środa, 22 lipca 2020

Umrzeć z nudów, czyli "Chata na krańcu świata" Tremblaya

Rzadko się przywiązuję do wydawnictw, bo z reguły wszelkie głębsze uczucia w moim przypadku prędzej czy później kończą się rozczarowaniem. Poznałem kilka książek od znakomitego bądź co bądź Vespera, nabyłem "Chatę na krańcu świata", licząc na prawdziwą ucztę czytelniczą, i... Cóż, chyba ktoś pomylił zamówienia.

Ok, od początku. Mamy taki "odłam" horroru, który po angielsku nazywa się malowniczo "home invasion". Mechanizm jest dość prosty - do domu, w którym spokojnie żyje mniej lub bardziej zgrana rodzina, samotna kobieta/mężczyzna lub grupa przypadkowych osób, dostają się intruzi, którzy terroryzują domowników, wykazują się fantazyjnym sadyzmem, mordują, torturują, czasem objawiając nadprzyrodzone oblicza, czasem banalne, ale skażone złem twarze "zwykłych" ludzi. 

Szczerze powiedziawszy nie jestem amatorem wyżej opisanej wariacji, ale widzę w niej owoc podświadomego strachu przed obcością zakłócającą swojskość i brak wiary w siłę, która potrafiłaby zamienić dom w warowny zamek odporny na szalejące na zewnątrz siły. 




Tak czy siak "Chata na krańcu świata" podobny motyw wykorzystuje. Mamy rodzinkę (dwóch homoseksualistów, którzy adoptowali małą Chinkę) spędzającą wakacje na kompletnym odludziu. Mamy kilkoro obcych, którzy otaczają tytułową chatę i żądają, by ich wpuścić, bo od decyzji, jaką ma podjąć rodzina, zależeć będą losy świata, mamy eskalację napięcia, gdy intruzi w końcu forsują szklane drzwi (chyba prowadzące na werandę) i związują ojców małej Chinki. Mamy przerażający (no dobra, wcale nie przerażający) etycznie wybór, przed jakim obcy stawiają uwięzioną trójkę...

Dobrze, myślę sobie, nie jest źle, nie jest też rewelacyjnie. Coś mi ciągle nie pasowało i w końcu zrozumiałem co. Autor w wybitnie męczący sposób rozwija tę historię - zamiast trzymającego za gardło horroru mamy rozsmarowaną na przestrzeni wielu kartek opowieść o relacjach, jakie panują wewnątrz pojmanej rodziny. Homoseksualizm pary bohaterów to naprawdę najciekawsze, co mógł wymyślić Tremblay. Cała reszta - opisane dzieciństwo postaci, zawiłości uczuć i układy sił pomiędzy partnerami, przemyślenia, wspomnienia, luźne obserwacje  - nudzi jak jasna cholera. Czytam i czytam, wydaje mi się, że minęła godzina lektury, a tutaj dopiero kwadrans przedzierania się z maczetą przez dżunglę zbyteczności. 

Ja naprawdę mam minimalne wymagania w stosunku do literatury gatunkowej - ma mnie nie nudzić. A Tremblay nudzi, męczy, poświęca całe akapity na opisy trawy, ściany, układu mebli... Ludzie, wyciąłbym to wszystko w diabły. Kuriozum prawdziwe to scena, gdy intruzi próbują dostać się do środka - od strony 49 do 72 trwają irytujące negocjacje. 

-Wpuście nas.
-Nie.
-No wpuście. Nie zrobimy wam krzywdy.
-Idźcie sobie, bo zadzwonimy na policję.
-Nie zadzwonicie, bo tu nie ma zasięgu.
-Mamy broń.
-A my mamy wam coś ważnego do powiedzenia.

I tak w kółko. Czujecie? 23 strony takiego chocholego tańca.

Żeby Was nie zanudzić, podsumuję to tak - napięcia ani strachu tu nie znajdziecie, kwestia "preapokalipsy" podbita religijną nutą jest mało oryginalna i czysto pretekstowa, niby klaustrofobiczna atmosfera to tak naprawdę zaduch, zapach opuszczonego ośrodka wypoczynkowego.

Nic, absolutnie nic mnie to tej książki nie przekonało. A wszelkie mądrzejsze myśli, jakie miałem w czasie lektury "Chaty na krańcu świata" są chyba moją własnością, nie podyktował mi ich na pewno Paul Tremblay. 


piątek, 10 lipca 2020

Poważna szeptanka, czyli "Poufne" Grynberga.

Czy da się wyszeptać komuś na ucho sagę rodzinną? Oddać każdy niuans, oddać grozę traum i kwaśny posmak kompromitujących detali? Czy można tak długo szeptać? Taka sztuczka udała się (powiedzmy) Mikołajowi Grynbergowi. "Poufne" mają ażurową konstrukcję, zbierają na przestrzeni nawet nie dwustu stron opowieści, epizody, anegdoty, odpryski życiorysów, ułomki losów żydowskiej rodziny, której najstarsi cudem przeżyli wojnę. 



Ok, mamy to. Wiemy, na czym stoimy, myślą czytelnicy. Ludzie liżą rany po skończonej wojnie, wiążą się ze sobą, rodzą się dzieci, wnuki. Ktoś się z kimś spotyka, ktoś inny odprowadza na cmentarz bliską osobę, ktoś wyprowadza się z domu, ktoś do domy zaprasza na uroczysty niedzielny obiad. Samo życie. Opowieść o rodzinie. Stały, nieusuwalny motyw. Poważna sprawa. 

I mamy tutaj do czynienia z powagą spod znaku filmów Krzysztofa Kieślowskiego.  Jego "Trzy kolory" lub "Podwójne życie Weroniki" to kino festiwalowe, stworzone "po bożemu", spodoba się i jurorom, i co wrażliwszym widzom. Nie ma wstydu. Takie filmy doskonale zagospodarują lukę w życiu kulturalnego człowieka. Podobnie widzę "Poufne" - dostajemy dawkę odpowiednio szlachetnych wzruszeń, pytań o los, podszyte (potencjalną) metafizyką zdarzenia, bohaterów wiarygodnych i uczciwych, co uda się uzyskać przede wszystkim dzięki dialogom, w których słychać "zwykłego człowieka". 

W najlepszych momentach "Poufne" olśniewają czysto brzmiącym, prostym, oszczędnym, a jednocześnie lirycznym językiem. Poszczególne krótkie rozdziały odsłaniają kolejne konary i gałęzie drzewa genealogicznego, po którym jak wiewiórka skacze czytelnicza uwaga. Ładnie wpisana jest trauma holokaustu - to zaledwie kilka migotliwych wspomnień, parę obrazów, skojarzeń, wymiana zdań, mimochodem podsunięte czytelnikom skojarzenie. Ten balast, dla wielu przecież fundamentalne doświadczenie egzystencjalne, na którym buduje się sens reszty życia, u Grynberga wydaje się być wstydliwym, kłopotliwym dziedzictwem. Czymś takim jak odziedziczony po przodkach nerwowy tik lub drżenie rąk. Być może kolejne pokolenia zrzucą z siebie ten ciężar i dziedziczona pamięć ciała spłucze w końcu osady naniesione przez wojnę?

Ja jednak mam problem z "Poufnymi". Same losy rodziny nie przynoszą niczego, czego byśmy wcześniej nie znali z setek innych opowieści tego typu. Ja już się wystarczająco dużo nasłuchałem, naczytałem i naoglądałem o relacjach na linii dziadkowie-rodzice-dzieci. Grynberg nie dodaje niczego nowego, nie modyfikuje ani nie moduluje. I gdyby te najbardziej konwencjonalne fragmenty "odsprzedać" słabszemu prozaikowi, ten zrobiłby z nich komercyjny użytek i stworzył ładną obyczajową historię, zadatek literatury obyczajowej. 

Mnie (piszę te słowa z pełną odpowiedzialnością za własny skrajny subiektywizm) kolejny raz spotyka zawód, gdy sięgam po tzw. literaturę piękną. To, co dostrzegają "znawcy", krytycy literaccy, zaangażowani recenzenci, odpycha takiego czytelnika jak ja. Nigdy nie wiem, czy zachwalany tekst jest naprawdę wartościowy i głęboki, czy po prostu pochylił się nad nim wystarczająco "głęboki" odbiorca i pisząc o nim, nie uwalnia tak naprawdę własnych (a nie tekstu) walorów. 

PLUSY: 
+ oszczędny, precyzyjny, ocierający się o skupioną lirykę język,
+wiarygodne język "mówiony",
+ kilka ładnych scen, które nie epatują ckliwością i wzruszeniami z przeceny,
+ błądząca na marginesach trauma holokaustu.

MINUSY
- w kwestii opowieści o rodzinie nie ma tutaj niczego nowego, odkrywczego, 
- a że dużo się tu opowiada o rodzinie, to tym bardziej przytłacza ta familiada,
- znajdziemy sceny zbyt "literackie", mające się podobać rozwiązania, które nawet w prawdziwym życiu uznalibyśmy za pretensjonalne i niepotrzebnie symboliczne.


Mogę polecić miłośnikom rodzinnych mikroskopijnych sag, w tle których tlą się ledwie co opanowane pożary historii, ale mnie to nie ruszyło. Nie wątpię, że spodoba się tym, dla których "wielka literatura – będąc wielką i będąc literaturą – powinna zachwycać". Ja niestety spotkanie z książką Grynberga będę wspominał jak uczeń, który musiał przeczytać kolejną pozycję z kanonu lektur obowiązkowych.

środa, 1 lipca 2020

Moja dysmorfofobia książkowa kontra "Zostańcie z nami" Šindelki

Ten typ literatury zawsze przypomina mi, że istnieje literatura gatunkowa. Teksty "odtąd dotąd", doskonale przewidywalne w swoich granicach, zbudowane z komponentów, które można dostać w sklepie z częściami dla pisarzy fantastyki, kryminału, thrillerów, horrorów etc. Literatura, o której będę pisał, przypomina mi również, że należy oczekiwać od tekstu przyzwoitej ekspozycji, zawiązania akcji, punktu kulminacyjnego - wszystkiego, co odziedziczyliśmy po wielkich nowelistach od Boccaccia w górę.

Jakaś elementarna i głęboko zakorzeniona dysmorfofobia książkowa zmusza mnie do grymaszenia, gdy tekst rozmywa mi się, rozlewa i przypomina pijaną grubą kobietę, którą trzeba odprowadzić do domu, a ona bez przerwy się potyka, słania; musimy ją eskortować, uważając, by przez przypadek nie chwycić niewymownych części ciała. 

Gdy w kolejnym przypływie miłości do literatury czeskiej kupiłem okazyjnie kilka tytułów, wyjątkowo atrakcyjnie wyglądał mi zbiór opowiadań Marka Šindelki pt. "Zostańcie z nami". Autor wydał mi się interesujący, był nagradzany i doceniany. No więc zatarłem ręce, odpaliłem czytnik i wio! Pierwsze wrażenie było bardzo pozytywne - język czeskiego prozaika jest naprawdę bardzo dobry. Oszczędny, precyzyjny, wyprany ze zbędnych ozdobników, "empiryczny", gdyż koncentrujący się na tym, co "na zewnątrz". Słownictwo bogate, zgromadzone po przeczesaniu różnej maści rejestrów i stylów. Dobrze mi to wyglądało, zawodowo, można bez najmniejszego wstydu posłać do pism zajmujących się literaturą lub nawet opublikować w weekendowym dodatku do opiniotwórczego dziennika.

I właśnie to mnie zaczynało niepokoić. Šindelka z powodzeniem mógłby być drukowany i publikowany, tłumaczony w każdym kraju. Jego pisarstwo mogłoby spokojnie zakorzenić się (a nawet powstać) wszędzie. To przypadek, który potwierdza, że dziś nie ma słabych prozaików (co nie znaczy, że warto ich czytać). Każda literatura się czegoś nauczyła, wszędzie wchłonęła się odpowiednia dawka umiejętności, pod każdą szerokością geograficzną są utalentowani pisarze, którzy mając do dyspozycji edytor tekstów i ryzę papieru, potrafią stworzyć tekst, jakie nie będzie sie wstydziła ich rodzima literatura. 

(Jak to mówią komentatorzy sportowi? Dziś już nie ma słabych reprezentacji piłkarskich. Poziom się wyrównał. Niby zawsze wygrywają Niemcy, ale coraz trudniej im się gra z Marokiem lub Egiptem.)

No jak to? Czy Ty aby nie przesadzasz? - możecie zapytać. 

Odpowiem. Teksty Šindelki są pozbawione jednoznacznego, konkretnego, komunikatywnego kształtu fabularnego, o którym mógłby opowiedzieć w sumie bardzo zgrabny język. Poszczególne opowiadania to raczej wymykające się możliwości streszczenia i ułożenia sobie w głowie impresje. Jakiś duch Cortazara unosi się ponad nimi, ale czeskiemu prozaikowi bardzo daleko do onirycznego i bawiącego się formą Argentyńczyka. 

Cóż my tu mamy? Dziadek walczy z mrowiskiem, a za plecami jego dzieci zastanawiają się, co zrobić z gospodarstwem, którym nie ma już siły się zajmować. Albo kilka dni z życia pracownika mediów, który z kimś rozmawia, z kimś kłóci, z kimś kocha; taki portrecik celebryckiego zoologu. Albo kilka osób "unicestwia" życia - pod podeszwami butów lub przy pomocy wiatrówki. Albo kobieta rysuje palcem po zaparowanej szybie i komunikuje tym coś partnerowi. Albo młody sadysta idzie razem z ojcem zapolować na sarny. Najlepszy tekst zbioru ogrywa stary jak świat motyw "zapętlenia" w czasie. A jednak najlepszy jest tylko dlatego, że autorowi udało się uciec przed pretensjonalnymi i artystowskimi pomysłami, jakimi częstował w innych utworach.

I wiecie, co jest najlepsze/najgorsze? Że równie dobrze można ten zbiór uznać za wartościowy, oszałamiający, hipnotyzujący. Można dodać jeszcze kilka epitetów. Wzmocnić pozycję autora na tle innych piszących i nikt nie zaprotestuje, bo nie da się znaleźć słabych punktów dobrze stylistycznie napisanej amorficznej literatury. Silnych punktów też nie znajdziemy wielu...

Tutaj dłuższe postscriptum. Pamiętam serial komediowy, którego jeden odcinek koncentrował się na pewnym rysunku satyrycznym. Tym poniżej: 

  
Bohaterka usiłowała zrozumieć, dlaczego ma ją to śmieszyć. Pytała przyjaciół, znajomych, w końcu dotarła do wydawcy, który również nie potrafił wyjaśnić, dlaczego akurat ten rysunek ukazał się na łamach "New Yorkera" i miał bawić czytelników. 

Gdyby opowiadanie czeskiego autora zostało prześwietlone w podobny sposób, mielibyśmy chyba podobny wynik śledztwa. 

Polecam średnio.