środa, 22 kwietnia 2020

Ta kawa to nie jest kawa, czyli "Trawa" Tepper


Tak książka była typowym wyrzutem sumienia – kupiona lata temu, czekała aż dzisiaj na to, aż łaskawie po nią sięgnę. Nie mam niczego na swoje usprawiedliwienie. A na dodatek informacja o tym, że „Trawa” Sheri Tepper  jest jedną z ciekawszych, mądrzejszych i ambitniejszych powieści fantastyczno-naukowych wcale nie ułatwiała pozbycia się czytelniczych wyrzutów sumienia.



Zacząłem czytać i… najpierw się odbijam od stylu. Mocno zagęszczona, „kobieca” proza, która koncentruje się na drobiazgowym rejestrowaniu nie tylko szczegółów rzeczywistości, ale również drgnień, drżeń dusz bohaterów. Odzwyczaiłem się od takiego wyrafinowanego frazowania. Drażniły mnie „przestoje” – bohater zadaje pytanie, autorka wstawia cały akapit będący zapisem myśli, pomniejszym strumieniem świadomości, i dopiero teraz drugi bohater odpowiada na pytanie, którego treść zdążyłem już zapomnieć. 

Czytałem więc powoli, cierpliwie, chyba zbyt często tracąc zimną krew, bo wciąż podejrzewałem samego siebie, że coś przeoczyłem. Trzeba przyznać, że Tepper bardzo powoli otwiera drzwi do świata przedstawionego. No ale ma w tym swój cel…

Gdyby ktoś się zdecydował na ekranizację „Trawy”, musiałby stawić czoła czemuś, co najogólniej nazwać można „literackością”. Otóż powieść amerykańskiej pisarki znakomicie igra z przyzwyczajeniami poznawczymi czytelników. Dzieje się to za sprawą obcości – akcja rozgrywa się na planecie Trawa, która tylko z nazwy kojarzyć się może ze swojskimi łąkami. I tak to się rozkręca – na Trawie żyją w sąsiadujących ze sobą domostwach arystokraci, którzy regularnie urządzają Polowania na Lisy. Pomagają im w tym Ogary i Wierzchowce. Czytelnicza wyobraźnia, ze zrozumiałych względów przyspawana do naszego świata, natychmiast podsuwa oswojone wizerunki chartów, koni i rudych stworzeń z puszystymi ogonami… Ależ się zdziwimy! Te igraszki znajdują dodatkowe umocowanie w fabule – główną bohaterką jest kobieta, która wraz z rodziną zostaje wysłana na Trawę, by przeprowadzić pewne śledztwo, od którego powodzenia zależy przyszłość rasy ludzkiej. Przyjęta na egzotycznej planecie przez zblazowane wyższe sfery, doświadcza całej serii nieporozumień poznawczych. To, co na Trawie nazywa się kawą, wcale kawą nie jest. I tak dalej, i tak dalej… Cóż za pole do rozważań natury niemal filozoficznej.

A co jeszcze czeka czytelników? Wyliczę:

- bardzo dobrze sportretowana rodzina głównej bohaterki; rozorana nie tylko przez konflikty międzypokoleniowe, ale również fundamentalne, niemożliwe do pokonania lub ominięcia „błędy w założeniu”. Smutna to wizja – nieszczęśliwa uwięziona w związku kobieta, której religia nie pozwala zrzucić kajdan i znaleźć szczęścia w ramionach właściwego człowieka.

- mroczna niepokojąca wizja totalnej obcości – istot, które na pozór tolerują człowieka, a tak naprawdę stają się siłą dominującą, podporządkowującą sobie „panów”. Czy należy traktować to jako metaforę? Byłoby dobrze widzieć w tym obraz naszych relacji z przyrodą jako taką. Zapraszam do refleksji. „Trawa” to też powieść ekologiczna.

- ludzkość ginie, dziesiątkowana przez wirusa, który ma 100% skuteczności jeżeli chodzi o uśmiercanie przedstawicieli naszego gatunku. Trwa szaleńczy wyścig z chorobą. Kiedyś w tej zarazie widziano metaforę AIDS („Trawa” ukazała się w 1989 roku), teraz narzuca się nieco inna zaraza…

- W powieści Tepper znakomicie rozgrywa się również element „klasowości”, a najśmieszniejsze jest to, że kapitalnie postawiono ten motyw na głowie. Elita planety uważa siebie za koronę stworzenia, arystokraci nie zadają się z pospólstwem, ze zwykłymi ludźmi żyjącymi w jedynym dużym mieście planety. Ale gdy na skutek biegu wydarzeń jeden z błękitnokrwistych dżentelmenów trafia pomiędzy „zwykłych” ludzi, ze wstydem konstatuje, że sam jest zacofany, głupi, ograniczony… Dużo w tej powieści stoi na głowie. I bardzo dobrze.

Polecam z czystym sumieniem tę znakomitą powieść. Uważny i nieco otrzaskany kulturowo odbiorca znajdzie tam naprawdę wiele skarbów – począwszy od języka i koronkowego stylu, a skończywszy na inteligentnych i nieco heretyckich próbach wytłumaczenia obecności zła w świecie.

Kto ma oczy, niechaj czyta.

piątek, 10 kwietnia 2020

Na metafizycznym dopingu, czyli "Requiem dla lalek" Zbierzchowskiego

Zbiór jedenastu opowiadań Cezarego Zbierzchowskiego pt. Requiem dla lalek powinien zadowolić najbardziej wymagającego miłośnika science fiction. Ja jednak mam wrażenie, że autor mierzył gdzieś powyżej tego celu, że wirtualnym czytelnikiem miał być odbiorca wyrobiony intelektualnie, obeznany nie tylko z klasykami samego gatunku, ale również (a może przede wszystkim) z kulturą wysoką, elitarną. Innymi słowy, Zbierzchowski podjął się ambitnej próby przerzucenia pomostu pomiędzy doskonale rozpoznawalnymi, niemal kanonicznymi elementami typowymi dla dystopijnie zabarwionej fantastyki, a kulturą wysoką. Czy autorowi udało się zbudować solidny kamienny most? A może jego zbiór to efektownie wyglądająca, ale niestabilna pontonowa przeprawa? Sprawdźmy.



Opowiadania Zbierzchowskiego dzielą jedną wspólną przestrzeń – miasto Rammę, jego rubieże, sąsiednie państewka pożerane przez wojnę. Gdyby pochylić się nad organizacją przestrzeni, miejscem akcji większości tekstów, to doszlibyśmy do wniosku, że pisarz naprawdę przyzwoicie przyłożył się do tego, by uczynić swój świat swojskim, a jednocześnie odpychająco obcym. Ramma i okolice przypominają bowiem pękające plastikowe worki wypełnione odpadami naszej cywilizacji.

W podobnym stylu pisało się w czasach PRL-u fantastykę socjologiczną – pomimo kilku gadżetów niezbędnych do tego, by zaistniał czynnik fantastyczny, czytelnik miał wrażenie, że upiorna brzydota, tandeta, toporna architektura brudnych miast to rzeczywistość, z którą miał na co dzień do czynienia. To była jego rzeczywistość. U Zbierzchowskiego jest podobnie: nowoczesne samochody, broń, automaty, media – te fetysze cywilizacji nie są w stanie zamaskować odpychających realiów naszego świata – wojen, agresji, migracji, czy chaosu światopoglądowego. Autor lubuje się w detalach, kataloguje rozsypujący się na oczach czytelnika świat.

Na tle tej przygnębiającej scenografii dzieją się historie niemal bez wyjątku smutne, pozbawiające nadziei na jakiekolwiek pozytywne rozstrzygnięcia. Bohaterom wydaje się, że mają coś do powiedzenia, ugrania, załatwienia, wywalczenia, ale tak naprawdę o wszystkim decydują kłębiące się wokół nich siły – polityka, historia, uwarunkowania społeczne, a nawet siły wyższe.

W jednym z najlepszych tekstów zbioru, otwierającym całość – Innego nie będzieZbierzchowski zgrabnie odwołuje się do Miłoszowskiego obrazu końca świata, który przyjdzie niezauważony i przetoczy się ponad ślepymi i głuchymi na niego nieszczęśnikami. Wizja pierwiastka boskiego opuszczającego ziemski padół i pozostawiającego tę skorupę na pożarcie miażdżących ją powoli mocy jest wstrząsająca. Ten świat nie zostanie uratowany ani zbawiony, gdyż przestał już interesować siły, które przyczyniły się do jego powstania. W takim kontekście proza Zbierzchowskiego wygląda na deistyczną, pesymistyczną do szpiku kości, a na dodatek osadzoną na solidnych filozoficznych fundamentach.

Kolejne opowiadania powoli ukazują czytelnikowi „świat po Bogu” i niemal za każdym razem autor inaczej kładzie akcenty. Miejsce na drodze to zapis śledztwa w sprawie tajemniczej hipnotyzującej siły, która psychicznie i fizycznie niszczy ludzi, w Monecie pisarz podejmuje kwestię eutanazji, zaś Mr Fiction przygląda się podglądactwu cechującemu naszą cywilizację rozmiłowaną w rozmaitych reality shows.

Problem z Requiem dla lalek widzę w natarczywie podsuwanych czytelnikowi metafizycznych rozwiązaniach. Najczęściej przybierają one formę pointy wieńczącej rozwijany według kanonów „twardej” science fiction bardzo przyzwoity pomysł. Odbiorca, w tym piszący te słowa, może czuć rozczarowanie i zakłopotanie, gdy okazuje się, że ścieżka intrygi prowadząca do rozstrzygnięcia fabularnego nagle skręca w kierunku szeroko rozumianej eschatologii lub teologii. Wkrada się zamęt. Tego typu wybieg może tłumaczyć absolutnie wszystko, każdą zagadkę, nad której rozwiązaniem głowią się zarówno bohaterowie opowiadań, jak i sam czytelnik. Ale odbiorca zasługuje jednak na logiczne wyjaśnienie mechanizmów rządzących rzeczywistością świata przedstawionego. Metodzie twórczej autora patronuje przede wszystkim Philip Dick, ale z żalem trzeba stwierdzić, że Zbierzchowski zbyt mechanicznie posługuje się narzędziami, których obsługę do perfekcji opanował Amerykanin.

Nawiązywany co i rusz romans z metafizyką przeplatany jest odwołaniami do literatury wysokiej. Wspomniany wcześniej wiersz Czesława Miłosza stał się kapitalnym fundamentem pierwszego opowiadania tomu – tutaj autor trafił w sam środek tarczy. Mottem innego tekstu jest cytat z wiersza Rafała Wojaczka. Jednak gdy w tytułowym opowiadaniu (skądinąd bardzo dobrym) odnajdujemy cytaty z Małej Apokalipsy Konwickiego, możemy mieć wrażenie, że to klasyczne dzieło zostało zbyt grubymi nićmi zszyte z tekstem reprezentującym przecież literaturę gatunkową. Być może przemawia przeze mnie purysta, ale nie wydaje mi się, by ktokolwiek skorzystał na takim sparowaniu treści. Opowiadanie Requiem dla lalek zyskało być może drugie dno i zamieniło się w sympatyczny przykład intertekstualności, ale nie wierzę, by po jego lekturze Konwicki znalazł nowych czytelników wśród miłośników fantastyki. Potraktujmy więc te nawiązania jak rodzaj prywatnego hołdu złożony ważnym dla autora twórcom.

Zbliżając się do podsumowania tych rozważań, muszę rozwiać wszelkie wątpliwości. Opowiadania Zbierzchowskiego to naprawdę bardzo dobra próbka prozy fantastyczno-naukowej. Ich mroczny ton oraz styl łączący w sobie wulgarny i prosty język dialogów z niemal lirycznymi partiami narracyjnymi to niezaprzeczalne atuty Requiem dla lalek. Warto więc sięgnąć po tę książkę, by przekonać się również, że odbijają się w niej problemy, z którymi walczy, a być może już przegrywa, współczesny świat.

Recenzja pierwotnie ukazała się na łamach Fantasta.pl