niedziela, 17 marca 2019

We wnętrznościach lewiatana, czyli "Bohiń" Konwickiego

Gdy człowiek ma jakiekolwiek ambicje i czytelnicze, i pisarskie, po lekturze Konwickiego, powinien kupić sobie solidne 0.7 gorzałki, wypić do lustra i położyć się spać. Obudzić się z solidnym kacem, w odmętach którego zda sobie sprawę z dwóch kwestii: po pierwsze, 3/4 wydawanych dzisiaj książek nie dorasta tekstom Konwickiego do pięt, po drugie, nigdy nie napisze nawet jednej strony w tak doskonały, wyważony, poetycki i mądry sposób. 

Ja Konwickiego źle zacząłem - w liceum "Mała Apokalipsa" była męczącą i w sumie nudną lekturą. Na studiach "Czytadło" odpychało wysilonym nieco konceptem. Aż tu nagle "Bohiń"! Nawet nie dwieście stron wspaniałej i wyrafinowanej prozy.



Pisarz kolejny raz wraca na Kresy, mityczny, utracony na zawsze matecznik polskiej kultury, eldorado, czarnoziem, na którym wyrosło kilka tuzinów wybitnych twórców, myślicieli, artystów. Tym razem powrót ten nie jest skażony ani tanim sentymentalizmem, ani brutalną demitologizacją. "Bohiń" unosi się gdzieś poza dobrem i złem, nie pozwala przy swojej pomocy czegokolwiek osądzać. Jest jak sen, który rzecz jasna można interpretować, ale można też po prostu zanurzyć się w jego osobliwe odmęty.

Bohaterką książki jest babka pisarza, Helena Konwicka, której (prawdopodobne? przypuszczalne?) losy sam Konwicki odtwarza. Trzydziestoletnia kobieta zamieszkuje niewielki majątek ziemski, dzieli dworek ze swoim ojcem (ten poprzysiągł milczeć tak długo, aż Polska nie odzyska niepodległości), rozpamiętuje mijającą młodość brutalnie złamaną przez powstanie styczniowe, które odebrało jej pierwszą młodzieńczą miłość...

Nie muszę chyba dodawać, że pisarz kreśli wiarygodny portret psychologiczny osoby, która nie potrafi wydostać się z kolein życia, nie stawia oporu, godzi się na wszystko, co los przygotowuje samotnej dysponującej skromnym polem manewru kobiecie. Nawet dziwaczny romans u progu małżeństwa "dzieje się" jakby wbrew jej woli, na przekór przekonaniom, w poprzek charakteru.

Mnie jednak (jeśli mnie znacie) nie interesuje za bardzo wątek romansowy. Nie lubię i już, chociaż doceniam kunszt, gdy motyw ten bierze na warsztat nie byle jaki maestro. Mnie inne przestrzenie u Konwickiego interesowały.

Powstanie styczniowe i jego upadek na długi czas wybiły z głów gorących patriotów mrzonki o wyrwaniu Polski z rąk zaborców. Dodajmy, że część głów tych potoczyła się lub została przełożona przez pętle szubienic. Stupor, w jakim znalazła się Polska, miał trwać długie lata.

No ale my tutaj o wielkiej historii, a tak naprawdę "Bohiń" jest opowieścią o peryferiach dziejów, o prowincji zaludnionej przez ludzi, którzy zginą, znikną lub zostaną starci przez żarna wydarzeń. Nuda, wszechobecny banał życia, stagnacja, powolna erozja struktur społecznych - wszystko to powoli podtapia bohaterów. Konwicki pięknie demitologizuje Kresy, nie bije tam żadne serce polskości, nikt nie ma siły ani ochoty pielęgnować powstańczego etosu, sztandary zwinięto i schowano na dno szafy. Co tam etos! Samą polskość powieść miażdży potężnymi ciosami wymierzonymi w czerepy rubaszne, magnatów i szlachciury, którzy bardziej dbają o zwierzynę pochowaną w swoich lasach niż o zabezpieczenie interesów Polski.

Powiedzieć, że Konwicki postawił krzyżyk na przedrozbiorowej Polsce, to nic nie powiedzieć.

Zapomniany przez Boga skrawek ziemi, rzeczka, puszcza, piaszczyste drogi, to nijaka i bezbarwna przestrzeń, która ma pecha, najzwyczajniejszego pecha, że przyszło jej istnieć na drodze pomiędzy Zachodem i Wschodem. Nie są Kresy ani przez Stwórcę wybrane, ani znaczące w jakikolwiek inny sposób. Tu nie ma najmniejszego sensu, który kryłby się pod poszewką tragicznej historii Polski. Albo inaczej - sens jest, ale nie taki, jaki chcieliby Polacy widzieć.

Maria Janion pisząc o naszym narodzie, wspomniała, że jesteśmy wyjątkowi między innymi z tego powodu, że buntujemy się przeciwko światu, w którym silniejsi mają rację (także moralną), a pokonani jej nie mają. To Mickiewicz silnie zakorzenił w nas poczucie "ładu", który sankcjonuje instytucję "moralnego zwycięstwa", w ramach którego wszystkie nasze klęski są tak naprawdę stopniami, po których wspinamy się ku finalnej wiktorii. Czymkolwiek by ona miała nie być...

Tak więc "Bohiń" to opowieść o przegranym narodzie, który nie ma moralnego prawa, by istnieć. Nie ma prawa, bo przegrał. Na własne życzenie. Jedyną drogą, aby zachować tkankę narodu, jest dać się wchłonąć i przetrwać "we wnętrznościach lewiatana", nie pod jego nosem, gdzie bylibyśmy doskonale widoczni i gotowi do schrupania, zmiażdżenia.

"Bohiń" jako pomniejszy traktat geopolityczno-metafizyczny? Chyba tak...

Bohiń i okolice to teren, gdzie spotykają się figury, które zaważyła na losie Polski. A to demoniczna istota z wąsikiem straszy i pali żywcem napotkanych w lesie ludzi, szczególnie Żydów. A to carski policjant o dziwnie znajomym gruzińskim nazwisku przeszukuje domostwa w nadziei odkrycia szpiegów lub tajnych emisariuszy. Młodziutki Piłsudski szuka rodziców, którym się zgubił. Syn Puszkina, ksiądz dobrodziej, woźnica w wieku biblijnego Matuzalema... Cała ta menażeria kotłuje się w zapomnianej przez historię prowincji i zapowiada przyszłe kataklizmy, których Kresy będą w XX ofiarą.

Tymczasem wszystko jeszcze dryfuje pozornie bez celu., Jak kobieta, która nie może znaleźć sobie miejsca, nie wie, czego chce i od kogo. Historia jeszcze nie odsłania kłów, chociaż wciąż goją się rany po jej wcześniejszych ugryzieniach.

Wspaniała to książka. Najlepsza, jaką od dawna przeczytałem. Polecam z najczystszym sumieniem.