poniedziałek, 24 lutego 2020

Do przerwy 1:0, czyli "Możemy cię zbudować" Dicka

Philip K. Dick jest jednym z najważniejszych twórców fantastyki naukowej. To żadna prawda objawiona, lecz fakt, z którym trudno dyskutować. Oszałamiająca liczba opowiadań i powieści, ich mniej lub bardziej udane ekranizacje, mnóstwo tłumaczeń, wznowień, kolejne pokolenia odkrywające urok dziwacznych światów pisarza, szalone życie, w którym Dickowi nie było łatwo odróżnić prawdy od wytworów paranoicznego, karmionego narkotykami umysłu – jak wielu tak ekscentrycznych i inspirujących autorów zna XX wiek?

Większości jego pomysłów nie sposób zakwalifikować do tak zwanej twardej science fiction. Dick systematycznie odrzucał wszystko, co zmuszałoby go do naukowej weryfikacji własnych wizji. Pierwsze opowiadania i powieści trzymały się jeszcze reguł obowiązujących w przestrzeni gatunku, ale stopniowo (być może na skutek nadużywania substancji psychoaktywnych, znudzenia lub, co najbardziej tajemnicze, doświadczeń religijnych) pisarstwo Dicka stawało się coraz bardziej groteskowe, kpiło z czytelniczych przyzwyczajeń, a być może również zaczęło zjadać własny ogon.

O twórczości Amerykanina powiedziano, że stawia ona jedno pytanie – co jest rzeczywiste? Dick zadawał je wiele razy i po wielokroć udzielał na nie odpowiedzi. Raz poważnych i głęboko filozoficznych, innym razem bardziej rozrywkowych. Kolejne uogólniające stwierdzenie dotyczące Dicka brzmi następująco: jako niespełniony (być może na szczęście dla literatury) pisarz głównego nurtu bardzo często nasycał powieści treściami typowymi dla dzieł obyczajowych i psychologicznych. Bohaterowie jego prozy zmagają się z problemami każdej możliwej natury – uzależnieniami, kompleksami, nieszczęśliwymi związkami… Wszystko to można żartobliwie skwitować słowami: „cóż z tego, że Marsjanie atakują Ziemię, skoro rozpada mi się małżeństwo?”.

Tajemnicą również nie jest to, że Dick był pisarzem nierównym. Do legendy przeszło tempo jego pracy (potrafił napisać powieść w kilka tygodni), które to niestety zbyt często pozwalało zmarnować się bardzo wielu dobrym pomysłom. Toteż obok fundamentalnych tekstów takich jak Człowiek z Wysokiego ZamkuUbik lub Trzy stygmaty Palmera Eldritcha znajdziemy dzieła mniej dopracowane, obiecujące bardzo wiele, ale finalnie rozczarowujące. Autorowi ponad czterdziestu powieści chyba jednak można wybaczyć chwilowe spadki formy.



Możemy cię zbudować to powieść z 1972 roku. Dick zdążył już napisać swoje kanoniczne teksty, przed nim wciąż były te najbardziej intymne, w których połączył namysł nad niezrozumiałym dla siebie doświadczeniem o zabarwieniu religijnym z postępującym paranoicznym poczuciem zagrożenia, którego wciąż odczuwał w rządzonej przez Nixona Ameryce. Tak więc Możemy cię zbudować istnieje gdzieś na literackiej „ziemi niczyjej”, w przedpokoju.

Bohaterem książki jest typowy dickowski rzemieślnik-idealista, Louis Rosen, który wraz z biznesowym partnerem produkuje elektroniczne klawikordy. Interesy idą średnio, więc jeden z panów zaczyna się zastanawiać, jak odbić się od dna, w kierunku którego ewidentnie zmierzają. I tutaj pojawia się charakterystyczny dla pisarza pomysł – firma tworzy robota, wierną kopię polityka z czasów wojny secesyjnej. Potem zaś pojawia się kolejny robot – tym razem to elektroniczny odpowiednik Abrahama Lincolna. Na scenę powieści wkraczają bezlitosny rekin finansjery Sam Barrows oraz chora psychicznie córka partnera Louisa – Pris, w której nieszczęśliwie zakochuje się główny bohater.

Powieść początkowo zaczyna poruszać się w bardzo atrakcyjnym kierunku – rozważania na temat sztucznej inteligencji w świecie ludzi, którzy okazują się być bardziej bezduszni i chłodni od samych maszyn, najczęściej prowokują do namysłu nad samym człowieczeństwem. Czym ono jest? Konstrukcją raz na zawsze związaną z naszym biologicznym istnieniem? Teoretyczną obecnością duszy zamkniętej w klatce kości i ścięgien? A może człowieka można „wyhodować” i uczynić go lepszym od ludzi, bowiem istnieje szansa, że konstruktorzy nie wszczepią w taką istotę typowych dla homo sapiens wad i niedoskonałości? Konfrontacja między „Lincolnem” upominającym się o swoje prawa a biznesmenem, który traktuje go wyłącznie jak maszynę, jest znakomitą próbką Dickowskiego humanizmu. Pisarz (niejako wbrew przekonaniom wyrażanym w innych tekstach) chyba usiłuje nas przekonać, że człowieczeństwo jest „przeszczepialne”, można je wdrukować w istotę, która żywą nigdy nie była. Maszyna może być delikatna, a jej świadomość zabarwiona subtelnymi uczuciami, które potrafią owocować melancholią, niekiedy wręcz depresją.

Jeszcze ciekawszym i niestety porzuconym pomysłem jest motyw diabolicznego planu czarnego charakteru, który zakupiwszy działki na Księżycu, zaczyna się zastanawiać, czy nie zwabić na Srebrny Glob niezdecydowanych Ziemian, pokazując im osiedla zamieszkane już przez… androidy wyprodukowane w fabryczce, która wcześniej stworzyła Lincolna. Dick urywa ten arcyciekawy wątek i przenosi ciężar narracji na zawiłą historię toksycznej i skazanej na porażkę miłości głównego bohatera i powieściowej femme fatale – Pris Frauzimmer.

Chora psychicznie kobieta jest okrutną i chłodną istotą, o której nie może przestać myśleć bohater. Uzależniony od jej kapryśnej, nieprzewidywalnej osobowości popełnia kolejne życiowe błędy, zdając sobie sprawę z finalnej klęski, jaką na pewno zakończyłby się jego wyśniony związek. Dick, sam mający problemy emocjonalne, przelewa na karty powieści wszystkie możliwe rozterki, prywatne dramaty, fantazje, kompleksy, obawy dotyczące nie tylko relacji z kobietami, ale również z całym społeczeństwem. Ta płaszczyzna Możemy cię zbudować potrafi zniechęcić odbiorcę przygotowanego na kolejne wizje pisarza. Szaleństwo pojawia się, ale zostaje potraktowane w subtelniejszy sposób – Dick sonduje amerykańską słabość do psychoanalizy, wyszukiwania w bliźnich psychicznych defektów. Ba! Nawet powołuje (na kartach powieści) odpowiednią instytucję, która w opresyjny sposób zajmuje się wszelkimi odstępstwami od normy.


Podsumowując rozważania, chętnie odwołam się do słów Theodore’a Sturgeona (kolejnego klasyka amerykańskiej fantastyki), który zauważył, że ta powieść Dicka została osłabiona porzuceniem rozwijanych w pierwszej części motywów. Nie znaczy to oczywiście, że książka jest nieudana. Możemy cię zbudować to dobra próbka prozy Dicka, który równie łatwo budował intrygujące i inspirujące wizje, co zapominał o nich, zanim zdążyły dojrzeć.

sobota, 1 lutego 2020

Książka to nie pies

Co jakiś czas na czytelniczych stronach pojawiają się brzmiące w niepokojący sposób posty o wyrzucaniu książek. Gros komentarzy wypełnia poczucie bezsilności, bezradności, rozczarowania, złości nawet. "Jak można wyrzucać książki?!" - zdają się wołać ci, którzy po chwili przywołują mroczne sceny z historii cywilizacji - palenie całych bibliotek, cenzurowanie, trzeci obieg... Jak można?!



No właśnie można.

Reminiscencja 1:

ponad 10 lat temu w szkole, w której pracuje moja żona, remontowano bibliotekę. Stare, zakurzone wnętrze wypełnione szczelnie książkami w okładkach z szarego papieru, trzeba było odświeżyć. Znalazły się fundusze na nowy księgozbiór, nowe lektury, stanowiska komputerowe... Kilkadziesiąt kartonów książek wyniesiono na szkolne boisko. Przejrzałem prawie wszystko i zlitowałem się nad wieloma. Uratowałem albo klasyczne teksty (Różewicz, Kott, Kafka...), albo książki sprzed II wojny światowej, a nawet starsze. 

Ustawiłem na półkach w domu licząc na to, że kiedyś pewnie do tego sięgnę. Przyda się. 

Nie przydało się nigdy. W międzyczasie dokonała się rewolucja - Allegro przestało być miejscem, w którym można było szybko i skutecznie sprzedać książki. Na początku lat 2000 błyskawicznie to szło - wystawiałem na aukcję i po tygodniu szedłem z 5 lub 6 książkami na pocztę, by je wysłać. Teraz nawet nowości "porecenzenckie" nie cieszą się wzięciem. 

Kilka lat patrzyłem na te zbierające kurz tomiszcza. W końcu w geście bezradności i wściekłości wyrzuciłem tych rozbitków życiowych na makulaturę. Już bez żalu.


Gdyby ktoś jeszcze tego nie zauważył, informuję, że książki stały się takimi samymi towarami jak spodnie, samochody czy telefony. Wyprodukowane, przechodzą przez promocje, regularną sprzedaż, są przeceniane, w końcu trafiają do budy nad morzem, gdzie dostają naklejkę "-70%". Po drodze być może biblioteka. Na końcu przemiał. Takie życie tworów kultury.

Czasem czytam o tym, że Polacy nie mają w domach biblioteczek, nie zbierają książek, nie przekazują dalej kolejnym pokoleniom dzieł, które gromadzi się przez całe lata. No dobrze... Ale chcielibyście, by kolejne pokolenia dziedziczyły po sobie kryminały Mroza lub erotyki Blanki Jakiejśtam? Jaki los przewidujecie dla tych książek? Czy za 10-15 lat dzisiejsze bestsellery nie wypełnią koszy z makulaturą? Dlaczego mam się zżymać, gdy widzę w śmietniku pulpę sprzed 20-30 lat? Kto chciałby taki spadek? 

Reminiscencja 2:

Recenzuję książki. Liczba tych, które dostałem do recenzji, sięgnęła już pewnie połowy setki. Książki dostałem, uczciwie napisałem recenzje i te wartościowe książki zatrzymałem. A co z tymi, które mi nie pasowały? Najwygodniej wynieść do biblioteki. "Czytelniczy dar" - piękny tytuł można zdobyć. I tak robiłem. Ale czasem człowieka dopada wewnętrzny Harpagon i myśli sobie, czy nie sprzedać takiego egzemplarza. No przecież to nowa książka, czytana raz, bez plam po kawie, sosie bolońskim czy kociej sierści. No więc sprzedajemy. I... Moje przygody z handlem książkami są dość nużące i mają jeden morał - niewielu kupuje książki. A ci, którzy kupują, kupują nowe. Nawet na grupach poświęconych tylko i wyłącznie handlowi udawało się coś sprzedać od wielkiego dzwonu. 

Mamy tyle kanałów dystrybucji, że znaleźć akurat moją ofertę jest bardzo trudno. Moje propozycje toną w morzu innych, czasem lepszych, czasem gorszych ofert. Harpagon musiał ustąpić wrodzonemu lenistwu - książki trafiały do bibliotek lub bywały pożyczane znajomym. Na zawsze pożyczane. Książka jako gorący kartofel? Tego jeszcze nie grali.


Finałem tych moich chaotycznych rozważań niech będzie myśl, że chyba pora rozstać się z przeświadczeniem o tym, że książka jest czymś wyjątkowym, a więc należy jej się szacunek tylko i wyłącznie dlatego, że jest książką. Mijam w różnych galeriach handlowych półki z "wymianą" książek. Zatrzymuję się i patrzę. 3/4 tytułów pochodzi z lat 90 lub początku 2000. Te książki nie są "na wymianę", one są do wyrzucenia. 

Ktoś może natychmiast odesłać mnie do wielu miejsc, które przyjmują książki - szpitale, więzienia, domy dziecka, Polacy za granicą. Zgadza się. Tylko trzeba mieć pewność, że ma się siłę, czas i ochotę, by stworzyć listę książek, opisać je, znaleźć placówkę, zapakować, wysłać lub zapakować do własnego samochodu... 

Tak sobie myślę, że książki to jednak nie psy. Nie trzeba chyba szukać im nowego domu, nowych właścicieli. Można bez wyrzutów sumienia wyrzucić te, z którymi nie łączy nas żaden sentyment, nie są ponadczasowymi klasykami, a zawarta w nich wiedza zdezaktualizowała się po kilku latach. 

Tak samo się robi z ubraniami. Marynarki, garnitury, koszule mają nam służyć przez długie lata. Koszulki z głupimi hasłami, robocze bluzy, szorty po kilku sezonach można bez żalu wyrzucić i kupić nowe. 

Tyle.