piątek, 19 marca 2010

Bardzo chłodny Dukaj



Gdyby książki potrafiły emanować ciepłem, nikt raczej nie ogrzałby się przy powieściach Jacka Dukaja. Jego teksty, mimo swoich nieprzeciętnych zalet (zainteresowani wiedzą, o czym piszę, inni niech się dowiedzą), są chłodne, jeśli nie zimne w dotyku.

Nasz najbardziej utalentowany „fantasta” (w jego przypadku ostrożnie używam tego określenia) buduje światy tak wiarygodne, że trudno sobie wyobrazić, by kiedyś nie zaistniały. Konstruuje tak śmiałe tezy, podbudowując je gruntowną wiedzą z kręgu nauk przyrodniczych i humanistycznych, że ze świecą szukać równie oświeconego pisarza. Kiedyś Lem, dziś Dukaj… Upraszczam, ale tak mi wychodzi i już.
Natomiast inną kwestią jest atmosfera Dukajowych dzieł. To, co paruje znad zadrukowanych kartek.

Są dzieła, które grzeją dłonie, nawet na przystanku autobusowy, zimą, bez rękawiczek. Czytając Dukaja, mam wrażenie, że nie byłby mi straszny upał z Doliny Królów ( Wiem, co mówię. Byłem tam, w sierpniu!)

„Wroniec” teoretycznie powinien ocieplić mój może niesprawiedliwy stosunek do Autora. To w końcu książka, po którą mogą sięgnąć nawet starsze dzieci, bez obawy, że ugrzęzną w rozważaniach na temat posthumanidalnych form życia na przyszłej Ziemi.

Przepiękne ilustracje, dopracowana szata graficzna, liternictwo. Opowieść o małym Adasiu, który żyjąc z rodziną w totalitarnym państwie (umówmy się, że chodzi o Polskę), stara się odnaleźć uprowadzonych przez tytułowego Wrońca bliskich. Śledzimy jego wędrówki paskudnym, pozbawionym radości i kolorów mieście. Trafiamy wraz z nim na ( tutaj chylę czoła przed inwencją językową Autora) głupich Milipantów, Agentów Podwójnych, beztroskich Pangłowców, upiorne Momo. Na ulicach rozrzuca się U-lotki, po ulicach węszą Suki…

Każdy element rzeczywistości stanu wojennego zostaje przesiany przez sito dziecięcej percepcji i na nowo zbudowany. Zabieg ten odrealnia tamte koszmarne czasy, przenosi je w przestrzeń baśni, gdzie wyraźnie rysują się Dobrzy i Źli bohaterowie, gdzie archetypiczna postać dziecka musi stawić czoła tym, którzy skrzywdzili jego rodzinę.

Na tym planie „Wroniec” skrojony został mistrzowsko. Niczego tu nie brakuje, trybiki pracują doskonale, narracja płynnie odsłania kolejne przygody, napięcie rośnie. Czasem również strach. A i krytycy mogą się wreszcie odetchnąć, że „ktoś nam wreszcie odczarował tamte dni.” Piękna, dynamiczna opowieść. Wciągająca, dająca się spożytkować jako „podręcznik do historii pod rękę z tatą lub mamą.”

Jednak mi jedna rzecz w tym wszystkim trzeszczy. Wybitnie subiektywne odczucie. Dukaj mocno podkreśla, że opowieść ta jest owocem dłuższego ćwiczenia stylistycznego. W jego życiu nie zdarzyło się nic, co musiałby tą książką egzorcyzmować. Czyste ćwiczenie.

Poczułem się dziwnie – tak jakby wzruszający mnie do łez utwór muzyczny został zagrany tylko dla rozgrzewki palców. Troszkę mnie to boli. Ok., psuje mi to „Wrońca.”

(Kiedyś na lekcji, by zilustrować jakiś tam wiersz, utkałem bardzo wzruszającą narrację o znajomym, który źle skończył. Opowiadałem tak przekonywująco, że klasa uwierzyła w straszną historię o pobitym chłopaku. Gdy w końcu nie wytrzymałem i powiedziałem, że to bujda i nie mają co płakać – obrazili się na mnie.)

Ja się na Dukaja nie obrażam, ale jakoś mi smutno podejrzanie…

poniedziałek, 15 marca 2010

Gra w Villona



Coś Ty Komudzie, zrobił Franciszku Villonie?! Tak chciałoby się zawołać, trawestując Norwida. Czym zawinił ten tajemniczy poeta średniowieczno-jesiennej Europy, że stał się bohaterem tak słabej książki jak „Herezjarcha” Jacka Komudy?

Głębsza lektura „Wielkiego Testamentu” jest przeżyciem dojmująco bolesnym. Człowiek, który popełniwszy błąd, już nie schodzi z drogi ku zagładzie. Jak ćma do świecy, tak Villon leci przez ostatnie lata życia w stronę śmierci. To czysty fatalizm w najlepszym wydaniu. Godny greckich tragików, choć bardziej esencjonalny, bo wysnuty z własnego życia, z własnych upadków. Wiersze napisane krwią. I nie czytajmy tych słów jako metafory.

Szubienica, nóż między żebrami, choroba, zwykły pech? Nie wiemy, jak zginął, ale wiemy, że wcześniej uciekł z Paryża na prowincję. Być może tam miał się odwrócić los. Być może tam miłości nie musiał okupić garścią monet. A może po prostu ukrywał się przed swoimi ofiarami lub chciał gdzie indziej kontynuować straceńczy żywot? Zginął przypadkiem czy ktoś wiedział, kim jest i właśnie dlatego został zabity?

Otwiera się fantastycznie szeroki wachlarz możliwości – Villon, potraktowany subtelnymi postmodernistycznymi instrumentami zamieniłby się w pełnokrwistą postać, wiarygodnego przewodnika po feudalnej Europie, podglądacza jej niebywałych kontrastów. Takie wcielenie poety chyba pasowałoby współgrałoby z losem wagabundy pchanego wciąż dalej i dalej przez śmiejącą się złośliwie Fortunę.

Villon w ujeciu Komudy nie ma jednak zbyt wiele wspólnego z moimi prywatnymi oczekiwaniami w stosunku do tak obiecującego pomysłu, jakim było ożywienie na kartach powieści przygód poety-rzezimieszka. Ten „Villon” to ofiara chałupniczej produkcji, gdy ciekawy koncept grzęźnie na mieliznach przewidywanych fabuł.

„Herezjarcha” to zestaw czterech opowiadań. W każdym z nich tylko ktoś, kto przespał ostatnich 30 lat rozwoju popkultury, znajdzie coś oryginalnego. W pierwszym bohater zamienia się w średniowiecznego detektywa i szuka uprowadzonych prostytutek, których był „opiekunem.” Jest ok., do czasu, gdy Komuda MUSI pofantazjować, bo inaczej się udusi, i wprowadza przedziwne drewniane monstrum, które w jakiś sposób zamieszane jest w zniknięcie wspomnianych kobiet. W innym tekście zastępy zombie zagryzają przypadkowych wędrowców, którzy mieli pecha znaleźć się w niewłaściwym miasteczku, w niewłaściwym czasie. Oczywiście zombie giną od uderzenia w głowę. No nie domyśliłbym się. Jest psychopatyczny morderca przyglądający się z lubością dręczonym ludziom.

Zaserwowano czytelnikowi wysoce realistyczne opisy tortur ( autentycznie okrutne, gratka dla zwyrodnialców). Każdy w średniowieczu beka, śmierdzi, nie ma zębów lub malowniczo pierdzi. Stereotyp i klisze powielane do bólu. Rzeczywistość i język uproszczone do postaci najbardziej podstawowego zestawu niosącego fabułę.

A sam Villon? Jest marionetką. Kukłą pozbawioną życia wewnętrznego, skupioną jedynie na pokonywaniu kolejnych poziomów trudności. Bo opowiadania Komudy są jak scenariusze gry komputerowej osadzonej w Wiekach Średnich. Nie chodzi w nich o budowanie jakiejkolwiek głębi psychologicznej. Nie chodzi o szukanie wysublimowanych lub chociaż oryginalnych intryg. Chodzi o szafowanie okrucieństwem, brzydotą i wulgaryzmami. Nic więcej. Bo nic więcej zdarzyć się nie może, gdy średniowiecze kojarzy się z końskim łajnem na ulicy i bezzębnymi kalekami, a jeden z najwybitniejszych poetów średniowiecznych z rzucającym mięchem sutenerem.