmie, musimy fikcję udrapować na jej podobieństwo, a więc wszystko bierzemy w podwójny cudzysłów.

Dlaczego w ten sposób zaczynam recenzję książki? Dlatego, że "Dom z liści" Marka Z. Danielewskiego to właśnie taki literacki „found footage”. Powieść jest wybitnie skomplikowana, wielowymiarowa, otoczona tyloma kontekstami, że chyba tylko David Lynch u szczytu swoich możliwości twórczych mógłby zmierzyć się z próbą wizualizacji tego tekstu.



Zacznijmy jednak od początku: był sobie niezwykły dom, zamieszkała w nim rodzina, której głową jest ekscentryczny i utalentowany fotograf. Po pierwszej krótkiej nieobecności nowych gospodarzy w rzeczonym domu pojawiło się dodatkowe pomieszczenie. Pokój? Korytarz?

A to tylko początek niesamowitych i drażniących anomalii. Budynek rozrasta się do wewnątrz, tworzy kolejne pomieszczenia, schody, tunele, szeregi drzwi… Sprowadzenie „łowców przygód”, zaprawionych w survivalu specjalistów, którzy podjęli się eksploracji przerażających czarnych podziemi, kończy się tragedią. Całą tę historię filmuje przy pomocy systemu kamer właściciel domu – Will Navidson, który gorliwie wierzy, że zagadka jego posiadłości jest do rozwiązania.

O filmie tym czytamy z notatek, jakie sporządził niejaki Zampano, zbzikowany starszy mężczyzna, którego ciało znalazł narrator "Domu z liści", Johnny Vagabunda, pracownik salonu tatuażu gdzieś z Los Angeles. Papiery, przez które przedziera się żmudnie nasz bohater, zdają się być obłożone klątwą. W życiu Vagabundy zaczynają dziać się rzeczy przerażające, a on sam staje na krawędzi szaleństwa, którego paszcza za chwilę się za nim zatrzaśnie…

I wszystko byłoby pięknie (to znaczy strasznie), a czytelnicy mogliby poczuć ogromną satysfakcję, gdyby Danielewski się nie przelicytował. Przynajmniej ja mam wrażenie, że tak się właśnie stało. Dwie równolegle rozgrywające się historie, szkatułkowa konstrukcja powieści, to przecież chleb powszedni dla każdego, kto w swoim życiu parę książek przeczytał. A jednak nie wystarczył ten atrakcyjny przecież zabieg. "Dom z liści" stał się poligonem, na którym pisarz z różnym powodzeniem powtarza rozmaite eksperymenty, których autorami byli awangardowi dwudziestowieczni twórcy literatury.

Dwie opowieści rozpisane są przy pomocy dwóch rodzajów czcionek – „zwykłą” opisuje się zajścia z domu Navidsona, a tą stylizowana na czcionkę typową dla maszyny do pisania perypetie przeklętego tatuażysty. Dodam, że na przestrzeni kolejnych stron obie narracje najczęściej współistnieją, rywalizując o przestrzeń i uwagę czytelnika. Musimy zatem dokonać wyboru – którą z nich chcemy śledzić najpierw, i za każdym razem ryzykujemy, że poświęcając uwagę jednej z opowieści, umknie nam szczegół, który oświetliłby drugą. Czytając, możemy mieć wrażenie, że oglądamy dwa filmy jednocześnie, na dwóch ekranach, które transmitują obrazy w nierównym tempie.

Na dodatek Danielewski opatruje niemal każdą stronę wieloma przypisami, odnośnikami do, rzecz jasna, fikcyjnych tekstów, prac naukowych, artykułów, które krążą wokół fenomenu niesamowitego domu. Autor tka iluzję ze zręcznością zawodowego prestidigitatora, wplata pomiędzy informacje o nieistniejących dziennikarzach, naukowcach, badaczach tytuły książek, które możemy znaleźć w każdej lepiej zaopatrzonej bibliotece.

Jakby tego było mało, obszerne partie powieści odtwarzają strukturę chaotycznych notatek Zampano, które nie respektowały tradycyjnej formy prowadzenia zapisków. Tak więc zdania układają się „po skosie” kartki lub płyną jej marginesami, na stronie krzyczy jedno (!) słowo albo kilka kolejnych wypełniają szczelnie imiona i nazwiska, bywa również tak, że musimy chwycić za lustro, by odczytać zdania zapisane „na lewą stronę.”

Mamy cytaty z klasyki literatury światowej, listy, zdjęcia, rysunki, słowniczek trudniejszych pojęć, słowa wielkich naukowców i krytyków literackich – z tego wszystkiego Danielewski buduje labirynt swojej powieści.

Uczono mnie, że sensem istnienia każdego labiryntu jest fakt, że gdzieś w jego czeluściach ukryto skarb. Nie zawsze musi nim być skrzynia pełna złota lub uwięziona księżniczka, ale zawsze coś powinno na śmiałka czekać i zrekompensować mu trud podjętej wyprawy. W przypadku "Domu z liści" miałem wrażenie, że snucie się jego korytarzami donikąd mnie nie prowadzi, a poszczególne wskazówki interpretacyjne wskazują ślepe zaułki.

Jako horror powieść ta nie sprawdza się – atmosfera grozy, którą Danielewskiemu udaje się zbudować, błyskawicznie pęka, gdy uwaga odbiorcy przerzucana jest na analizę i interpretację danego wydarzenia. Już zaczynamy się bać, ekscytować lub przywiązywać do pewnego wątku i natychmiast jesteśmy odrywani od tego, co może sprawiać największą przyjemność czytelniczą. To dość irytujące doświadczenie, zwłaszcza dla kogoś, kto liczy na trzymającą w napięciu lekturę zbudowaną w oparciu o tradycyjne recepty. Zresztą książka nie przypomina w żadnym wymiarze niczego, co może oferować literatura popularna.

Być może więc "Dom z liści" jest traktatem o niemożliwości poznania prawdy? Błądzimy, szukamy, posługujemy się bogatym arsenałem pojęć, zgłębiamy różne dziedziny wiedzy, a jednak wciąż pozostajemy bezbronni wobec fenomenów rzeczywistości. Jesteśmy ślepi, głusi i niemi. Być może o tym właśnie jest ta powieść, a może też o czymś całkowicie innym? Wybór należy do czytającego.

Podsumowując moje próby zmierzenia się z książką Danielewskiego, muszę lojalnie ostrzec tych, którzy liczą na niesamowitą przygodę czytelniczą. To nie jest tekst dla wszystkich. Nie każdy znajdzie satysfakcję, co i rusz konfrontując się z piekielnie trudną, wymagającą i enigmatyczną materią literacką. Jestem w stanie zrozumieć zachwyty, jakie budzi ta powieść, ale sam podpisuję się pod następującymi słowami: pisanie, wydawanie, a nawet czytanie "Domu z liści" jest zajęciem bardzo ryzykownym.

Recenzja pierwotnie ukazała się tutaj, na łamach Fantasta.pl

piątek, 9 grudnia 2016

Spoilery nieistniejących zakończeń, czyli "Sto dni bez słońca" Szostaka

Niemal do ostatniej strony "Stu dni bez słońca" wierzyłem, że powieść Szostaka jest znakomita... A jest tylko bardzo dobra. 

*

Miarą potencjalnej wielkości dzieła niech będzie fakt, że w wyjątkowo emocjonalny sposób czytelnicy odebrali postać głównego bohatera opowieści - Lesława Srebronia, który relację z "gościnnych występów" na jednym z zachodnich uniwersytetów zatytułował właśnie "Sto dni bez słońca."

Polskiego intelektualistę oskarżano o wszystko: o bufonadę, donkiszoterię, arogancję, narcyzm, snobizm, brak taktu, poczucie wyższości, mesjanizm, próżność, elitaryzm, źle maskowane kompleksy... (Zgubiłem coś?) Na dodatek wszystkie te inwektywy były jak najbardziej słuszne i mogły wynikać z pobieżnej nawet lektury. Oczywiście śmieszyć mogą emocjonalne grymasy i uniesione pięści wygrażające fikcyjnemu bohaterowi, w którym dało się jakoś odczytać symbol współczesnego polskiego pracownika naukowego na dorobku (naukowym).

1:0 dla Ciebie, Autorze. To Ci się udało.



*

Bohater przyjeżdża na odległe, położone na obrzeżach Europy wyspy, by w ramach stypendium popracować nad  monografią poświęconą wybitnemu polskiemu fantaście. Srebroń nie tylko pisze, ale również stara się zaskarbić sympatię kadry naukowej, upodobnić się do kolegów-akademików pochodzących z różnych stron Starego Kontynentu. 

Przyjemnie było czytać o "podejrzewaniu świata o intencje" - Srebroń za każdym razem interpretuje rzeczywistość w najkorzystniejszy dla siebie sposób. Każdy gest, ściągnięcie brwi, spóźnienie, półsłówka, rzucona uwaga - wszystko to dopasowuje się do założonej wcześniej wizji wydarzeń, kryje za sobą potężne zaplecze sensów gotowych połączyć się w całość pod czujnym spojrzeniem bohatera.

Czyż nie przypomina to Gombrowiczowskiego "Kosmosu"? (Kto nie czytał, ten trąba) Szostak prezentuje nam ten sam ocierający się o paranoję sposób igrania z komunikatami wysyłanymi nam przez świat i bliźnich.

*

Gdy popatrzeć na samą przestrzeń i na zaludniających ją bohaterów, mamy wrażenie, że Szostak nawiązuje do tradycji dworowania sobie z intelektualistów i mędrców wszelkiej maści. Kiedyś Arstofanes w "Chmurach" kpił z Sokratesa i jego podopiecznych, potem Swift wysłał Guliwera na wyspę odklejonych od rzeczywistości jajogłowych. Teraz Szostak  ostrzem satyry drwi z misyjności kultury Zachodu względem Europy i całego świata. No dobra, na poczucie misyjności jeszcze się zgadzam i nawet się z niej nie nabijam za bardzo, ale trudno zachować powagę, czytając o przeróżnych aktywnościach naukowych bohaterów powieści. 

Motyw penisa i waginy na przestrzeni dziejów, winorośl w kulturze Bałkanów, życie seksualne pracowników naukowych (badane dość dogłębnie przez wyrachowaną nimfomankę..), zaściankowy pisarz literatury fantastycznej, którego książkom przypisuje się arcygenialność - już ta wyliczanka mówi nam o patologiach, jakie od dawna królują na uniwersytetach. Nie tylko tych fikcyjnych.

Nadprodukcja prac badawczych, których nikt nie czyta. Wydumane problemy, które nikogo nie interesują. Hordy uduchowionych darmozjadów przyssanych do grantów i stypendiów. Tak, z tego sobie Szostak kpi. A wychodzi mu to znakomicie. Na tyle dobrze, że wstydziłem się własnych marzeń o podjęciu studiów doktoranckich...

*

W pewnym momencie "Sto dni bez słońca" stanęło na rozdrożu. Z jednej strony Szostak mógł do samego końca książki satyrycznie portretować zakochanego w sobie intelektualistę. Powieść mogłaby skończyć się "niczym" - bohater spakowałby walizki i wrócił do Polski z uczuciem niedosytu, rozgoryczenia, ale rzecz jasna wciąż pielęgnowałby przeświadczenie o własnej wyjątkowości. Taki finał byłby bardzo polski właśnie, bardzo nasz.

A z drugiej strony autor mógłby nam zafundować solidny "plot twist." (Uwaga, spoiler do nieistniejącej wersji książki!) Mniej więcej od połowy książki zaczęło mi się wydawać, że wyspa, na którą trafił bohater, to kraina umarłych. Czyściec akademików, gdzie trafiają podrzędni naukowcy, skompromitowani badacze, łowcy grantów, twórcy groteskowych teorii... Tłumaczyłoby mi to kilka intrygująco brzmiących tropów rozrzuconych na przestrzeni powieści. No i wiecie sami - kraina umarłych, ho ho ho, jak to ładnie i niepokojąco brzmi. 

Szostak nie wykorzystał jednak mojego pomysłu i zamknął powieść mniej spektakularnym "odkryciem kart." Nie mam jednak do niego o to pretensji, ale niestety ten zbyt pastelowy finał trochę mnie rozczarował. Nieco stępił moje ostre oczekiwania wobec całości.

*

Na deser niejako możemy pośmiać się z polskiej fantastyki. Szostak, którego onegdaj zwykło kojarzyć się z opowieściami o górach i smokach (czy smokach i górach?), teraz zgrabnie parodiuje co bardziej wysublimowane fabuły zaangażowanej polskiej fantastyki. Umieszczone w "Stu dniach..." streszczenia fikcyjnych powieści jako żywo przypominają pompatyczną twórczość takiego Huberatha na przykład, ale to już temat na inną okazję...

PS

Za książkę nikomu nie dziękuję, bo sam ją sobie kupiłem.