sobota, 22 sierpnia 2020

Sny majstrów drogocenne, czyli "Necrolotum" Maszczyszyna

Słowa będące tytułem tego omówienia zaczerpnąłem z wiersza Czesława Miłosza "Piosenka o porcelanie". Utwór to przejmujący, gdyż w na pozór lekkiej zwiewnej formie, w której pobrzękują ładne rymy i kołysze nas wyczuwalny rytm, czytamy o dramacie, jaki stał się udziałem kultury zmiecionej huraganem wojny. Najbardziej zaskakiwać może żal, jaki wyraża bohater tekstu - nie opłakuje ludzi, bliższych lub dalszych znajomych lub nieznajomych, on nie może pogodzić się z potłuczonymi naczyniami, zastawą stołową, porcelanowymi serwisami, po których przejechały gąsienice czołgów. To poczucie krzywdy wynika ze świadomości, że delikatna i subtelna, bezpieczna i swojska rzeczywistość nigdy nie zagwarantują człowiekowi bezpieczeństwa. Nasze prywatne rytuały, nasze z namaszczeniem odtwarzane płyty winylowe, parzone kawy, moszczenie się w wygodnych fotelach, by przejrzeć albumy z rodzinnych uroczystości, nie uchronią nikogo i niczego...

Dlaczego o tym piszę? Dlatego że kolejny raz muszę złożyć pokłon przed stylistyczną maestrią Jana Maszczyszyna. W dobie, gdy najbardziej pożądaną przez czytelnicze masy wartością jest "żeby się szybko i łatwo czytało", Maszczyszyn prezentuje "Necrolotum" - powieść wysmakowaną, czerpiącą z czystszych źródeł nie tylko samej polszczyzny, ale i żywiołu, który nazywamy językiem literackim. Złożoność tak zaprojektowanego języka, jego celowa "sztuczność", ostentacyjne ignorowanie prostej podawczości to ryzyko, jakie podjął pisarz. Wszelkie ryzyko należy szanować, nawet jeżeli nie opłaca się go podejmować lub owoce takich gestów docenią nieliczni.

"Necrolotum" zmusiła mnie do namysłu. Wszelkie "przegięcie" (a mądrzej mówiąc kampowość) przypomina, że życie i sztuka to najczęściej dwie różne przestrzenie. Malarz to nie obraz, kompozytor to nie symfonia, pisarz to nie książka. Na przykładzie powieści Maszczyszyna wyraźnie widać te dwie płaszczyzny. Mogłaby ona doskonale zaistnieć bez najmniejszego wglądu do "tutejszego świata", gdyż tak naprawdę stworzyła ją literatura (a nawet kultura, której paszportem posługuje się pisarz). Nie wychodząc z domu, ignorując "tu i teraz", wracamy do lektur, które nas ukształtowały i składamy im specyficzny rodzaj hołdu. Przejaskrawiamy to, co wyraźne. Wykrzykujemy to, co usłyszeliśmy wypowiedziane normalnym głosem. Dodajemy ornamenty to tego, co samo w sobie już jest zdobieniem. 

Pisarz uzmysławia, że sztuka może karmić się samą sobą, literatura literaturą i ten rodzaj kanibalizmu nie musi być czymś odrywającym od rzeczywistości, gdyż przypomina, że częścią naszego "prawdziwego ja" jest to, co przytrafiło się niejako "w  zastępstwie" w chwilach kontaktu ze sztuką. Czy to, co przeżyliśmy, czytając o przygodach pasażerów Naulitusa, stało się nam NAPRAWDĘ? No powiedzcie...


Na kartach "Necrolotum" odbija się wyraźnie tradycja awanturniczych opowieści, którymi zaczytywali się chłopcy na przełomie wieków XIX i XX, znajdziemy odciski palców Juliusza Verne'a i George'a Herberta Wellesa, wieje duch przygody i buzuje romantyczna wiara w możliwość odkrycia nieznanego. Te wszystkie wartości wcześniej zamieszkały na półkach bibliotek, prywatnych, miejskich, a przede wszystkim znalazły trwałe miejsce w duchowym krajobrazie - piszącego i czytającego. 

Jak więc widzimy jak naoliwiony mechanizm książki odmierza dwa różne czasy - prywatny wolno płynący czas pisarza, który kolejny raz zanurza swoich odbiorców w odmętach na pierwszy rzut oka steam punkowej historii oraz drugi czas - medytację nad regułami istnienia literatury samej w sobie i zasadach jej wpływu na życie człowieka. 

Zdaję sobie doskonale sprawę z tego, że walory "Necrolotum" nie objawią się wszystkim, którzy po tę książkę sięgną. Znajdą tam dużo słów, niektóre wypadły już z obiegu i trzeba będzie sięgać po słownik wyrazów obcych. Znajdą powolny dostojny rytm kołyszącego się żaglowca. Trafią na partie tłumaczące w duchu "starej dobrej fantastyki" quasi-naukowe odkrycia. Czy starczy im cierpliwości?

A czy warto pisać dla takich, którzy cierpliwości nie mają?

Maszczyszyn (kończę już, naprawdę) przypomina mi tego Miłoszowego majstra, który nie spiesząc się nigdzie, spisuje swoje drogocenne sny i musi liczyć się z wszystkimi konsekwencjami tego szlachetnego procederu.

czwartek, 20 sierpnia 2020

Onegdaj było wolniej, czyli "Kask" Kuczyńskiego

Dawno dawno temu jedną z lektur uzupełniających w szkole podstawowej była "Atlantyda, wyspa ognia" - sympatyczna przygodowa opowieść, która mogła otworzyć przed młodym człowiekiem bramy do szeroko pojętej fantastyki. Autorem tej książki jest Maciej Kuczyński, którego "Kask" wpadł mi ostatnio w ręce. Tę niewielką napisaną w latach 70 powieść dla młodzieży należy już chyba złożyć do grobu i dać jej zaznać wiecznego odpoczynku. No tak mi się przynajmniej wydawało...  

Fabuła realizuje stary jak świat (fantastyki) motyw niezwykłego przedmiotu/wynalazku, który wpada w ręce zwykłego śmiertelnika, w naszym przypadku nastolatka odkrywającego niesamowite możliwości, jakie daje na pozór zwyczajny motocyklowy kask. Przedmiot ów umożliwia nie tylko zaglądanie do sąsiednich mieszkań lub obserwacje naszej planety z orbity okołoziemskiej, ale można dzięki niemu również manipulować rzeczywistością. 


Nasz bohater, uczeń, którego życie dość wiarygodnie przedstawił Kuczyński, rzecz jasna bada możliwości kasku i jednocześnie uczy się odpowiedzialności za swoje działania. Problemy, z którymi konfrontuje się chłopak, stają się coraz poważniejsze i zmuszają go do lawirowania pomiędzy upajaniem się namiastką wszechmocy a powstrzymywaniem się od spektakularnych ale mało przemyślanych działań. 

Długo zastanawiałem się, jak rozgryźć ten "Kask". To przecież zwykła młodzieżowa przygodówka. Streścić mam ją tylko? No jak to tak? I nagle dotarło do mnie, że książka ta mogłaby stanowić znakomitą bazę dla twórców gier komputerowych. 

Mamy bohatera, czynnik fantastyczny, sposobność do zdobywania kolejnych punktów doświadczenia, następujące po sobie misje - a to uratować rozbitka dryfującego po bezmiarach oceanu, a to w subtelny sposób poprawić los rodziny, która zmaga się z alkoholizmem i bezrobociem. Podejmujemy decyzje, które mają swoje konsekwencje. 

Gdyby naszą grę wkomponować jeszcze w tło obyczajowe lat 70, któremu autor poświęcił całkiem sporo miejsca, mielibyśmy zgrabną niemal edukacyjną całość. Poznajemy mentalność młodszych i starszych (materializm w kraju realnego socjalizmu miał się całkiem nieźle), wchodzimy do szkoły, w której obserwujemy odwieczną zabawę w kotka i myszkę pomiędzy uczniami a ciałem pedagogicznym.

Literatura młodzieżowa szybko się chyba starzeje - powolne tempo "Kasku" pomimo niewielkich rozmiarów książki i galopady wydarzeń może zniecierpliwić współczesnego czytelnika. Dziś tnie się i montuje inaczej poszczególne sceny, zdania są krótsze, akcję pchają do przodu dialogi, a nie rozbudowane monologi wewnętrzne. 

Książkę Kuczyńskiego wspominać będą chyba tylko ci, dla których zamknęła się ona w sarkofagu miłych wspomnień z własnej młodości. Chyba trochę jednak szkoda...