sobota, 12 października 2019

Gdzież są niegdysiejsze erekcje, czyli "Serotonina" Houellebecqa


Długo szukałem patentu na tę powieść. Długo za długo. Być może to ślepy upór napędzał mnie, by w „Serotoninie” znaleźć coś, czego nie znalazłem, czytając dobre lub przyzwoite omówienia tej powieści. Cóż, kiepskie też czytałem i prawdę powiedziawszy było ich nawet więcej…

Nigdy jakoś szczególnie nie wabiły mnie powieści francuskiego autora. Odpychała raczej ich skandalizująca aura, zachwyty obłudnych czytelników, którzy oburzali się na flirt z pornografią, jednocześnie nie mieli niczego przeciwko temu, by otaczająca ich kultura kipiała bezwstydem. Że niby zrywa maski cywilizacji Zachodu, a zza tej maski wyziera pustka? Że krytykuje rozpasaną konsumpcję? Syte i leniwe kocury? Lubieżne kotki? Ten podręczny zestaw do „ułożenia sobie Houellebecqua na odpowiedniej półce” wydawał mi się jednak jakoś prawdziwy i odpychający jednocześnie. Ja naprawdę nie muszę czytać książek o tym, co dociera do mnie wyraźniej i głośniej innymi kanałami. W ten oto sposób na całe lata zamknąłem do siebie dostęp do tej prozy. Czytając więc „Serotoninę”, czułem się jak ktoś, kto wchodzi do wody, w której od dawna doskonale pływają inni. Muszę przyzwyczajać ciało do niezbyt komfortowej temperaturę i zajmie mi to dobrą chwilę.



Walcząc z potworną depresją, główny bohater powieści przyjmuje specyfik pobudzający wydzielanie serotoniny. Lek nowej generacji, przepisywany wyłącznie na receptę, wywołuje jednak dość nieprzyjemny efekt uboczny - brak erekcji, utratę zainteresowania kobietami, być może nawet trwałą impotencję. Udręczony bohater zalewany jest napływającymi wspomnieniami udanych i mniej udanych związków, których fundamentem był oczywiście seks, Seks w każdej możliwej i akceptowalnej w libertyńskiej Francji formie. Ciepłe, niemal czułe opisy zaprzepaszczonych szans na szczęście i spełnienie, natychmiast rozbija szczegółami rodem z pornograficznego rekwizytorium.

Ach, gdzież są niegdysiejsze erekcje, zdaje się pytać retorycznie bohater i pewnie sam autor. Ten przetworzony Villonowy topos to coś więcej, niż tylko wyraz bezradności w walce o utrzymanie męskości w jak najlepszej formie. Nie. Tutaj nie pomoże żadna viagra…

Przyszło mi do głowy, że jeżeli fundamentalny dla bohatera problem wyświetlić na ogromnym ekranie, ekstrapolować osobiste nieszczęście na przestrzeń o niebo większą, to czy erekcja nie jest symbolem żywotności, jurność i ekspansji kultury Zachodu, być może całej Europy? A jeżeli uwiąd jest tym, na co cierpi nasz kontynent i jeżeli sam sobie na to solidnie zapracował, przyjmując „leki na doły”, na egzystencjalne specyfiki na pustkę? Jeżeli tak, to co wcześniej napędzało potencję?

Nie wiem, czy brzmię wiarygodnie, ale patrzę na to tak: za cenę równowagi psychicznej przehandlowaliśmy „męskość” – jako kultura przede wszystkim.  

Przypominam sobie również opowieść o śmierci jednego z mitologicznych bóstw. Pan, bo o nim mówimy, lubieżny i jurny, mający kozie nogi, owłosiony na całym ciele jegomość,  gustujący we wszystkim, co się rusza, wyzionął ducha na jednej z Wysp Echinadzkich. Donosi nam o tym uprzejmie Plutarch w swoich „Moraliach”.

Śmierć antycznego bóstwa była zapowiedzią nowych czasów. Pogaństwo właśnie ustępuje przed żywiołem chrześcijaństwa. Pogaństwo zmęczone, wypalone, szamoce się w agonii. Jest noc. Rano zapieje kogut i „będzie wszystko nowe”.

Zrozumiałem zadziwiający passus o bożej obecności, który na pozór na siłę autor doczepił do ostatniej strony powieści. Piękna, niemal ortodoksyjna koda, może być prawdziwym kamieniem obrazy dla wszystkich, którzy cenią w twórczości francuskiego powieściopisarza skandalizujące tony. Moim zdaniem „Serotonina” to przede wszystkim opowieść o umierającej pogańskiej rzeczywistości. O poranionych bezsensem istnienia ludziach, którzy w pogoni za szczęściem (rozumianym w rozczulająco naiwny sposób) są w stanie zrobić absolutnie wszystko, nawet złożyć ofiarę z dziecka (proszę sobie sprawdzić w powieści). To opowieść o pustych i komicznie nieudolnych gestach oporu wobec sił daleko potężniejszych niż pojedynczy zdesperowany człowiek (vide finał konfrontacji rolników z policją i wolnym światowym rynkiem). A jednocześnie te potężna siły są żałośnie mizerne wobec sacrum, które człowiek wypędził ze swojego życia.

Tak, proszę państwa, Houellebecq zapowiada nadejście przesilenia, nadejście czasów, które po śmierci bożka pana mogą zastąpić uschnięty i sflaczały świat.

Być może...

2 komentarze:

  1. Ciągnąć tę interpretację, ja bym stwierdził, że Europa sflaczała dawno już...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W momencie, gdy Imperium Brytyjskie i Portugalia wycofały się ze swoich kolonii, wszystko się skończyło. Cóż...

      Usuń