niedziela, 23 września 2018

Co będzie, to będzie, czyli "Kołysanka stop" Biedrzyckiego


Kiedyś kiedyś po kolej depresyjnej propozycji science fiction, która w przerażający sposób (a co gorsza wiarygodny) pokazała mi zdegenerowaną przyszłość, zapytałem sam siebie, gdzie ulotnił się entuzjazm tych, którzy o metaforycznym jutrze myśleli z nadzieją, delikatnym optymizmem. Gdzie są ci (i czy w ogóle są) tacy, którzy wierzą wciąż w przysłowiowe latające samochody rodem z Jetsonów? Czyżby współczesna fantastyka kompletnie zarzuciła wiarę w „lepsze jutro”? Sztandarowe, zbudowane poprzez seriale, rzadziej książki, wizje przyszłości pompują w człowieka przekonanie, że może być tylko gorzej, dużo gorzej…



Czytając zbiór opowiadań Bartka Biedrzyckiego „Kołysanka stop”, miałem wrażenie, że autor idealnie wpisuje się w tę tendencję, co zresztą potwierdzają słowa zapowiadające książkę. Początkowo nic nie zwiastuje mroku, w jakim będzie stopniowo zanurzać się czytelnik. Pierwszy tekst ( „Czarne światło, błękitny lód”) to historia kowboja klawiatury. Biedrzycki buduje niemal archetypiczne wyobrażenie specjalisty od IT, delikatnego socjopaty, którego relacje międzyludzkie sprowadzają się do wymiany komunikatów z podobnymi sobie odludkami. Pewnego dnia jednak ktoś bezczelnie włamuje się do pilnowanych przez niego baz danych, co zmusza bohatera do gorączkowych poszukiwań intruza i wpędza z czasem w paranoję. Opowiadanie skręciło w nieoczekiwaną stronę, ale nie zawiodło mnie tam, gdzie myślałem. Mógłby Biedrzycki uczynić z tego tekstu całkiem zgrabną metaforę tęsknoty za sacrum i samego sacrum, które w końcu człowieka dopada, uwodzi niczym siłą, która porwała św. Augustyna. Wyszło inaczej, zwyczajniej. Szkoda? Może…

Drugim opowiadaniem wbija Biedrzycki wbija nóż pomiędzy żebra wszystkim uwiedzionym przez polityczną poprawność i „social justice” liberałom. Świat przyszłości to rzeczywistość rodem z mokrych snów zwolenników partii Razem, wynaturzona i poddana ciśnieniu groteski wizja, w której pobrzmiewają dalekie (ale słyszalne) echa „Seksmisji” Machulskiego. Ziemia to piekło (pozornej) równości, terror nadwrażliwości na punkcie seksualności, otchłań, w której wszelkie mniejszości biorą odwet na do niedawnych oprawcach – białych heteroseksualnych mężczyznach jedzących mięso. Zgrabny to tekst, nie wiem, czy nie mój ulubiony w całym tomie.

Tytułowa „Kołysanka stop” to ukłon w stronę klasycznego cyberpunku lub może drwina z próbujących odrestaurować cyberpunkową stylistykę fanatyków – wszelkich cosplayerów i pisarzy. Pierwszoosobowa narracja pozwala niemal na własnej skórze odczuć niebezpieczeństwa, jakie czekają na grupę najemników mających podjąć się na pozór bezproblemowej misji. Całość przypomina fabularyzowany, poddany logice literatury, zapis gry RPG – to dynamiczny, pełen zwrotów akcji, a jednak nie będący większym intelektualnym wyzwaniem tekst. Rozrywka. Czego więcej chcą chłopcy?

Dwa ostatnie teksty wprawiły mnie w parszywy nastrój – bohaterami są dzieci, raz poddawane koszmarnej próbie przetrwania w zdegenerowanej Strefie, gdzie muszą zmierzyć się z głodem, chorobami i mrozem, innym razem to mali wyrobnicy pracujący w upiornej fabryce. Przygnębiający finał zbioru długo gdzieś tam we mnie pracował, a nie lubię, gdy ktoś trąca takie struny mojej wrażliwości.

„Kołysanka stop” to dobry zbiór opowiadań. Mimo pewnych zawiedzionych oczekiwań, bo chciałoby mi się większej rozpiętości tematycznej i bardziej zróżnicowanej stylistyki, książka jest na tyle zwarta i skoncentrowana, by nie zdążyć się nią zmęczyć. Momentami bawi, czasem przeraża lub zmusza do chwili namysłu. Nigdy nie nudzi. Czego chcieć więcej? 

Chociaż nie, chciałoby się czegoś więcej. Czekam, aż ktoś o równie sprawnym piórze napisze pięć opowieści, które podniosą na duchu i pozwolą uwierzyć w jasną przyszłość.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz