niedziela, 26 lutego 2017

Fantastyka realistyczna, czyli "Brzegi zapomnianego morza" McDevitta

Oj, czytałem tę książkę długie, długie miesiące. Zacząłem, przerwałem, zacząłem, przerwałem... Chyba z rok pokonywałem spokojny, leniwy nurt powieści Jacka McDevitta pt. "Brzegi zapomnianego morza". W międzyczasie kilka innych książek przeskoczyły z półki "do przeczytania" na półkę "przeczytane." A McDevitt stał w miejscu...

*

Gdyby znaleźć jakieś określenie dla tego typu powieści, byłby to "realizm fantastyczny" albo "fantastyka realistyczna." Historia dzieje się mniej więcej tu i teraz, a cały ładunek charakterystyczny dla science fiction to WYDARZENIE, które ma niebagatelny wpływ na rzeczywistość.

Na swoim polu farmer odkopuje dziwną konstrukcję - jacht, który pomimo tego, że przeleżał w ziemi przynajmniej kilkadziesiąt lat, wygląda jak nowy. Co więcej, niezniszczalny materiał, z którego jest wykonany kadłub i żagle, szybko okazuje się być produktem nieznanej ludziom. Naukowcy badający odkrycie szybko zyskują rozgłos dzięki występom w telewizjach śniadaniowych, a potem w poważniejszych programach. Przez całe Stany, a potem świat przetacza się informacja, która szybko przestaje być tylko ciekawostką, a staje się najpoważniejszym od dawna wyzwaniem, przed którym stoi ludzkość. Tym bardziej, że w pobliżu jachtu znaleziono budowlę, który okazuje się być bramą prowadzącą na inną planetę...

Okładka wyjątkowo niewyjściowa


McDevitt rozwija akcję zgodnie z prawidłami logiki - pojawienie się na naszym świecie nieulegającego zniszczeniu materiału powoduje, że gospodarka oparta na ciągłej produkcji i zastępowaniu zużytych produktów nowymi traci rację bytu. Plajtują kolejne fabryki, pracownicy trafiają na bruk, rośnie niepokój społeczny. Powtarza się stara dobra historia z epoki pary i węgla, które zastąpiły pracę ludzkich i zwierzęcych mięśni...

Autor naprawdę powoli snuje tę opowieść. Jak rasowy realista każdą z ważniejszych postaci szczelnie otula grubą warstwą wszelkiego rodzaju informacji - znamy rodzinę, przeszłość, plany zawodowe, marzenia, przeszłość, uczucia każdego, kto miał pojawić się w powieści częściej niż jeden raz. Oczywiście przesadzam nieco, ale skłonność McDevitta do długich, rodem z powieści obyczajowej opisów i dialogów o kawie i pączkach irytowała mnie zbyt często.

Przeskakiwałem przez te partie powieści, które wprawiały mnie w głęboką zadumę (czytaj-wywoływały senność) i polowałem na bardziej apetyczne kąski. Uczciwie muszę zaznaczyć, że jest ich całkiem sporo. Uwielbiam science fiction, które dotyka dnia dzisiejszego i za sprawą rzetelnych spekulacji pokazuje, jak "czynnik fantastyczny" demoluje to, co znamy i rozpoznajemy.

W "Brzegach zapomnianego morza" najlepiej sprawdza się "gdybanie" na temat wpływu technologii na obecny kształt rzeczywistości. Wnioski, do których dochodzi autor, nie są pocieszające - ludzie nigdy nie będą gotowi na rewolucyjne globalne zmiany, a jednostki o słabszej konstrukcji psychicznej, wszelkiej maści fanatycy, sięgną po rozwiązania siłowe, by zachować status quo. Podobnie zachowują się rządzący - w imię spokoju, bezpiecznego bezruchu gotowi są zniszczyć każde odkrycie, którego konsekwencje mogłyby zepchnąć cywilizację na nowe tory.

Powieść chwilami łapie doskonały nerwowy rytm, McDevitt rzuca czytelnikami od lewej do prawej - w krótkich, nieomal migawkowych scenach, obserwujemy jak przeróżni, często epizodyczni bohaterowie, mierzą się z ciśnieniem obecności w świecie "czynnika fantastycznego." Ta cała mozaika układa się w obraz wielowymiarowy i wiarygodny.

Niestety, zakończenie książki rozczarować może swoim wysilonym optymizmem. Ja wiem, że mamy do czynienia z fantastyką i w sumie każde rozwiązanie powinno się przyjmować z całym dobrodziejstwem inwentarza, ale wiem też, że świat, w którym żyjemy nie ugiąłby się tak łatwo pod presją nawet największych autorytetów, powiedzmy, moralnych. A w finale powieści to właśnie postacie takie jak Ursula Le Guin czy Stephen Hawking stając naprzeciw uzbrojonym... Ok, nie zdradzam, sami sobie może przeczytacie.

*

Kończę.

Nie pytajcie nawet, ile czasu pisałem tę recenzję, bo długo...

poniedziałek, 20 lutego 2017

Od techno można z nudów zdechnąć, czyli "7ew" Stephensona

Zarazy, bomby atomowe, kosmiczne katastrofy, degradacja środowiska, nieudane eksperymenty naukowe – to wszystko może w mniej lub bardziej bolesny sposób zaprowadzić nasz gatunek na krawędź zniszczenia, a czytelnikowi dzieł opisujących koniec świata zapewnić sporą dawkę emocji. Twórcy literatury fantastycznej uwielbiają dręczyć odbiorców podobnymi wizjami i wciąż znajdują kolejne pomysły, jak przestraszyć (lub przestrzec) ludzi, pokazując im to, co może przynieść przyszłość, jeżeli w porę się nie opamiętamy lub nie zabezpieczymy przed konsekwencjami błędnych wyborów.

Pomimo tego, że motyw zagłady Ziemi jest literackim samograjem i ma potężny filozoficzny (żeby nie powiedzieć eschatologiczny) potencjał, to twórcy fantastyki stosunkowo rzadko starają się ukazać ową zagładę w bardziej wysublimowany sposób. Z reguły epatują przerażającymi scenami, zasypują czytelnika opisami zniszczenia, malowniczej degeneracji, śmierci w jej najróżniejszych postaciach. A gdy przypomnimy o nurcie postapokaliptycznym, który zdradza chyba najmniejszą skłonność do wprowadzania odbiorców w zadumę, a jest raczej zbeletryzowanym mokrym snem wszelkiej maści preppersów i dyżurnych czarnowidzów, możemy zaryzykować tezę, że fantastyka odebrała wizjom końca świata ich metafizyczny ładunek i zastąpiła go mniej lub bardziej wyrafinowaną rozrywką.


W swojej ostatniej powieści zatytułowanej 7ew Neal Stephenson rozwinął wspomniany wyżej motyw z iście technokratycznym zacięciem i teoretycznie powinien rzucić na kolana wielbicieli hard science fiction. Niestety, słowo „teoretycznie” nie pojawia się w tej recenzji przez przypadek...

Zacznijmy jednak od początku – punktem wyjścia fabuły staje się eksplozja Księżyca, który za sprawą niezrozumiałych kosmicznych sił rozpada się na siedem ogromnych części. Ta sensacja na galaktyczną wręcz skalę szybko przestaje być dla Ziemian li tylko atrakcją nocnego nieba, gdyż olbrzymie bryły obijając się o siebie, zaczynają dzielić się na mniejsze części i spadać na Ziemię. Zgodnie z prawami matematyki (nie każcie mi tego tłumaczyć) w ciągu mniej więcej dwóch lat naszą planetę czeka deszcz asteroid, które przechodząc przez atmosferę, podniosą temperaturę Ziemi, spalą ją wraz z całym życiem, jakie na niej istnieje. Perspektywa jest, przyznajmy, mało optymistyczna, ale pozwala za to pisarzowi na uchwycenie dramatu ludzi, których czeka nieunikniona śmierć.

Na szczęście naukowcy wpadają na pomysł budowy tak zwanej Arki w Chmurze – rodzaju skomplikowanej stacji kosmicznej zdolnej pomieścić kilka tysięcy wyselekcjonowanych przedstawicieli naszego gatunku, którzy będą musieli przetrwać w przestrzeni, by po setkach lat spróbować na powrót osiedlić się na macierzystej planecie.

Pierwszych kilkaset (!) stron powieści poświęcono opisom technicznych komplikacji, do jakich wciąż dochodzi w czasie budowy owego ambitnego projektu. Stephenson jest konsekwentny i kolejne treści wprowadza w niemal identyczny sposób – najpierw pojawia się problem (istotny dla powodzenia całej misji i bardzo szczegółowo opisany), następnie wkracza ktoś wykształcony, doświadczony i odważny (najczęściej taki bohater łączy w sobie dwie z trzech wymienionych cech). Precyzyjnie zrekonstruowana walka o rozwiązanie problemu zostaje wzbogacona o całą masę mniej lub bardziej fascynujących naukowych dywagacji, technicznych ciekawostek, teorii.

Miłośnicy tej odmiany fantastyki, która bazuje na rzetelnym i wiarygodnym ujęciu nauki, powinni czuć się wniebowzięci, dosłownie. Stephenson, gromadzi w swojej prozie niezliczone techniczne gadżety, odwołując się do aktualnych stanów badań dotyczących astronautyki i astronomii. Pierwsza część powieści (umiejscowiona w bardzo niedalekiej przyszłości) chwyta rytm życia naszej planety – bohaterowie książki z upodobaniem posługują się wszelkimi dostępnymi nowinkami związanymi z komunikacją internetową, mają swoje kanały na You Tube, a wieść o zagładzie czekającej świat jest przekazywana w błyskawicznym tempie właśnie dzięki możliwościom technicznym. Na Ziemi nie ma nikogo, kto nie dowiedziałby się o czekającym go losie.

Niektórzy czytelnicy mogą jednak czuć spore rozczarowanie. Nie dość, że tempo akcji ma tendencję do zwalniania, to na dodatek ilość technicznych szczegółów po pewnym czasie może męczyć lub irytować. Ponadto Stephensona (obrazowo rzecz ujmując) bardziej interesuje kwestia wypróżniania się astronautów w przestrzeni kosmicznej niż los skazanej na śmierć ludzkości, której poświęca dużo mniej uwagi.

Te dziwnie rozłożone akcenty dość szybko zaczęły mnie drażnić, ale z racji tego, że 7ew zbierało raczej pozytywne recenzje, potraktowałem moje wątpliwości i zastrzeżenia jako niezobowiązujące do niczego marudzenie. Być może się mylę i 7ew  wcale nie jest powieścią o końcu świata, ale raczej chłodną analizą szans, jakie ma człowiek, by ocalić cywilizację, której grozi całkowita zagłada. Stephenson nie ma dla nas najlepszych wiadomości. Zabrzmi to wręcz nieludzko, ale autor mówi wprost – nigdy nie uratujemy wszystkich ludzi, miliardy zginą na żarzącej się skorupie planety, a nieliczni wybrańcy ewakuowani w przestrzeń kosmiczną będą żyć w koszmarnych warunkach...

Żeby oddać sprawiedliwość tej w sumie przyzwoitej powieści, trzeba dodać, że autor umieścił finał około 5000 lat później w stosunku do początku książki. Stephenson na przestrzeni około trzystu stron opisuje trudy ponownego zaludniania Ziemi. Fantastyka zaczyna w końcu dominować nad nauką, a czytelnicy mogą poczuć prawdziwy dreszcz ekscytacji, gdy autor rozwija skrzydła wyobraźni i tworzy natchnione wizje odległej przyszłości, których nie powstydziłaby się sama Ursula Le Guin.

7ew jest książką nierówną. Ma świetne naukowe zaplecze i dostarcza czytelnikom sporej dawki wiedzy z różnych dziedzin, ale fabuła i konstrukcja postaci mogą cierpieć na pewne „niedoinwestowanie.” Na szczęście finał rozwiewa większość wątpliwości, jakie narodziły się w głowie odbiorcy, którego zmęczyły drobiazgowe sprawozdania z budowy stacji kosmicznej, i pozwala 7ew  zapamiętać na dłużej.


Recenzja pierwotnie ukazała się na łamach portalu Fantasta.pl