niedziela, 27 października 2019

Zmęczony, znudzony, czyli "Ten cholerny Księżyc" Budrysa

Dałem się zwieść. Cóż, zdarza się... Klasyczna w każdym tego słowa rozumieniu powieść autora kojarzonego ze złotymi czasami fantastyki naukowej stała się pułapką, w jaką wdepnąłem i ugrzązłem na kilka godzin, których niestety nikt mi już nie zwróci. Całe szczęście, że liczba stron była "humanitarna" (około 230), bo inaczej nie uniknąłbym czytania tylko i wyłącznie początków i zakończeń kolejnych akapitów.

Krecią robotę odwalili też "polecacze" ze skrzydełek książki - Bester, Blish i Silverberg (niezłe pistolety, prawda?) piejąc z zachwytu, oznajmiają, że "o taką fantastykę walczyli". No nie bardzo, chłopaki, nie bardzo... 

Całość zapowiadała się ciekawie. Czasy zimnej wojny, wyścig pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Związkiem Radzieckim o to, kto pierwszy zbuduje przyczółek na Księżycu. Typowe tło, na którym dziesiątki mniej lub bardziej ambitnych historyjek opowiedziano w latach 50 i 60. Cała sztuka polegała jednak na tym, by na tej szachownicy porozstawiać ciekawe figury i rozegrać przed oczami czytelnika niezłą partię. Teoretycznie to całkiem proste. 




Budrys zaczyna od tajemnicy - to sprawdzony chwyt. Dowiadujemy się, że na powierzchni Księżyca istnieją niewiadomego pochodzenia "konstrukcje", które zabijają każdego, kto tylko zbliży się do tych "nieludzkich" struktur. Astronauci (przesyłani na Srebrny Glob drogą radiową - tak, to nie żart) umierają, gdy próbują pokonać przestrzeń najeżoną niewidzialnymi zabójczymi wnykami. Naukowcy postanawiają znaleźć śmiałka, który przesłany na Księżyc nie dość, że nie zwariuje ze strachu, to jeszcze przeżyje całą eskapadę. Śmiałkiem tym jest hiperodważny, silny, zdecydowany, umięśniony i męski niczym Hemingway z Bogartem razem wzięci Al Barker. 

Zarys fabularny sporo obiecuje. Ale szczerze mówiąc, jeżeli o taką fantastykę walczyli, to ja się z tego klubu wypisuję. Cóż z tego, że tzw. czynnik fantastyczny zidentyfikujemy natychmiast (tajemnica na Księżycu, niezwykły wynalazek, dzięki któremu możliwa jest podróż na Srebrny Glob), skoro coś osobliwie ciężkiego przytłacza cały tekst. Coś, co można porównać do długiej nudnej rozmowy z pijanym znajomym, któremu zebrało się na szczerość i w chwili słabości wypłakuje się nam na ramieniu.

Jest w "Tym cholernym księżycu" coś w duchu noir (ale niestety nie jest to dobra wiadomość w przypadku tej książki) - twardziele padają pod ciężarem okoliczności, proszą o kolejną whiskey i przez zaciśnięte zęby zwierzają się ze wszystkich swoich słabości, upadków, wątpliwości... Przez 3/4 powieści bohaterowie (naukowiec, śmiałek i zabójczo piękna famme fatale) tkwią w dziwacznym klinczu. Fabuła nieruchomieje, gdy postacie obrzucają się inwektywami, mierzą się wzrokiem z pogardą, warczą, by w którymś momencie uzmysłowić sobie, że nie mogą bez siebie żyć. Zamiast przygody, melodramatyczne tony, które rozwadniają akcję. Zamiast dyskusji na temat księżycowych niebezpieczeństw, mamy psychoanalizę, którą zarażeni Freudem Amerykanie fundują sobie częściej niż flat white.

Nie polecam. Jedyne, co ratuje tę powieść, to scena przygotowywania kosmicznego skafandra, która kojarzyć się może z przymierzaniem zbroi przez rycerza mającego wjechać właśnie do zaczarowanego zamku, by znaleźć w nim świętego Graala. 

Chyba nic więcej. A to za mało.

PS

Rozczarowanym poleca się antidotum w postaci przygód Mistrza Twardowskiego. Wartościowsze.

sobota, 12 października 2019

Gdzież są niegdysiejsze erekcje, czyli "Serotonina" Houellebecqa


Długo szukałem patentu na tę powieść. Długo za długo. Być może to ślepy upór napędzał mnie, by w „Serotoninie” znaleźć coś, czego nie znalazłem, czytając dobre lub przyzwoite omówienia tej powieści. Cóż, kiepskie też czytałem i prawdę powiedziawszy było ich nawet więcej…

Nigdy jakoś szczególnie nie wabiły mnie powieści francuskiego autora. Odpychała raczej ich skandalizująca aura, zachwyty obłudnych czytelników, którzy oburzali się na flirt z pornografią, jednocześnie nie mieli niczego przeciwko temu, by otaczająca ich kultura kipiała bezwstydem. Że niby zrywa maski cywilizacji Zachodu, a zza tej maski wyziera pustka? Że krytykuje rozpasaną konsumpcję? Syte i leniwe kocury? Lubieżne kotki? Ten podręczny zestaw do „ułożenia sobie Houellebecqua na odpowiedniej półce” wydawał mi się jednak jakoś prawdziwy i odpychający jednocześnie. Ja naprawdę nie muszę czytać książek o tym, co dociera do mnie wyraźniej i głośniej innymi kanałami. W ten oto sposób na całe lata zamknąłem do siebie dostęp do tej prozy. Czytając więc „Serotoninę”, czułem się jak ktoś, kto wchodzi do wody, w której od dawna doskonale pływają inni. Muszę przyzwyczajać ciało do niezbyt komfortowej temperaturę i zajmie mi to dobrą chwilę.



Walcząc z potworną depresją, główny bohater powieści przyjmuje specyfik pobudzający wydzielanie serotoniny. Lek nowej generacji, przepisywany wyłącznie na receptę, wywołuje jednak dość nieprzyjemny efekt uboczny - brak erekcji, utratę zainteresowania kobietami, być może nawet trwałą impotencję. Udręczony bohater zalewany jest napływającymi wspomnieniami udanych i mniej udanych związków, których fundamentem był oczywiście seks, Seks w każdej możliwej i akceptowalnej w libertyńskiej Francji formie. Ciepłe, niemal czułe opisy zaprzepaszczonych szans na szczęście i spełnienie, natychmiast rozbija szczegółami rodem z pornograficznego rekwizytorium.

Ach, gdzież są niegdysiejsze erekcje, zdaje się pytać retorycznie bohater i pewnie sam autor. Ten przetworzony Villonowy topos to coś więcej, niż tylko wyraz bezradności w walce o utrzymanie męskości w jak najlepszej formie. Nie. Tutaj nie pomoże żadna viagra…

Przyszło mi do głowy, że jeżeli fundamentalny dla bohatera problem wyświetlić na ogromnym ekranie, ekstrapolować osobiste nieszczęście na przestrzeń o niebo większą, to czy erekcja nie jest symbolem żywotności, jurność i ekspansji kultury Zachodu, być może całej Europy? A jeżeli uwiąd jest tym, na co cierpi nasz kontynent i jeżeli sam sobie na to solidnie zapracował, przyjmując „leki na doły”, na egzystencjalne specyfiki na pustkę? Jeżeli tak, to co wcześniej napędzało potencję?

Nie wiem, czy brzmię wiarygodnie, ale patrzę na to tak: za cenę równowagi psychicznej przehandlowaliśmy „męskość” – jako kultura przede wszystkim.  

Przypominam sobie również opowieść o śmierci jednego z mitologicznych bóstw. Pan, bo o nim mówimy, lubieżny i jurny, mający kozie nogi, owłosiony na całym ciele jegomość,  gustujący we wszystkim, co się rusza, wyzionął ducha na jednej z Wysp Echinadzkich. Donosi nam o tym uprzejmie Plutarch w swoich „Moraliach”.

Śmierć antycznego bóstwa była zapowiedzią nowych czasów. Pogaństwo właśnie ustępuje przed żywiołem chrześcijaństwa. Pogaństwo zmęczone, wypalone, szamoce się w agonii. Jest noc. Rano zapieje kogut i „będzie wszystko nowe”.

Zrozumiałem zadziwiający passus o bożej obecności, który na pozór na siłę autor doczepił do ostatniej strony powieści. Piękna, niemal ortodoksyjna koda, może być prawdziwym kamieniem obrazy dla wszystkich, którzy cenią w twórczości francuskiego powieściopisarza skandalizujące tony. Moim zdaniem „Serotonina” to przede wszystkim opowieść o umierającej pogańskiej rzeczywistości. O poranionych bezsensem istnienia ludziach, którzy w pogoni za szczęściem (rozumianym w rozczulająco naiwny sposób) są w stanie zrobić absolutnie wszystko, nawet złożyć ofiarę z dziecka (proszę sobie sprawdzić w powieści). To opowieść o pustych i komicznie nieudolnych gestach oporu wobec sił daleko potężniejszych niż pojedynczy zdesperowany człowiek (vide finał konfrontacji rolników z policją i wolnym światowym rynkiem). A jednocześnie te potężna siły są żałośnie mizerne wobec sacrum, które człowiek wypędził ze swojego życia.

Tak, proszę państwa, Houellebecq zapowiada nadejście przesilenia, nadejście czasów, które po śmierci bożka pana mogą zastąpić uschnięty i sflaczały świat.

Być może...

piątek, 11 października 2019

Stowarzyszenie Umarłych Blogerów

Myślałem, że mnie to nie spotka. Myślałem, że będę odporny na chorobę, na którą zapadli w ciągu ostatnich lat obserwowani przeze mnie piszący o książkach. Cóż, padłem jak szczur w Oranie...



Najgorsze, co może przytrafić się człowiekowi oddającemu się jakiejś pasji, jest utrata poczucia sensu tego, co robi. Gdy wędkarz, miłośnik militariów lub twórca modeli grodów piastowskich z zapałek poczuje, że jego pasja powoli się wypala, prędzej czy później dojdzie do przesilenia. Wóz albo przewóz. Zero lub jeden. 

U mnie tak szczęśliwie się składa, że nikt mi nie płaci za pisanie o książkach. Jestem bezdomny ideowo, nie wiążą mnie żadne nici z żadną "platformą", część pozrywałem z premedytacją i hukiem, część osierociłem po angielsku. Nie dorobiłem się też grona fanatyków-miłośników, którzy spijaliby słowa z ekranu.

Nic mnie nie mobilizuje, ale ja nie lubię się czuć stawiany do pionu, pakowany w kamasze i ubierany w mundur recenzenta. Czuję się wolnym człowiekiem, gdy nie muszę robić tego, czego nie muszę a tylko mogę robić. 

Po części na fakt dezercji z pola wpłynęły procesy, jakie zachodzą na polu "blogerki". Coraz mniej osób pisze (i czyta) dłuższe teksty, książki w Sieci istnieją albo w formie przekombinowanych fotografii, albo jako recenzje sponsorowane, albo przekształcają się we vlogi. Nie pasuje mi nic z powyższej wyliczanki.

Czytam, ale kreślę tylko kilkadziesiąt chaotycznych zdań w notesie, by nie zapomnieć o tym, co przychodziło mi do głowy w czasie lektury. Ze wstrętem myślę jednak o cyzelowaniu tych obserwacji, o rygorze stylistycznym, o szukaniu formy, o wstępie, rozwinięciu, zakończeniu... Odruch wymiotny na samą myśl o.

Gdyby komuś przyszło do głowy, że po prostu obraziłem się na "słabe zasięgi" lub gdyby ktoś chciał mnie strofować, że jestem leniwy i powinienem wziąć się w garść, bo "marnuję się", powiem tyle - przestaje mnie to wszystko interesować. Być może czuję to samo, co bohater jednego z wierszy Czesława Miłosza: 

"Jeszcze jeden rok przygotowania.
Już jutro zasiądę do pracy nad wielkim dziełem."

Codziennie będzie jutro od dzisiaj.