niedziela, 29 stycznia 2017

Nieskładnie o arcydziele, czyli notki z "Rebeki" du Maurier

Sięgnąłem po szkic recenzji, jakim starałem się uporządkować myśli, które krążyły mi po głowie w czasie lektury powieści pt. "Rebeka". Tak, to ta sama książka, którą kapitalnie przeniósł na ekran Hitchcock, tworząc niejako wzór thrillera psychologicznego podszytego grubą warstwą kryminalnej intrygi.

O czym to ja... Już wiem! Ogłaszam wszem i wobec, że "Rebeka" Daphne du Maurier (nigdy nie zapamiętam tego przeklętego nazwiska!) jest arcydziełem i nie znajdzie się żaden mędrzec, które by mi podobne odkrycia mógł wybić z głowy.

Olbrzymią krzywdę tej powieści robią okładki, które sugerują, że będziemy mieli do czynienia z powieścią ze stajni Danielle Steele czy innego cyborga. No sami popatrzcie:





Gdyby nie fantastyczna robota angielskiego reżysera, nawet nie dotknąłby tej książki, która może mieć przecież okładkę zgodną z jej ciemnym i dusznym wnętrzem. 


Do rzeczy jednak. 

Pewnie już kiedyś obiła się Wam o uszy ta historia. Młoda dziewczyna poznaje owdowiałego bogatego arystokratę, który proponuje nieboraczce małżeństwo. Ta się zgadza i po krótkim miesiącu miodowym młoda para sprowadza się do ogromnej posiadłości wspomnianego arystokraty. W olbrzymim i zimnym domu młoda żona musi skonfrontować się z panią Danvers, "gospodynią", która wciąż pielęgnuje pamięć po poprzedniej pani domu. A to tylko początek...

Mnożą się tajemnice, niedomówienia, subtelne sygnały ostrzegające przed niebezpieczeństwem. Atmosfera, jak to mówią, gęstnieje ze strony na stronę...

I tutaj wchodzę ja z moimi notatkami o "Rebece":

Główną bohaterkę prześladuje litera R. R jak Rebeka, pierwsza żona Maxima de Winter. R jest groźne, drapieżne i ostre. Przypominam sobie jedno z opowiadań z cyklu powiastek filozoficznych o profesorze Tutce. Opowiadanie, z którego tytułowy profesor (i jednocześnie narrator) usunął wszystkie wyrazy z literą R. Zrobił tak, by uniknąć tematu przeżyć więziennych. 

Niepokój w związku z literą R. Narastająca obsesja. Domostwo waRczy na biedną nową panią domu.
_________________________________________________________________________________

Powieść napisaną w pierwszej osobie liczby pojedynczej odbieramy w dość osobliwy sposób. Widząc świat czyimiś oczami, skłonni jesteśmy utożsamiać się z narratorem. Nie chcemy, by był głupi, naiwny, prostolinijny do granic wytrzymałości, nudny i bezwładny...Sami przecież też nie chcemy tacy być. 

Trzeba się jednak pogodzić z faktem, że bezimienna (cóż za kapitalny pomysł!) bohaterka "Rebeki" taka właśnie jest. Oglądamy więc doskonały portret kobiety szarej, przypadkowej, wtrąconej w czeluści wiktoriańskiego domostwa, którego ściany przesiąknięte są mrokiem i tajemnicą.

A gdyby to wcale nie była powieść grozy (oczywiście subtelniejsza i bardziej wysmakowana niż jakakolwiek powieść takiego Kinga Stefana), ale zakamuflowana opowieść o erozji arystokratycznego etosu, którego najwierniejszymi obrońcami są służący (!)? Co nam to powie o umarłym już świecie? Co nam to powie o ludziach, którzy obserwując ekstrawagancje swoich panów (Maxim de Winter plami się nielichym mezaliansem z anonimową narratorką), sami są jednocześnie correct i zapięci szczelnie w swoje pałacowe uniformy? Czy są jak przysłowiowe psy ogrodników, które nie mogąc awansować społecznie, bronią dziedziców przed spuszczeniem z tonu?

Czy to nie przypadkiem powieść antyproletariacka?

_________________________________________________________________________________

"Rebeki" to wspaniała powieść o postrzeganiu czasu, jego nieuchwytności, kruchej głębi. Bohaterka od samego początku książki wspomina (słynne "Śniło mi się tej nocy, że znowu byłam w Manderley" waży dla mnie tyle samo, co Proustowskie maczanie ciastek w herbacie czy Mickiewiczowskie "Tymczasem przenoś moją duszę utęsknioną...") przeszłość. Wie to, czego my będziemy dowiadywali się stopniowo, powoli. Będzie bolało, bo boli powolne tempo zrywania plastra lub ściągania szwów. 

Nostalgię za przeszłością można zagłuszyć jedynie odtwarzając rytm dawno minionych dni lub narkotyzując się obecnością nielicznych rekwizytów przypominających o minionej chwale. 

Uwaga narratora zatrzymuje się, by opisać krótkie migotliwe izolowane chwile. Uczy nas niejako, że zawsze żyjemy w przeszłości, będąc nawet najbardziej gorliwymi obserwatorami teraźniejszości. To, co mam teraz, już nie istnieje. Im mocniej żyjemy chwilą (to horacjańskie kłamstwo o chwytaniu dnia!), tym silniej odbieramy ją jako minioną. Im mocniej przytulamy małe dziecko, tym wyraźniej czujemy, że drapie nas swoim dorosłym zarostem.

_________________________________________________________________________________

Fantastyczna powieść, która niezasłużenie drzemie sobie na półkach obok płaskich i wtórnych romansideł czy innych wyciskaczy łez. To znakomita książka. Nie tylko jedno z największych osiągnięć literatury gotyckiej, ale również kapitalnie (choć obok głównego nurtu tekstu) poddaje refleksji naszą percepcję czasu, przemijania... 

Sama zaś zagadka kryminalna jest wisienką na gorzkim torcie tekstu.

Poleca się mocno, mimo chaotycznego peanu, jaki wzniosłem na cześć tej powieści.

środa, 18 stycznia 2017

Pan A i Pan B, czyli "Człowiek z dwóch czasów" Shawa

Miałem mieszane uczucia, gdy sięgnąwszy po tę raczej zapomnianą krótką powieść Boba Shawa, nieopatrznie przeczytałem jej kilka recenzji - polskich i niepolskich czytelników. Niby klasyk fantastyki naukowej, a zaserwował swoim wielbicielom raczej romans i melodramatyczne grymasy, niż pełnokrwistą i mięsistą prozę fantastyczną. Zasmuciłem się i pomyślałem, że może być kiepsko; już parę razy znalazłem się w sytuacji, gdy całkiem przyzwoitą książkę kładły na łopatki pretensjonalne, głupie i wymuszone miłosne perypetie bohaterów. Ja naprawdę nie potrzebuję do szczęścia miłości (w literaturze).



"Człowiek z dwóch światów" sprawił mi jednak niespodziankę. Miłą, jak już pewnie przeczuwacie.

Pomysł jest prosty - bohater kłóci się z żoną i pozwala jej wracać samej do domu. Kobieta jednak zostaje napadnięta w pobliskim parku i zamordowana. Mąż obarcza samego siebie winą za śmierć żony i za sprawą pewnego eksperymentu, cofa się w czasie do feralnego wieczoru. W decydującym momencie zabija napastnika, żona ratuje życie, a... świat rozszczepia się na dwie alternatywne rzeczywistości. W Świecie A bohater jest pogrążonym w żałobie mężem, który uratował życie żonie ze Świata B. W Świecie B żona żyje i to żyje u boku męża, który nic o żadnym Świecie B rzecz jasna nie wie. 

Szkopuł polega na tym, że Pan A przenosi się do Świata B i zaczyna rościć sobie prawa do żony Pana B. No bo skoro uratował jej życie, to dlaczego ma nie mieć z tego żadnych profitów. Tym bardziej, że małżeństwo Pana B przechodzi kolejny kryzys...

(Skomplikowane? To powinniście poczytać zadania z treścią z podręcznika do trzeciej klasy szkoły podstawowej...)

Muszę przyznać, że początek powieści nie zapowiadał takiego dziwnego splotu (i apetycznego) wydarzeń. Jeden dom, dwa mężczyźni (niby ci sami, ale zupełnie różni, bo z dwóch różnych torów czasu), pomiędzy nimi żona, kompletnie zdezorientowana, i policjant, który na nowo rozgrzebuje sprawę tego zastrzelonego przez Pana A bandziora... Jest w tej książce jakiś nerw, napięcie, które de facto nie wynika z obecności czynnika fantastycznego, ale z samej zapętlonej emocjonalnie sytuacji. 

Oczywiście nie zdradzę, w jaki sposób Shaw rozwiązuje ten ciasny węzeł, ale w pewnym momencie niezłą "Kobrę" mamy. (Pamięta ktoś jeszcze, czym "Kobra" była?)

A co ja sobie wziąłem z tej książeczki? Autor fantastycznie odniósł się do starego jak świat problemu - co sprawia, że jesteśmy, kim jesteśmy. Konfrontacja dwóch wersji "tego samego" (Pan A stracił żonę, pożądał zemsty i tęsknił za martwą ukochaną; Pan B żył spokojnie u jej boku i pozwalał, by jego małżeństwo pogrążyło się w stagnacji i nudzie) człowieka przynosi zaskakujące wnioski. 

No bo pomyślmy, jak wyglądałoby spotkanie różnych wersji nas samych. W jednym świecie jesteśmy tacy, jacy jesteśmy. W innym spotyka nas lawina nieszczęść. W jeszcze innym zaciągamy się do wojska albo idziemy na medycynę, albo wstępujemy do klasztoru, albo się rozwodzimy, albo po starokawalersku żyjemy razem z kotem, pielęgnując kolekcję kaktusów... Już sama ta wizji milutko łaskocze moją wyobraźnię. Proszę dać się połaskotać.

A druga kwestia - żona obu panów jest do tego stopnia antypatyczną flądrą, że gdybym miał taką moc, krzyknąłby do walczących o nią mężczyzn: "Chłopaki! Idźcie lepiej na ryby! Szkoda waszego życia na taką zołzę!"

Oj, odkrył we mnie autor prawdziwe pokłady mizoginizmu.  Być może rację miał Franz Kafka pisząc, że "Książka musi być siekierą dla zamarzniętego morza wewnątrz nas." Tak, ta książka uwolniła mojej wewnętrzne morze, ale na plażę kobiety mają wstęp wzbroniony.


czwartek, 5 stycznia 2017

Akurat tyle, ile trzeba, czyli "Koniec eksperymentu ARKA" Strugackich

Na początku mały fun fact - oryginalny tytuł powieści Strugackich brzmi "Małysz" ( Малыш - "młody", "mały"), a to może prowokować do wielu zabawnych wizualizacji. Przed oczami czytelnika co i rusz stawać może mikrej postury polski skoczek narciarski, co z kolei mocno utrudnia koncentrowanie się na samej książce.

Ok, bądźmy poważni przez chwilę, jak powiedziała promotorka po lekturze konspektu mojej pracy magisterskiej.

W tej skromne powieści (jak na dzisiejsze standardy, w opowiadaniu) znajdziemy wszystko to, co charakterystyczne dla klasycznego science fiction: kosmos, obcą planetę, nie mniej obce formy życia, ludzi starających się jakoś ogarnąć całą tę menażerię. 

Wszystko skomponowane z niemal aptekarską precyzją, wyważone, skupione i oszczędne w środkach wyrazu. Bez większych fajerwerków, które uradowałyby różnej maści wielbicieli militarnych space oper. Szybka jak sparing z mistrzem książka.


Czytamy o zespole badawczym, którego zadaniem jest przystosowanie planety Arka do przesiedlenia na nią ludzi, którym w innym miejscu kosmosu grozi zagłada. Warunkiem powodzenia tego typu misji jest wykluczenie istnienia na planecie jakichkolwiek lokalnych form inteligentnego życia. Nie ma kosmitów=jest miejsce dla ludzi. Całkiem uczciwy układ, prawda?

Arka wydaje się być zimna, jałowa i pusta, spełnia zatem wszystkie wyjściowe założenia. Sprowadzamy więc homo sapiens? Sprowadza... Chwileczkę! Coś się zaczyna dziać. Bohaterowie odkrywają rozbity ponad dziesięć lat wcześniej niewielki statek kosmiczny, a nawet identyfikują jego pasażerów, którymi okazują się być międzygwiezdni włóczędzy, samozwańczy poszukiwacze obcych cywilizacji. Jednocześnie główny bohater doświadcza szeregu halucynacji (słyszy Bóg wie skąd płacz dziecka, jakieś krzyki, widzi jakieś niewyraźne postacie), które powodują, że ten zaczyna powątpiewać we własne psychiczne zdrowie...

Na szczęście Strugaccy nie poszli na skróty i nie ruszyli drogą, którą często obierają słabsi autorzy. Nie zbudowali ciekawej, pełnej intrygujących zjawisk ekspozycji tylko po to, by wytłumaczyć ich istnienie mniej lub bardziej mętnymi metafizycznymi pierdołami. Strugaccy są na to za mądrzy. Żadnych duchów nie ma, cudów też zbyt wielu nie uświadczymy. Dostaniemy za to logiczną i spełniającą wszelkie wymagania gatunku opowieść. 

Korci mnie, by zdradzić nieco szczegółów, ale jeśli zepsuję komuś radość z poznawania tej książeczki, będzie to bardzo nie w porządku. Powiem tylko tyle, że rosyjscy autorzy zgrabnie wykorzystali jeden z bardziej znanych motywów występujących w "Księdze dżungli" Kiplinga. Wiecie, Mowgli i te klimaty... Dziecko wychowane w dżungli przez dżunglę.

Kończąc już, muszę zrobić drobną wzmiankę o głównym bohaterze, którego pierwszoosobowa narracja pozwala nam śledzić wypadki na osobliwej planecie. Zawsze mam ten sam problem - nie umiem opisać trzech zjawisk: zapachów, kolorów i bohaterów Strugackich. Składają się oni z przedziwnej mieszaniny dystansu do świata, serdeczności, zdrowego rozsądku zakropionego odrobiną fantazji i czegoś, co wciąż mi ucieka. Być może jest to ta legendarna rosyjska dusza? Nie wiem. Jedno jest pewne - bohaterowie Strugackich to porządne chłopy i na tym możemy chyba poprzestać.

Poleca się mocno.