poniedziałek, 30 grudnia 2019

Rzuciłem, zdradziłem, rozwiodłem się z tymi książkami

Dobrym zwyczajem staje się podsumowanie czytelniczego roku. Bilans strat, zysków, rozczarowań, nadziei. Litania tytułów lub nazwisk, które wbiły się w pamięć - na dobre lub złe wspomnienia. U mnie znajdą Państwo listę książek, które mnie pokonały. Padłem w nierównym boju z ich stylem, problematyką, najczęściej liczbą stron. Nie dałem rady sforsować tych rzek, cofnąłem się w połowie lub w ogóle machnąłem ręką, gdy tylko zanurzyłem się po kolana. 



Stawiam sprawę uczciwie - będę pisał o dobrych lub przyzwoitych książkach, które najzwyczajniej w świecie mnie sobą znudziły lub arbitralnie, pewnie niesprawiedliwie, stwierdziłem, że niczym nie są w stanie mnie zaskoczyć. Zgodnie z praktykowaną filozofią będę mógł swobodnie rozmawiać na ich temat w towarzystwie kulturalnych i wykształconych ludzi, którzy nijak nie zorientują się, że ja zaprezentowanych poniżej tytułów nie przeczytałem do końca. Ba! Nawet często nie dotrwałem do połowy... 

No to jedziemy!

Marcel Proust, W stronę Swanna.

Gdy przeczytałem wywiad z jednym z moich ulubionych poetów Johnem Ashberym, okazało się, że jego ulubioną powieścią jest właśnie cykl Prousta. Ashbery mniej więcej wyraził się tak: "Po jego przeczytaniu będzie się mądrzejszym i smutniejszym." A że lubię oba stany, z czego łatwiej mi osiągnąć smutek niż mądrość, zakasałem rękawy i wziąłem stojący na półce pierwszy tom cyklu.

Przeczytałem grubo ponad połowę. Początkowo fascynujące były próby udźwignięcia przez Prousta materii pamięci. Drobiazgowe, jubilersko wręcz bogate zdania potrafiły hipnotyzować, porywać. Opisy rzeczywistości - domów, obyczajów, kościołów, gestów, przedmiotów... Drobinki humoru, subtelny komizm, życzliwe pochylenie się nad słabościami bliźnich - to było naprawdę znakomite. Ale... 

I to jest ból - miłość. Ja mam z tym problem. Nie wierzę po prostu, że ludzie, nawet najbardziej wysublimowani i czuli, są w stanie osiągnąć ten poziom złożoności uczuć, tę skalę półtonów. Czułem się, czytając o duszy Swanna tak, jakby mnie postawiono przed wzornikiem kolorów w markecie budowlanym i zmuszano do szukania różnic pomiędzy kolorem żółtym zwanym "cytrusową energią" a kolorem żółtym zwanym "banana split". 

Dodam, że jestem nieomal daltonistą...

John Wydham, Poczwarki

Lubię tego autora i gdy gdzieś dzieliłem się tym uczuciem, to zaraz wciskano mi tę jego książkę. Przeczytałem połowę. Nie zapaliłem się do reszty. Przerobiłem już w swoim życiu wiele opowieści o postapokaliptycznym świecie, w którym zaczynają panować fundamentalistyczne zasady gry. Małe społeczności, restrykcyjne prawa rodem z biblijnych sekt, opresja w stosunku do inności. 

No i dzieci, które za sprawą tajemniczych mutacji są obdarzone nadnaturalnymi umiejętnościami. Wiecie, czytają sobie w myślach, przesyłają sobie na odległość uczucia. Drżą, by to wszystko nie wyszło na jaw, by dorośli się nie połapali, bo wtedy będzie źle.

Przyznam się, że zacząłem czytać, by dać się przekonać. "To najlepsza książką Wydhama! Naprawdę!" Cóż, miałem odruch jak uczeń, któremu zachwalają dobrodziejstwa Żeromskiego. 

James Herbert, Mgła.

Horror, jakich wiele poznaliśmy w latach 90 za sprawą boomu wydawniczego, który zapewnił dostęp do takich autorów jak Guy N. Smith, Graham Masterton czy wspomniany powyżej Herbert właśnie. 

Fabułka jest prosta jak drut - z rozpadliny (chyba ktoś próbował dowiercić się do złóż ropy czy coś w ten deseń) wydobywa się mgła. Na wyspach brytyjskich to nic nadzwyczajnego, ale mgła ta zamienia ludzi w krwiożercze bestie, które są w stanie w wyjątkowo obrzydliwy, sadystyczny sposób ukatrupić człowieka. Co więcej, nawet krowy rzucają się na okolicznych farmerów, by zadeptać ich kopytami.

Gdy przeczytałem 1/3 książki, zrozumiałem, że nie interesuje mnie, w jaki sposób bohaterowie poradzą sobie ze złowieszczym oparem i ile jeszcze osób zostanie wyeliminowane. Sorry, James...

Poul Anderson, Dzieci wodnika.

Kolejna gorzka nauczka, by nie sięgać po książkę autora, którego poprzednia książka mi się podobała. To bardzo skutecznie osłabia czytelniczy zapał. 

Mamy do czynienia z fantasy, a ja ten gatunek nie za bardzo ten teges. Zaryzykowałem i się doigrałem. Opowieść o ludzie żyjącym na dnie morza i starająca się przetrwać w chrystianizującym się świecie ma wszelkie szanse, by stać się naprawdę fascynującą i wciągającą, ale... Tempo tej powieści jest upiornie powolne. 

Przypominają mi się wszystkie zakłady, jakie przegrywałem z kolegami o to, kto dłużej będzie trzymał głowę pod wodą. Wydawało mi się, że całą wieczność byłem w stanie zatrzymać oddech w płucach, a tak naprawdę było to 20 sekund. Tutaj mam podobnie - czytam i czytam, a tu dopiero 50 stron. 

Stephen King, Bastion.

Czuję się usprawiedliwiony, gdyż powieść ta jest naprawdę kolosalnych rozmiarów. I to mnie przygwoździło. Z definicji nie lubię takich cegieł, nie ufam własnym siłom, więc nie porywam się z motyką cierpliwości na słońce opasłych tomiszczy. Ponadto ze strony na stronę gubiłem wiarę w sens opowieści o sile moralnej ludzi dobrych, ale słabych i nieuzbrojonych, którzy walczyć mają z przerażającą, zorganizowaną armią złożoną z kryminalistów i szaleńców. Nie, po prostu nie...

Wszystko to takie tasiemcowe, prowadzące momentami donikąd, sumiennie katalogujące nikomu do szczęścia niepotrzebne psychologizmy. 

Dziękuję.

Elizabeth Strout, Olive Kitteridge.

Dzięki tej książce udało mi się zadać samemu sobie pytanie, czego tak naprawdę oczekuję od literatury. Po kilku tygodniach spędzonych pewnie nad fantastyką lub horrorami, zatęskniłem za prozą obyczajową. Zwykli ludzie w zwykłych sytuacjach. Realizm, być może coś w duchu "romansu mieszczańskiego", prawdopodobieństwo, życie tu i teraz. 

No i się rozczarowałem. Dlaczego? Nie wiem. Znów ktoś mi polecił. Dobra autorka, podziwu godna tytułowa bohaterka, której sama obecność, niczym dobrego (choć momentami złośliwego) ducha, wystarcza, by rozwiązać problemy bohaterów pewnego małego amerykańskiego miasteczka. Solidna dawna "życiowości", wystarczająco interesujące historie, czułość i wyrozumiałość w stosunku do ludzi i świata. 

I nie dałem rady. Bez powodu. Tego typu książki czytam w ciągu kilku dni lub zostawiam na długie lata. Być może wrócę...


Od 2020 nowe książki, następne rozczarowania lub zachwyty. Wniosek? Słuchać samego siebie, swoich instynktów i przeczuć. I bez wahania rzucać, gdy coś zaczyna nam stawiać bezpodstawny opór.

wtorek, 24 grudnia 2019

Pamiętam, bo przeczytałem "Pamiętam" Brainarda

Na motywie pochodzącym z książki Joe Brainarda "Pamiętam".

Pamiętam wigilię.

Pamiętam, że mieszkaliśmy w dwupiętrowym domu. Na parterze kuchnia, łazienka. Malutkie. Pokój moich rodziców. Na piętrze mój pokój, pokój moich braci i pokój babci.

Pamiętam, że babcia złamała biodro i od lat poruszała się tylko trzymając się ścian. Nigdy już nie wyszła poza dom i podwórko. Nawet do kościoła.

Pamiętam, że cały dzień mama smażyła ryby. Dla mnie i moich braci filety. Nie smakowały nam karpie. Pamiętam zapach oleju i gotowanej kapusty z grzybami.

Pamiętam, że czekaliśmy na pierwszą gwiazdkę. Wypatrywaliśmy jej. Ojciec wychodził na papierosa. To była najbliższa gwiazda.

Pamiętam, że wigilia zaczynała się, gdy usmażone już były ryby. Rodzice wręczali nam opłatki. Nadchodził ten krępujący moment, gdy trzeba było spojrzeć w oczy (nigdy mi się nie udawało) i życzyć sobie wszystkiego. Potem, powłócząc nogami, szło się do babci. 

Pamiętam, że siadaliśmy w trójkę (ja i bracia)  przy stole w kuchni i jedliśmy ryby. Przy stole mogły siedzieć najwyżej trzy osoby jednocześnie. Gdy skończyliśmy, rodzice przynosili nam prezenty. Każdy dostawał to samo - w foliowym worku cukierki, mandarynki, czekolady... Dziękowaliśmy, zwalnialiśmy miejsce w kuchni dla rodziców, a sami szliśmy na telewizję. Być może była to "Szklana pułapka"?

Pamiętam, że około godziny 20 szykowaliśmy się na pasterkę. O 21 była msza, przed którą dzieci odgrywały sceny z historii o narodzeniu Chrystusa. Teatr w teatrze. Kapitalnie się nasiąkało buzującym w powietrzu napięciem. Nie, nie chodziło o mszę. Chodziło o to, by dziecięcy aktorzy nie pomylili swoich kwestii, by nikt niczego nie zapomniał, nie wszedł nikomu w słowo.

Pamiętam, że około 22:30 leżeliśmy już w łóżkach. Bez mycia zębów, podjadając ostatnie mandarynki.

Pamiętam, że nie mogłem przestać tęsknić za takim świętowaniem.

I do dzisiaj nie mogę.

środa, 18 grudnia 2019

Hrabia Henryk z "Panoramy", czyli "Lśnienie" Kinga

Jaki jest sens pisania o tej klasycznej już powieści grozy, która na zawsze wpisała się na wszystkie możliwe listy najbardziej przerażających i sugestywnych dzieł literackich wszech czasów? Nawet w bardzo bogatym i różnorodnym dorobku samego Kinga "Lśnienie" jest "top of the tops"; nie można pominąć go w jakimkolwiek zestawieniu najistotniejszych prac amerykańskiego pisarza. 

Dodajmy do tego obezwładniającą ekranizację Kubricka, który (przyznajmy) nieco zmodyfikował materiał wyjściowy, ale stworzył za to filmowy majstersztyk do dziś analizowany przez różnego rodzaju łowców ukrytych przekazów.

Cóż więcej można dodać skoro ta autentycznie przerażająca opowieść o nawiedzonym miejscu opatulona jest tysiącami recenzji, omówień, interpretacji... Patrzymy na "Lśnienie" z perspektywy tradycji gatunku i z punktu widzenia rozwoju pisarstwa Kinga, przez pryzmat biografii twórcy i.... i tak dalej, i tak dalej...

"Lśnienie" jest jak dotąd chyba najlepszym tekstem Kinga, jaki miałem okazję przeczytać. Nie dziwi mnie pozycja, którą zdobył pisarz, skoro w tak wirtuozerski sposób stopniuje napięcie, rozsiewa powoli sygnały grozy, delikatnie, nie cofając się ani o milimetr, podnosi temperaturę i ciśnienie (jak w piecu pracującym w czeluściach nawiedzonego hotelu). Koncert horroru (jak w "Bolero" Ravela) z każdą stroną brzmi coraz wyraźniej i głośniej. 

No ale to już wszyscy wiemy.




Znamy też ten schemat - rodzina, demony początkowo uśpione w duszy bohatera, podlewane alkoholem, klaustrofobią, pretensjami, zaczynają podnosić łby, kłapać zębami, w końcu gryźć. Znamy też głębinowe zapuszczanie sondy do wnętrza życiorysów postaci w poszukiwaniu zaznanych w przeszłości krzywd, nieprzepracowanych traum, na pozór tylko porozwiązywanych problemów. Ta psychologizacja w przypadku "Lśnienia" nie raziła mnie aż tak bardzo. 

Horrory na szczęście da się również czytać wbrew ich tradycyjnemu emploi. Nie musimy widzieć w nich maszynek do produkcji strachu. To zbyt proste, płaskie, chociaż jak najbardziej naturalne i czasem wystarczające, by rozkoszować się możliwościami literatury gatunkowej. Nie każdy przecież dreszczowiec to "pod spodem" subtelna analiza,  gra z przyzwyczajeniami krytyków i czytelników, autotematyczna zabawka, psychologiczny portret pokolenia, płci czy czegokolwiek, co przyjdzie nam do głowy. 

A więc uparłem się i popatrzyłem sobie na "Lśnienie" jak na dramat psychologiczny. Obdarłem tę historię z wszelkich makabrycznych, nadnaturalnych, czasem groteskowo wręcz przerażających warstw. Przesunąłem na drugi, być może nawet trzeci plan tę ponurą historię hotelu "Panorama", która sama w sobie budzić może niepokój. Cóż mi zostało? Wstrząsająco banalna (co nie znaczy zła lub trywialna) opowieść o aspirującym pisarzu, któremu w rozwoju przeszkadza rodzina. 

Jack coś tam pisał, gdzieś publikował, stukał do (literackiego) nieba bram, aż w końcu ktoś delikatnie uchylił drzwi i pokazał mu świat, do którego chciał wparadować. Stukot maszyny do pisania i szelest papieru tworzyły najsłodszą melodią, wizja demaskatorskiej sztuki, której miał być autorem, przyprawiała skrzydła. Nic dziwnego więc, że perspektywa spędzenia w odciętym od świata hotelu kilku miesięcy była przynajmniej kusząca. 

A jednak wszystko psuje rodzina... Syn cierpiący na niemal katatoniczne ataki, wymagający lekarskiej obserwacji, sikający w portki pod wpływem niejasnych wizji. Żona, której miłość bywa zaborcza, rozpamiętująca wciąż alkoholowe ekscesy męża, jego nieprzewidywalność i porywczość. Obecność kobiety i dziecka unosi się nad Jackiem jak rój much, których nie można przegonić ruchem ręki, trzeba z nimi żyć, tolerować ich słabości, potrzeby, obawy. 

Od samego początku widziałem w "Lśnieniu" odbicie katastrofy, jaka dotknęła hrabiego Henryka, bohatera "Nie-Boskiej komedii". Chłop też miał pod górkę - najprawdopodobniej mierny poeta wymarzył sobie, że będzie w stanie pogodzić obowiązki głowy rodziny z pasją literacką. Przysięgał wierność kobiecie, a romansował z piersiastym widmem, którego prawdziwe, diabelskie, oblicze widziała tylko zdradzana żona. Marzenie o poetyckiej sławie wygasza ludzkie odruchy, zamraża uczucia. Drapieżna obojętność hrabiego popycha żonę wprost w paszczę szaleństwa, zaś syn, jeszcze w łonie matki skażony "poezyjnością", w swoim krótkim życiu zaznaje iście "romantycznych" epifanii - widuje ducha zmarłej matki. Czyż nie jest to dalekie odbicie Danny'ego, synka głównego bohatera "Lśnienia"?

"Lśnienie" kończy się upadkiem Jacka, żona i dziecko ocaleją. Dramat polskiego romantyka odwrotnie - matka i Orcio pierwsi schodzą ze sceny. Te dwa teksty przeglądają się w sobie jak dwa lustra postawione na przeciwko siebie. Pomiędzy zwierciadłami krąży fundamentalny problem - ile ofiar trzeba złożyć na ołtarzu sztuki? Jack i Henryk składają na nim własne rodziny, co jest pewnie ostrzeżeniem udzielonym wszystkim potencjalnym artystom, którzy naiwnie wierzą w to, że można pożenić ogień z wodą, szczęśliwe życie i twórczą pasję.


Niczego nie kończę. Być może ktoś podejmie wątek, podyskutuje, pomyśli. To wystarczy. 

Tradycyjnego, uświęconego tradycją kompozycji, zakończenia nie będzie.

Czołem!