poniedziałek, 27 marca 2017

Pozioma hierarchia, czyli "Najazd z przeszłości" Hogana

Pewnie nie jeden raz już zaczynałem w podobny sposób, ale zacznę jeszcze raz - gdybym miał kogoś przekonać do literatury science fiction, to "Najazd z przeszłości" byłby jedną z pierwszych książek, które użyłbym w roli solidnego argumentu. To zdumiewające, ale w jednej powieści Hogan zebrał niemal wszystko to, co najatrakcyjniejsze (w każdym tego słowa znaczeniu) w fantastyce naukowej. 

Znajdziemy kosmiczne podróże i Ziemię pognębioną wojnami i biedą. Znajdziemy nienarzucające się elementy militarnej fantastyki i pogłębioną socjologiczną refleksję. Znajdziemy przyzwoitych sympatycznych bohaterów i prawdziwe świnie, którymi gardzimy od pierwszych stron książki. Autor, jak przystało na znakomitego fachowca, całość uwiarygadnia obszernymi partiami opisującymi technikę przyszłości, ograniczenia i możliwości, jakie pojawią się wraz z oderwaniem się człowieka od Ziemi.



Historia zaczyna się tak: dawno dawno temu w przestrzeń kosmiczną wystrzelono statek z "zarodkami", które miały przyjść na świat i zostać wychowane przez roboty na planecie Chiron. Stało się tak, ponieważ rozszarpywana nieszczęściami Ziemia przestała oferować atrakcyjne warunki mieszkaniowe. Krótko mówiąc, trzeba znaleźć drugą Ziemię i przygotować ją do sprowadzenia większej ilości Ziemian. Gdy na planecie Chiron spokojnie dojrzewa "nowa" ludzkość, "starzy" ludzie wyruszają w mającą potrwać około czterdziestu lat podróż w kierunku oferującej niezliczone możliwości rozwoju drugiej Ziemi.

Cały wic polega jednak na tym, że Chirończycy wykształcili zupełnie różne od ziemskich formy istnienia społecznego i nie za bardzo chcą się dostosować do przybyszy, którzy roili sobie, że pojawią się na Chironie, zdominują mieszkańców i skutecznie wprowadzą tradycyjnie rozumiane formy sprawowania władzy.

Przekomicznie wypadła scena, w której ziemska delegacja, korpus dyplomatyczny, najważniejsi dygnitarze spotykają się, a może raczej chcą się spotkać ze swoimi chirońskimi odpowiednikami, a muszą przywitać się ze zwykłym technikiem, gdyż na Chironie nie istnieje coś takiego jak wertykalna struktura władzy. Nie ma szefa wszystkich szefów, nie ma zwierzchników. Ziemscy przywódcy, reprezentanci najgorszych ludzkich cech, znaleźli się nagle w całkowicie obcym środowisku, którym nie mogą rządzić, gdyż coś takiego, jak hierarchia na Chironie nie istnieje. Uczta dla intelektu, mówię Wam!

Sporo w tej powieści utopijnej satyry na największe bolączki naszych (i nie tylko naszych) czasów. Obrywa się przede wszystkim kapitalizmowi i militaryzmowi, które muszą uciec z podwiniętymi ogonami z rzeczywistości, w której nie istnieją pieniądze, a wszystkie agresywne odruchy traktowane są jako aberracje, które trzeba natychmiast wyeliminować.

Na dodatek Hogan w tej całej mądrej i społecznie "czujnej" powieści prezentuje nam galerię fantastycznie skrojonych postaci - kobiet i mężczyzn, Ziemian i Chirończyków, cywilów i żołnierzy. Robi to na tyle dobrze, że ja - uprzedzony do militarnej odmiany sf - polubiłem tych twardych i honorowych wojskowych, facetów z krwi i kości, którzy najszybciej chyba zaczynają rozumieć, jak patogenny jest System, który w ich asyście sprowadzono z Ziemi.

Nie będę zdradzał oczywiście wszystkich przyjemnych niespodzianek, jakie niesie ta doskonała powieść, a wszystko, co o niej napiszę, i tak będzie od niej głupsze.

Tak więc poszukajcie tej książki i wiecie, co z nią zrobić.

wtorek, 21 marca 2017

Co było, a nie jest, czyli nie żal mi małych księgarni

Wiem, że pewnie część z Was mnie znielubi po tym wpisie. Trudno. 

Zacznę z grubej rury. Nie lubię księgarń i nie kupuję książek w księgarniach. Ani w dużych, ani w małych, ani w sieciowych, ani w rodzinnych. Nie. I mam swoje powody, których nie obawiam się użyć jako argumentów.

Nawet w największych księgarniach rzadko kiedy znajdę coś, co mnie skłoni do zakupu i szczerze powiedziawszy nie pamiętam już, kiedy ostatnio z jakiejś księgarni wyszedłem ściskając egzemplarz wypatrzonego dzieła. I nie chodzi tutaj o to, że w sumie najbliższa jako taka księgarnia odległa jest o około 20 kilometrów. Nie. Ja po prostu nie widzę na tych wszystkich półkach czegokolwiek, co mogłoby mnie zaciekawić. Nie ma nic, czego bym pragnął. Nic, bez czego nie mógłbym się obyć. 

(Dodajmy, że miesięcznie spływa do mnie z 5-6 książek. Z rzadka nowości, częściej antykwaryczne znaleziska.)

W mojej mieścince istniała przez parę lat malutka księgarnia. Pawilonik szczelnie wypchany wszelkiego rodzaju książkami. Od biografii, przez akwarystykę po fantastykę dla młodzieży i książki kucharskie. Wchodziłem tam czasem, zamawiałem coś (oczywiście zamawiałem, bo księgarz nie miał na miejscu tego, co by mnie interesowało) i czekałem parę dni na przyjście towaru. Księgarnia jednak nie mogła utrzymywać się z nielicznych zamówień wiernych klientów. 

Gdy księgarnia przeżywała swoją agonię (wieczna przecena tego, czego nikt nie chciał czytać), przechodziłem obok, odwracając wzrok. Robiło mi się niewymownie smutno. Żal jakiś ściskał serce. A potem przyszło zrozumienie. Jaki sens mają tego typu miejsca, w których teoretycznie jest WSZYSTKO, a tak naprawdę nie ma NIC? Czym różni się taka księgarnia od innych punktów handlowych, w których znajdziemy "1001 drobiazgów"? Chyba niczym, Oprócz tego, że zamiast dupereli z Chin znajdziemy książkowe buble pomieszane z wartościowymi tekstami. No ale te wartościowe w większości albo już znamy, albo nas nie interesują... 

Księgozbiór uzupełniam myszkując w Internecie. Tanie księgarnie, antykwariaty, strony samych wydawnictw - to tam znajduję książki, których szukam. I tam wszystko znajduję.

Wszystkie te myśli zaczęły się kłębić, gdy w Sieci zawrzało na temat jednolitej cen książki. Książka ma mieć roczny okres ochronny przez pierwszy rok. Zwolennicy tego pomysłu zakładają, że dzięki temu zyskają małe księgarnie, które nie mogły do tej pory konkurować z molochami. Molochy miały zawsze niższe ceny i liczne promocje. 

A moim zdaniem tego typu pomysły wcale nie uratują archaicznej koncepcji księgarni. Ja (i myślę, że nie tylko ja) omijam księgarnie (małe i duże) nie dlatego, że ceny są takie, a nie inne. Omijam, bo księgarnie stacjonarne nie oferują mi niczego, czego nie mógłbym znaleźć w Sieci. Nie da się zawrócić kijem Wisły. 

Ja wiem, ja wiem... Małe księgarnie, miasteczka żydowskie, klimat, zapach, usłużny miły księgarz, kot śpiący na rzędach starych woluminów...Rozumiem, ale już nie czuję.

Powiem Wam tak - gdybym trafił szóstkę w Dużego Lotka i kupiłbym sobie księgarnię (o czym kiedyś marzyłem), to mój los byłby przykładem najromantyczniejszego bankructwa w historii cywilizacji...

poniedziałek, 20 marca 2017

Tanie wino, czyli "Nienasycony" Radeckiego

Tomek - Po co Ty w ogóle kupiłaś tę książkę? Przecież Ty nie czytasz horrorów.




Wanda X - I już teraz wiem, dlaczego… A tak naprawdę to horrory też czytam, ale nie pamiętam, bym tak nisko upadła czytelniczo od czasu… Nie, nigdy tak nisko jeszcze nie upadłam, a czytałam bardzo dużo chłamu, uwierz mi.

- Ja kupiłem z sentymentu. Wiesz, „Phantom Press”, lata 90, tanie horrory z koszmarnymi okładkami, niegramotny język, prosta erotyka, naturalistycznie ujęta przemoc, barokowe opisy Zła (demonów, duchów, potworów wszelkiej maści, wilkołaków, wampirów, przeklętych cmentarzy i nawiedzonych domów...). Fabuła ma być prosta, dziewczyny mają chodzić do łóżka na pierwszej randce, a silni i pomysłowi faceci mają zaprowadzać porządek w świecie skazanym na konfrontację z (najczęściej) nadnaturalnym zagrożeniem.
- Te książki były jak filmy video czytane przez Tomasza Knapika. Głupie, źle napisane, żerujące na najniższych instynktach.
- Hej! Ale one takie miały być przecież! Masz pretensje do hamburgera, że nie jest kawiorem?
- Ale ja w życiu jadłam dobre hamburgery. „Nienasycony” Radeckiego to zapiekanka odgrzana w mikrofalówce i polana starym sosem czosnkowym.


- Naprawdę aż tak źle to wyglądało? Ja miałem niezły ubaw. "Nienasycony" to typowy horror. Horror klasy B. I jest swojej B-klasowości niesamowicie świadomy (mam przynajmniej taką nadzieję). Radecki wziął swoją opowieść w tak ogromny cudzysłów, że nie mam podstaw wierzyć, by napisał tę książkę na serio. Dlaczego? Dlatego, że autor tyle razy puszcza oko do koneserów tego typu produkcji i odwołuje się nie tylko do powszechnych wyobrażeń na temat tanich horrorów, ale również stara się odtwarzać nastrój heroicznych czasów (słodkie lata 90) horroru pulpowego w Polsce.
- I nic mu z tego odtwarzania nie wychodzi. Gdybym nie znała tej dekady z autopsji, na pewno nie poznałabym jej dzięki "Nienasyconemu." Uproszczony do granic możliwości obraz nie buduje klimatu, nie tworzy atmosfery. To wycięte z tektury dekoracje. Niestety...
- No a bohaterowie? Ja tam lubię taki zbyt wyraźny rysunek. Trzech zwykłych chłopaków. Prowincjonalnych metalowców, satanistów-ateistów, amatorów tanich win, którzy całą wiedzę na temat zaświatów i sił nadprzyrodzonych czerpią z tanich horrorów właśnie oraz z tekstów black metalowych kawałków. Chodzą w skórzanych kurtkach, mają długie włosy i plują pod nogi przechodniom... Wypisz wymaluj typowi czytelnicy dzieł Guya N. Smitha lub Mastertona. Są mocno przegięci, przerysowani.


- Ok., ale co z tego, skoro postacie są absolutnie niewiarygodne. Wywołałbyś krzyżackiego demona, by ten zemścił się na dziewczynie, która Cię zostawiła dla innego?
- Ja tam wyznaję hasło: „Gdy ci smutno, gdy ci źle, idź do kuchni, nażryj się.” To jest mój sposób rozwiązywania problemów.
- No widzisz. Myślę, że powinniśmy nieco rozjaśnić mrok tej skomplikowanej opowieści. Rzecz ma się tak: mamy tych trzech mało rozsądnych kumpli, którzy w ramach zemsty za złamane serce jednego z nich, decydują się sprowadzić do naszej rzeczywistości demona. Tytułowy demon nie tylko morduje byłą narzeczoną jednego z bohaterów, ale cała wioska pada ofiarą wygłodniałego potwora... To jednak nie wszystko - chłopaki uciekają przed demonem do Torunia, gdzie ich losy rozdzielają, ale żaden z domorosłych satanistów nie może uwolnić się od mrocznej przeszłości... Po latach demon upomina się o kolejne ofiary.
- Właśnie, demon… Autor robi, co może, by plastycznie odmalować Nienasyconego, który przypomina chmurę-wir wysysającą z ludzi życie i rozdzierających swoje ofiary na strzępy. Nie wiem, czy Radecki kierował się zasadą, że "mniej znaczy więcej", ale w przypadku tego typu horroru trzeba przynajmniej pokazać jeśli nie samego potwora, to chociaż efekty jego działań lub strach ofiar. Jednego i drugiego zabrakło. To jest faktycznie słaba strona tej książki. A pamiętasz swoje pierwsze spotkanie z alkoholem?
- Nie. I chyba niekoniecznie dobrze to o mnie świadczy. Dlaczego pytasz?
- Bo lektura "Nienasyconego" przypomina picie taniego wina, które posłużyło z 20 lat temu naszej inicjacji alkoholowej. Smak niby ten sam, i siarczany takie jak kiedyś, ale ekscytacji nie czujemy, gdyż i świat się zmienił, i my się zmieniliśmy. Ja tam dałem Radeckiemu spory kredyt zaufania i całej serii "nowych polskich pulpowych horrorów" też.
- A ja nie. Tak bezczelnego żerowania na nostalgii za pulpą dawno nie spotkałam, więc proszę Cię o jedno – nie umawiajmy się więcej na żaden horror.
- Idźmy na kompromis. Nigdy więcej polskich horrorów. Ok.?
- Ok. 
- Już się boję zapytać, co Ty zaproponujesz do przeczytania...
- Spokojnie, może nie będzie Cię aż tak bolało, jak mnie bolał ten "Nienasycony." Lubisz ambitną polską prozę?
- Nie.
- No to przeczytasz "Upał" Michała Olszewskiego.

poniedziałek, 6 marca 2017

Literatura jak fake news, czyli casus Remigiusza M.

Od kilku dni książkowe internety żyją sprawą niejakiego Remigiusza M., który podszywając się pod skandynawskiego pisarza o swojsko (dla Skandynawów) brzmiącym nazwisku  Ove Løgmansbø wydał trylogię powieści kryminalnych dziejących się na Wyspach Owczych. 

Remigiusz M. (ustami wydawnictwa) w następujący sposób tłumaczy swoje zachowanie: 

Pisanie pod pseudonimem ma w literaturze długą historię, a autorzy decydują się ukryć swoją tożsamość z różnych względów. Można tu przywołać chociażby J.K. Rowling i jej powieści napisane pod pseudonimem Robert Galbraith, które ukazują się w naszym wydawnictwie. Autorka chciała sprawdzić swoje pisarskie umiejętności, nie będąc ocenianą przez pryzmat znanego nazwiska. Na podobny pomysł wpadł Remigiusz Mróz – chciał sprawdzić się w roli autora skandynawskich kryminałów. Wydaliśmy dwie książki napisane pod pseudonimem Ove Løgmasnbø, które spotkały się z bardzo dobrym przyjęciem, wkrótce ukaże się „Prom”, czyli trzecia część cyklu. Okazuje się jednak, że utrzymywanie tajemnicy przez tak długi czas, nie jest łatwe, zwłaszcza przy zainteresowaniu mediów. Nie było łatwo cały czas tłumaczyć, dlaczego Ove nie może osobiście udzielić wywiadu.

Cóż więc tutaj mamy? Same słodycze. Coś, nad czym nie można przejść obojętnie. 

1) Tragiczny nieporozumieniem jest porównywanie występku Remigiusza M. do działania pani Rowling lub innych pisarzy, którzy rezygnując ze swojego najbardziej rozpoznawalnego oblicza, zaczynają "od zera" w zupełnie innej stylistyce, innym gatunku, innym rodzaju nawet.

Maciej Słomczyński napisał pod pseudonimem Joe Alex kilka kryminałów - absolutnie klasycznie zbudowanych, matematycznych niemal, wzorcowo realizujących formułę "zamkniętego pokoju." Pisał kryminały pod przyciągającym wzrok pseudonimem, bowiem w czasach PRL-u "zachodnio" brzmiące nazwisko miało wabić, elektryzować. Sam Słomczyński zaś nie przestawał oddawać się swojej największej pasji - tłumaczeniu. Joyce'a i Szekspira. Widać różnicę? 

Remigiusz M., kierowany zapewne pierwszym z siedmiu grzechów głównych (dla leniwych - pychą), chciał się po prostu sprawdzić na tym polu, na którym czuje się najlepiej. Nie zrzucił skóry autora powieści kryminalno-sensacyjnych. Niczym nie zaryzykował. Nie musiał. Nie ma obowiązku ryzyka w literaturze, ale niesmak, wywołany podobnymi intencjami, pozostaje na długo. 

Równie dobrze można pomalować sobie twarz na czarno i spróbować swoich sił w gangsta rapie. I gdy nam wydadzą jako taką płytę, którą kupią ziomki z polskich blokowisk, zmyć makijaż i powiedzieć: "A ku ku! To ja!"  

2) Magiczna literka  ø Znak rozpoznawczy skandynawskich autorów. Egzotyka, tajemnica i dreszcz. Polscy czytelnicy zostali uwiedzeni skandynawskimi kryminałami, skandynawską prozą w ogóle. Sąsiedzi zza Bałtyku skusili nas posępną atmosferą, zgrabnie ujętym tłem obyczajowym, pewnym eleganckim spleenem. Kiedyś też to lubiłem, ale przestałem, gdy dotarło do mnie, że szwedzki kryminał jest zbudowany na kłamstwie, które pomija prawdziwe, a nie wyimaginowane problemy Skandynawii. A kryminałom "społecznym" nie wolno zamykać na pewne sprawy oczu...

A więc literka sponsorująca ten post miała zahipnotyzować czytelników i zmusić ich do zakupu. No bo czyż nie o to w tym całym sporcie chodzi? Ma się sprzedać, a więc obstawiamy szybkiego zawodnika, nie czarnego konia, który niekoniecznie musi czytelnikom odpowiadać. 

(Remigiusz M. musiałby wtedy swój kryminał umieścić na Kurylach, na Wyspach Zielonego Przylądka lub na jakiejkolwiek innej smutnej jak pizda wyspie, no ale wtedy naszym czytelnikom nie otworzyłaby się klapka z napisem "SKANDYNAWSKI KRYMINAŁ" i wydawcy nie zwróciłyby się koszty...) 

Wydawca był do tego stopnia sprytny (no dobra, wyrachowany), że szata graficzna książek pisarza z literką ø w nazwisku ewidentnie nawiązuje do okładek prawdziwych, a nie farbowanych skandynawskich kryminałów. Czytelnik siłą rozpędu rzuca się na powieść wystylizowaną w 100%, od nazwiska przez blubry po fabułę i grafikę, powieść, łykając z całym dobrodziejstwem inwentarza ten produkt. Zasłony fikcji były bardzo grube i nie wierzę, że odkrycie prawdziwej tożsamości autora było wymuszone przez niemożliwość utrzymywania tej mistyfikacji w tajemnicy. 

Po prostu Wydawca i Remigiusz M. doszli zapewne do wniosku, że odpalą bombę (w wiadomym celu, $$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$) i angażując w to wszystko telewizję, wyspowiadali się publicznie z zabawy, jaką zafundowali czytelnikom. Wszyscy mieli klaskać i wiwatować, ale najwidoczniej nie wszyscy lubią być oszukiwani...

3) Któryś z klasyków literatury sensacyjne (wiecie, jakiś Follett czy Ludlum) powiedział, że jeżeli chce się napisać powieść dziejącą się na platformie wiertniczej, powinno się przynajmniej przez miesiąc popracować na platformie wiertniczej. Proste? Nie dla wszystkich najwidoczniej. 

Remigiusz M. przyznaje się bez większego poczucia zażenowania, że wszelkie potrzebne informacje dotyczące Wysp Owczych (a tam umieścił swoje farbowane kryminały) zebrał z Internetu:

Przygotowywałem się do pisania czytając po polsku i angielsku wszystko, co było dostępne. Oglądając zdjęcia zamieszczane w internecie przez Farerów, kręcone przez nich filmiki, prowadzone blogi etc. Słuchając rozgłośni bez pojęcia o tym, co mówią prezenterzy. Analizując mapy, historię i zależności z Danią, które na początku wydawały się enigmą. Słuchając farerskiej muzyki podczas biegania, oglądając ichniejsze programy telewizyjne, przeglądając codzienne newsy i zbierając wszystkie wrażenia tych, którzy pewien wulkaniczny archipelag na Morzu Norweskim odwiedzili…

Jeżeli jeszcze nie widzicie komizmu sytuacji, to radzę poczytać recenzje zachwyconych czytelników, którzy docenili walory Wysp Owczych, ich "tajemniczą atmosferę, egzotykę, klimat, malowniczość." Zacytowałby co lepsze kawałki, ale nie będę robił wstydu ludziom, których Remigiusz M. oszukał.  Jeśli mają oni odrobinę samoświadomości, powinni swoje recenzje czym prędzej usunąć. Wszak liczyli oni na kawałek "autentycznej" prozy, a dostali tylko wyrób czekoladopodobny, efekt internetowych wojaży, owoc płaszczenia tyłka przed monitorem. 

4) Remigiuszowi M. udało się jednak zrobić jedną wartościową rzecz, nieświadomie ale jednak. Odsłonił przed czytelnikami nie tylko mechanizmy wabienia czytelników, którzy tylko klientami są i nigdy nie byli czymkolwiek innym. Ale również polscy czytelnicy powieści głównonurtowych mogli przejrzeć się w krzywym zwierciadle całej afery, by ujrzeć własne głupie miny.

Mój kolega miał takie powiedzenie - "Zrobić kogoś jak chłopa w sądzie." Tak, polscy czytelnicy zostali tak właśnie potraktowani. I od nich teraz zależy, co z tym zrobią. Mogą odwrócić się od nieciekawych praktyk wydawniczo-autorskich lub dalej udawać, że czytają "skandynawskie powieści kryminalne z bogatym obyczajowym tłem."

PS

Dużo powietrza zostawiłem w tym poście. Jest co dopowiadać lub komentować. Zapraszam, ale się nie narzucam.

czwartek, 2 marca 2017

Z daleka i z bliska, czyli "Środek wyrazu" Dąbrowskiego


Jako poeta Tadeusz Dąbrowski dał się rozpoznać jeszcze w XX wieku. Dokładnie w 1999 roku ukazał się jego debiutancki tomik wierszy, który autor opublikował mając lat dwadzieścia. Od tamtej pory Dąbrowski cierpliwie buduje swoją pozycję jednego z najciekawszych polskich współczesnych poetów – regularnie publikuje, jest nagradzany i nominowany, tłumaczony i zapraszany na festiwale literackie. W odróżnieniu od hołdującym neoawangardowej manierze kolegów po piórze, Dąbrowski stara się znaleźć nić porozumienia ze swoimi czytelnikami, dostosowuje język do możliwości percepcyjnych przeciętnego zjadacza lirycznego chleba. Wiersze te od zawsze wyciągały rękę w stronę odbiorcy, zapraszały go na swoje terytorium i subtelnie starały się powiedzieć coś mądrego o świecie i człowieku.

Wiersze zgromadzone w tomie pt. „Środek wyrazu” potwierdzają znakomitą formę poety. Liryka ta zdradza wyraźną tendencję do diagnozowania kondycji moralnej współczesnego świata, ale wiersze te nigdy nie piętnują i nie oceniają obserwowanych zjawisk. Bohater liryczny Dąbrowskiego, nieco staroświecki i pielęgnujący pewien rodzaj wyważonego konserwatyzmu, wędruje ścieżkami Wielkiego Świata i pozwala sobie zajrzeć pod jego podszewkę.



Świat ten powinien teoretycznie porywać i oszałamiać, ale bohater „Środka wyrazu” czuje się w nim źle, a już nie na pewno nie u siebie. Dalekie miasta, filary cywilizacji Zachodu (Nowy Jork, Berlin, Zurych...) odsłaniają swoje ukrywane przed turystami ponure oblicza. Są jedynie zbiorem brył zamieszkałych przez ludzi sponiewieranych współczesnością. Pod pocztówkową powierzchnią kryje się pustka, rozpacz i cynizm...

Autor jest zbyt mądry, by krzyczeć, lamentować lub obrażać się na podglądaną rzeczywistość. Pomimo poważnego tonu, wiersze te są jasne i klarowne. Potrafią porwać wymyślnym konceptem, który odświeża stare jak sama poezja motywy – Dąbrowski potrafi mówić pięknie, ściszonym głosem, o miłości, poczuciu utraconej bliskości, zaufaniu, zwątpieniu... Często najsubtelniejsza liryka wyrasta z zaledwie kilku zdań kreślących krótką przejmującą scenę, na którą nikt poza poetą nie zwróciłby uwagi.

Gdybym miał kogoś przekonywać do przełamania wrodzonej (lub zaszczepionej) niechęci do poezji, „Środek wyrazu” były naprawdę przekonującym argumentem, by zmienić przyzwyczajenia czytelnicze. Mocno polecam.